SKLEP

Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 07.06.2019, 15:19
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #100!!!
477V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #100!!!

Hejka! Zapraszam na 100 już wydanie kulturki na weekend!

 

Gomlin

 

 

Witam serdecznie!

Jak to mawiają:

MAMY TO!

BRAWO MY!

Kulturka doczekała się 100 wydania! Pierwsza odsłona bloga zaowocowała 21 kwietnia 2017r. Teoretycznie przebiła już czas 2 lat istnienia, jednak trzeba brać pod uwagę też fakt, że miała ona sporą przerwę, spowodowaną moimi problemami. Tym bardziej cieszy się moje serducho, że po wznowieniu, jej cotygodniowe premiery doszły do tak pięknego celu jakim jest setne wydanie ;)


Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim którzy włożyli swój wkład w ten blog oraz tym, którzy obecnie trwają razem z nim ;) Doceńmy to, że ta owocna współpraca jest całkowicie bezinteresowna. Jedynymi profitami są Wasze komentarze i zainteresowanie cyklem!

To zaskakujące jak blog nie mający nic wspólnego z główną tematyką portalu (chociaż i ten zmienił znacząco swoje podejście do tej tematyki) utrzymał się tak długo. Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że to coś znaczy. 


Czy przygotowałem coś wyjątkowego na 100 odsłonę? Myślę, że nie trzeba bo każdy odcinek Kultury jest unikalny i na swój sposób wyjątkowy. Nawet jeżeli ktoś nie zdąży z tekstem na czas to nic się nie dzieje, bo kultura trwa nadal ;)


Tak jak wspomniałem, pracowałem z ludźmi z disko nad projektem, który wystartował, a o którym można poczytać w ostatnim moim blogu - tak chciałem zapewnić, że nie mam zamiaru odpuszczać kultury ;)  I Życzę sobie tego, by blog ten doczekał się kolejnych 100 wydań!

 


  


 

FILM:  Na ten weekend przypomnę sobie film z 2012 r. Po polskiemu będzie to Spadaj, tato (That's My Boy). Zapamiętałem tą komedię bardzo miło, chociaż spotkałem się z ocenami pokroju: najgorszy gniot. Nie, żebym przepadał specjalnie za Sandlerem, być może po 7 latach zmienię zdanie o tym filmie? 

MUZYKA:  Z muzyki zapuszczam znane wszystkim kawałki Linkin Park ;]

 

                         

 

 

 

DUKI [CharyChelak]

 

SERIAL/DOKUMENT


Krąg moich zainteresowań nigdy nie obejmował żadnych sportów i nie chodzi o stronienie od rywalizacji, bo w gry przecież gram. Piłkę się kopało, biegało z resztą też (i to swego czasu całkiem sporo), generalnie jednak nie utożsamiałem się nigdy z żadną drużyną ani niczego nie trenowałem, tak po prostu. Od zawsze byłem z kolei przeciwnikiem negowania dyscyplin motoryzacyjnych w imię czystości sportu. Według stereotypu powielanego z pokolenia na pokolenie przez ludzi, którzy całe życie spali pod kamieniem, zwycięstwo można wywalczyć jedynie dzięki fizycznej tężyźnie, a archetyp dobrze zbudowanego atlety jest wiecznie żywy. 

Seria Formuła 1: Jazda o życie (ang. Formula 1: drive to survive) uświadomiła mi, jak wielka jest moja wewnętrzna potrzeba wyplewienia tego toku myślenia wśród ignorantów, których przydałoby się odesłać do definicji słowa sport. Terminu, wyjaśniającego, iż doskonalenie swoich umiejętności w ramach rywalizacji to w takiej samej mierze aspekt psychiczny - determinacja, koncentracja, refleks. Zaś za kulisami tego pojęcia chowa się jeszcze jeden czynnik, przynoszący legendom zwycięstwa - szczęście. 

O tym opowiada właśnie Formuła 1: jazda o życie. Uświadamia, jak wiele rzeczy wpływa na odnoszenie zwycięstw, które opierają się na detalach i decyzjach podejmowanych w ułamkach sekund. Pikanterii dodaje fakt, iż szanse nie zawsze są wyrównane skoro najlepsi kierowcy pokroju Sebastiana Vettela (Ferrari), bądź Lewisa Hamiltona (Mercedes) jeżdżą najlepszymi pojazdami w najlepszych teamach. Wystarczy jednak drobne potknięcie, źle dokręcona śruba na pit-stopie, nieodpowiednie oszacowanie odległości do zakrętu i nawet niekwestionowany mistrz może się nadziać, dając pole do popisu obiecującym kierowcom, którzy wykorzystując okazję dojeżdżają w kwalifikacjach jako pierwsi i zdobywają pole position, mogąc startować w finalnym wyścigu z pierwszego miejsca. Walka o miejsce na podium odbywa się nawet wewnątrz teamów, co idealnie obrazuje pojedynek fantastycznego Daniela Ricciardo ze wschodzącym talentem w postaci Maxa Verstappena, kiedy to zespół RedBulla, w którym razem jeździli, postawił wszystko na tego drugiego, bo jest młodszy oraz wydajniejszy - okazało się jednak, iż to nie wystarczyło, by być lepszym. 

Na chwilę obecną na Netflixie jest dostępny pierwszy epizod i trzeba mieć na uwadze, że jest to forma pełnoprawnego dokumentu, a nie wyreżyserowany serial - mamy do czynienia z licznymi wypowiedziami samych kierowców, szefów całych teamów, a także dziennikarzy motoryzacyjnych specjalizujących się w analizie Formuły 1. To, w połączeniu z zapierającymi dech w piersi kadrami, kiedy to bolidy muskają się oponami, zdając się na pewną kraskę daje czystą frajdę z oglądania. Nie brakuje też momentów, kiedy to zawodnik pędzi do mety z awarią silnika, bądź uszkodzonym nadwoziem, trzymając publiczność w nieustannym napięciu. Tak, Formuła 1 zdecydowanie zapewnia masę sportowych wrażeń, zupełnie jak każda inna dziedzina. 


SOUNDTRACK


Muzyki słucham często, choć już dawno zaprzestałem sprawdzać randomowo większość materiałów jakie ukazują się na rynku z moich ulubionych gatunków. Zamiast tego skupiam się na czymś, co mi naprawdę wpadnie w ucho, a ostatnie kilka tygodni nie dostarczyły mi nic lepszego niż soundtrack Katany Zero. 

Sama gra jest świetna, a ścieżka dźwiękowa najbardziej podkreśla jej uniaktowość. Nie dajcie się zwieść pozorom, bo nie jest to klasyczny synthwave, tak popularny ostatnio w popkukturze, pomimo że tytuł trzyma się poniekąd dośc mocno stylistyki lat 80tych. 
Twórcy uźwignęli klimat, mamy masę dobrych syntezatorów, sampli, ścieżek z gitarami itp. 

Jest tylko mała łyżeczka dziegciu w tej beczce miodu - utwory są nagrane na albumie w wersji studyjnej, na potrzeby gry stworzono natomiast specjalne aranżacje niektórych kawałków. I w ten sposób mój faworyt "Hit the floor" ma przykładowo kompletnie inne (w tym przypadku klubowe) brzmienie - we wznaki od razu wdaje się cała akustyka, gdyż jest nagrany w wersji live, by wpasować się odpowiednio  w setting (podobnie jest z utworem "Worst neighbors ever"). Jeżeli ktoś lubuje się w ciężkim techno i jego "kwasowymi" odmianami to będzie autentycznie wniebowzięty. Grę z resztą polecam tak samo, jak soundtrack. 


ANIME



Jestem amatorem anime i oprócz oczywistego Dragon Balla oglądałem za dzieciaka Great Teacher Onizuka, które emitował legendarny Hyper w godzinach nocnych. Fantastyczna opowieść o tytułowym Onizuce ma fantastyczne podłoże moralne i jest trafnym, aczkolwiek smutnym komentarzem na temat relacji społecznych w Japonii. Bohater będąc członkiem gangu motocyklowego che zostać nauczycielem i nie zważając na szczeble edukacyjne stanowi wzór dla najgorszej klasy na całej uczelni. 


Wróciłem do tego anime po latach i jestem raczej niesiony  nostalgią, choć ogląda się świetnie. Młodszych odbiorców może zrazić leciwa już, archaiczna kreska, bowiem seria ma już swoje lata na karku, ale polecam sprawdzić to każdemu, a szczególnie osobom, które z jakichś niewyjaśnionych przyczyn zawsze stroniły od "japońszczyzny". No i Eikichi Onizuka jest zapalonym graczem i chętnie dyskutuje o grach na kultowego PSXa ze swoimi uczniami. 

Gdyby to była impreza dla blogerów PPE, zapewne stałbym w tej chwili na scenie z mikrofonem w dłoni, zachęcając Was do zrobienia hałasu dla Kultury. Dział,z pozoru tak banalny w swoich założeniach, nie tylko na stałe zintegrował swoją grupę odbiorców, ale pozwolił przede wszystkim odkrywać czytelnikom nowe rzeczy, w myśl zasady"od nas dla nas". To miejsce, gdzie gusta użytkowników pokrywają się poprzez opiniotwórcze teksty na tematy tak mocno spokrewnione z grami wideo. Dlatego pozostaje życzyć kolejnych, imponujących jubileuszy. Bo istota tkwi przecież w prostocie.
 
 


 

Jackoo

 

Przede wszystkim na początku chciałem pogratulować Gomlinowi setnego odcinka „Kultury na weekend”. Jestem pewien, że to wciąż dopiero początek i mimo, że ppe się zmienia, to kulturka będzie trwać i jest mi niezmiernie miło, że mam okazję dołożyć swoją cegiełkę w tym projekcie.

Terminator 4: Ocalenie – czyli oprawa wizualna to nie wszystko.

Mamy rok 2018, Dzień Sądu nastąpił, świat pogrążony jest w wojnie pomiędzy ludźmi a robotami. John Connor (Christian Bale) jest jeszcze szeregowym żołnierzem, jednak zdaje sobie sprawę, jaki los nad nim ciąży i że to on ma stanąć na czele rebeliantów i poprowadzić ludzkość do zwycięstwa nad Skynetem. Jednak nie wiadomo skąd pojawia się nijaki Marcus Wright (Sam Worthington), którego jedynym i ostatnim wspomnieniem jest to, że przebywał w celi śmierci. Wszystko wskazuje na to, że Marcus odbył podróż w czasie, tylko nie wiadomo, czy z przeszłości czy z przyszłości i jaki jest jego cel. Connor nie ma wyboru i musi współpracować z Marcusem, by dostać się do siedziby Skynetu i powstrzymać go przed unicestwieniem ludzkości. 

Zacznę może tym razem od minusów. Ponoć do ostatniego momentu trwały poprawki i ostatnie szlify w scenariuszu, by jak najlepiej go dopracować. I powiem szczerze, nie do końca to rozumiem i na czym polegały te poprawki, bo uważam, że scenariusz jest największą wadą filmu i chyba najsłabszą spośród wszystkich dotychczasowych części. Poza tym role dla Christiana Bale’a i Sama Worthingtona zostały źle napisane. Aktorzy dwoją się i troją, by coś wyciągnąć więcej ze swoich postaci, ale niestety efekt końcowy jest dość słaby. Bohaterowie muszą razem ze sobą współpracować, ale między nimi nie ma żadnej chemii i wszystko wydaje się jakby na siłę i dość sztuczne. Wielka szkoda, bo Bale w 2009 roku był na fali wznoszącej przede wszystkim dzięki roli Batmana, a Worthington w 2009 roku miał swoje 5 minut za sprawą Avatara. Pocieszeniem dla filmu są bezdyskusyjnie najlepsze efekty specjalne, przebijające znacznie te z poprzedniej części (jednak wydany pod koniec tego samego roku wspomniany wcześniej Avatar szybko je ośmieszył i sprawił wrażenie przestarzałych). Dla mnie jednak to nie jest najważniejsze. Podobnie jak w grach, wyżej cenię sobie fabułę i gameplay ponad grafikę, tak samo w filmach, efekty specjalne spadają na dalszy plan, a liczy się historia. Arnold pojawia się tylko na chwilę, jednak jest w całości zrobiony komputerowo. Odmówił gościnnego udziału w filmie, gdyż jak stwiedził, byłoby to nie fair w stosunku do widza. Szanuję to, ale wydaje mi się, że producenci najwidoczniej nie sypnęli wystarczająco groszem. Poza tym w Stanach Zjednoczonych film otrzymał kategorię wiekową PG-13, jak dla mnie niewybaczalne, przecież to film o Terminatorach!

Mimo wszystko czwarty Terminator jest filmem wciąż niezłym, to zdecydowanie najsłabszym z dotychczasowych części. Nawet trzecia część, mimo, że też miała wiele wad, to przynajmniej miała kilka momentów, które zapamiętałem. Tutaj nie ma ani jednego. 

Moja ocena:

6/10

 

GearHulk

 

Z okazji 100 odcinka chciałbym za nie podziękować i jednocześnie pogratulować Gomlinowi tak udanego bloga oraz życzyć by kiedyś w przyszłości doszło jeszcze jedno zero do tego wyniku. Jednocześnie chciałbym powiedzieć, że jestem dumny mogąc być częścią ekipy która ten blog współtworzy a czytelnikom podziękować za to, że chce Wam się ludziska te wypociny czytać :)

Witam wszystkich kulkurkowiczów.

Był sobie pies

Odkąd pamiętam, zachęcałem synów do czytania. I o ile ze słuchaniem czytanego tekstu nie było najmniejszych problemów to już samodzielne czytanie szło czasem jak po grudzie. Pewnego dnia wybraliśmy się do kina, nie pamiętam już nawet na jaki film ale jak to bywa w multipleksach zanim seans się zacznie trzeba odbębnić pierdyliard reklam i zwiastunów. Jednym z nich był trailer mającego się niedługo ukazać familijnego filmu pod tytułem “Był sobie pies”. Bardzo nam się spodobał i obiecaliśmy sobie, że jak będzie w kinie to pójdziemy. Kilka dni później, gdy pierworodny wytargał w księgarni książkę o tym samym tytule szczęka mi opadła. Była to pierwsza lektura którą autentycznie i sam z siebie chciał przeczytać.

Byłem mega zadowolony, zwłaszcza że łyknął ją w oka mgnieniu. Nie mogłem zatem pozostać w tyle głównie dlatego, iż uznałem że jeśli i ja przeczytał tę książkę to fajnie będzie móc sobie z synem o niej podyskutować i że tego typu doświadczenie jeszcze bardziej podsyci w nim chęć sięgania po kolejne tytuły. Poszperałem trochę w internetach i zobaczywszy, że książka zbiera całkiem niezłe opinie, zabrałem się za czytanie lecz nie nastawiałem się na żadne super literackie uniesienia. No i zostałem ogromnie zaskoczony. W pozytywny sposób rzecz jasna.

   Książka opowiada historię psa… hmmm… a raczej psów… hmmm… a raczej reinkarnacji jednego duchowego psiego bytu. Po każdej śmierci “psia świadomość” budzi się w innej fizycznej powłoce. Poznajemy zatem również wielu opiekunów naszego czworonoga oraz ich historie. Są one bardzo różnorodne a każda z nich naprawdę ciekawa. Jednak to, co w tym wszystkim najlepsze, to ładunek emocjonalny który z sobą niosą. Książkę czyta się niezwykle swobodnie jednocześnie często śmiejąc się, czując gniew, żal czy smutek. Przyznam szczerze, iż choć kawał ze mnie chłopa to dwukrotnie łza popłynęła mi po policzku. W. Bruce Cameron który jest autorem tej książki zaiste odwalił kawał dobrej roboty!

   Film też oglądaliśmy. Uważam, że również warto sięgnąć choć osobiście książka wypada w moim mniemaniu lepiej. Kilka wątków, że tak powiem “po psiemu” wykastrowano lub poprowadzono zupełnie innym torem. Nadal jednak jest to kawał porządnego familijnego kina. Książkę natomiast polecam serdecznie naprawdę każdemu. No… Może poza panem kierowcą, którego czyn mamy wątpliwą przyjemność oglądać w ostatnich dniach w wiadomościach na niemal każdym kanale…

Hmmm, a może właśnie jemu w pierwszej kolejności… Brak słów…

 

Pozdrawiam, GEARHULK



 

 

Yangus19

 

Yo wam wszystkim!

Słowem wstępu oczywiście chcę podziękować i pogratulować wszystkim którzy byli i są częścią tej weekendowej kultury!

Oczywiście Gomowi, wszystkim byłym i obecnym współtwórcom oraz rzecz jasna tym którzy czytają, komentują i dodają swoje kulturowe wpisy!

Teraz czas na kolejną setkę ;)

Lecimy w takim razie z muzyką.

Denzel Curry - ZUU

Denzel to moje odkrycie zeszłego roku. TA1300 było w ogóle jedną z ciekawszych płyt 2018 więc wobec ZUU miałem duże oczekiwania.

RICKY było pierwszym singlem i powiem szczerze, że buja konkretnie. Zanim wyszła cała płyta pierwszy singiel katowałem na okrągło.

Poprzedni album był raczej nastawiony na bardziej mistyczny/cloudowy klimat. ZUU to przede wszystkim hołd dla korzeni Curry’ego z Miami tak więc dominujące są tu brzmienia przywodzące na myśl południowy florydzki głęboki bass.

CAROLMART, SHAKE 88, P.A.T. CZY AUTOMATIC to bangery z krwi i kości.

Nie jestem pewien czy ta kreacja Denzela odpowiada mi bardziej ale doceniam różnorodność i pokazanie swojego rap rzemiosła z innej strony.

Na pewno świetnie się sprawdza przy jeździe autem ;)

Flying Lotus - Flamagra

Flying Lotus to producent muzyki elektronicznej. Nie znam jego wcześniejszych dokonań, a Flamagra nie jest ponoć jego najlepszym dziełem ale pomimo mojej niechęci do muzyki instrumentalnej to Flamagra siedzi mi wyjątkowo dobrze.

27 utworów to jakaś godzinna podróż przez coś co mi przywodzi na myśl neo soulową elektronikę. Oczywiście żeby co jakiś czas przełamać instrumentalność całości mamy co jakiś czas gości. I tak pojawiają się takie tuzy jak George Clinton, Anderson P.A.A.K., Thundercat, Solange, Denzel Curry czy kompletnie alternatywna Tierra Whack.

Przy tylu utworach ciężko oczywiście zachować równy poziom, mamy więc kompletne odchyły jak Yellow Belly, Actually Virtual czy Takashi po czym dostajemy bardziej stonowane Spontaneous lub Black Baloons Reprise od wyżej opisywanego artysty.

Bardzo fajnie słucha się tej płyty w tle i pomimo nierównego poziomu sprawdza się jako całość.

Mnie zdecydowanie zachęca do sprawdzenia pozostałej twórczości producenta z LA.

Periphery IV: HAIL STAN

Czas na metal. Periphery to zespół z Washington D.C. reprezentujący progresywną scenę metalu będąc jedną z najbardziej rozpoznawalnych i docenianych grup z tej technicznej strony mocnych brzmień.

Metal potrzebuje dużo żeby mnie zachwycić i trzymać przez dłuższy czas niż tylko jeden odsłuch, to po prostu nie jest mój gatunek ale Periphery już od pierwszego, 16-minutowego utworu trzymało mnie za paszczę.

Pierwsze co robi wrażenie to wokalne popisy Spencera Sotelo, mamy tu pełne spectrum od szeptu, czystego śpiewu, krzyku aż po growl. Na płynne przejścia pomiędzy spokojniejszym brzmieniem, a ostrym niskostrojonym trzaskaniem w gitary trzeba się przygotować bo tym charakteryzuje się niemal każdy utwór. Nie ma nudy i za to uwielbiam Periphery IV. Dużo się dzieję pisząc w dużym skrócie.

Wspomniane Reptile, Blood Eagle czy kończące Satellites to djentowa jazda bez trzymanki.

Polecam płytę przede wszystkim tym którzy mają ochotę na dawkę ambitniejszego metalu.

Polecam!

 

P-chan

 

Witam,

 

Gomlin poprosił mnie też o kilka słów odnośnie okrągłego jubileuszu kultury, a że z niego swój chłop to nie potrafiłem mu odmówić. Bardzo się cieszę, że mogę uczestniczyć w tworzeniu tego kulturalnego bloga i zostałem do niego zaproszony. Nie zawsze było lekko, szczególnie gdy na jakiś czas musiałem zawiesić swoją współpracę z powodów spraw rodzinnych, o których Gomlin wiedział. Jego wsparcie dużo mi dało, dzięki temu mogłem po przerwie wrócić do pisania i dzielenia się z Wami kolejnymi komiksami. Komiksami, które fascynują mnie do dzisiaj, i które nadal chcę polecać dopóki starczy mi pomysłów i materiałów.

Tym samym chciałbym podziękować współpracownikom (również tym byłym - elo Mano!!!) gościom (Alfik doczekamy się w końcu Twojego tekstuXD), i naczelnemu za ich wkład w dostarczanie cotygodniowej dawki kultury, gdzie zawsze uda mi się coś ciekawego wartego poznania wychwycić. A tym samym wiernym czytelnikom za udzielane nam wsparcie, i zaglądanie do nas co tydzień. Niech kultura będzie zwami !!!

Tm-Semic to wydawca mojego dzieciństwa. Dzięki wydawanym przez nich komiksom miałem okazję poznać wiele fascynujących opowieści, zarazem tych lepszych zapadających w pamięć, jak i tych gorszych o których szybko chciałoby się zapomnieć. Udało mi się również wtajemniczyć w niezwykły świat Marvela i DC, do którego lubię wracać do dzisiaj. Jednym z takich komiksów do którego postanowiłem wrócić po latach za sprawą wydawnictwa Egmont jest wydany jakiś czas temu Batman: Zabójczy żart, autorstwa Alan'a Moore'a i Brian'a Bolland'a. W końcu to był jeden z pierwszych komiksów, jaki przeczytałem w swoim życiu. A który za dzieciaka kupili mi moi rodzice.

Jeden zły dzień - ta myśl od zawsze przyświecała Jokerowi największemu przeciwnikowi Mrocznego Rycerza, bowiem tyle dzieli zwykłego człowieka od szaleńca. Zwolniony z azylu Arkham przestępca planuje udowodnić swą obłąkaną tezę. W celu osiągnięcia swojego celu ma zamiar posłużyć się najlepszym policjantem Gotham City, komisarzem Jimem Gordonem i jego błyskotliwą, i piękną córką Barbarą.

Musicie jednak wiedzieć, że Joker jakiego znamy, nie zawsze był taki. Zanim stał się Księciem Zbrodni, a niefortunny wypadek oszpecił mu twarz i pchną go w szaleństwo był zwykłym obywatelem, których ochronie Batman poświęcił swoje życie. Jakim cudem doszło do takiej nagłej przemiany? I po co Jokerowi Gordon i jego córka? 

Tak na dobrą sprawę to tego komiksu nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten kto interesuje się komiksami i miał styczność z wydawnictwami Tm-Semic pewnie na niego trafił i go przeczytał. Nie znaczy to, że dzieło Alana Moore'a nie jest warte ponownego poznania. Tym bardziej, że przez lata zostało wzbogacone o nowe wątki, a sama zawarta w nim historia do dzisiaj fascynuje. Sławnemu scenarzyście udała bowiem się rzecz niezwykła, która nie udała się nikomu przednim. Co mam namyśli? Mianowicie samą genezę Joker'a, która przedstawiania jest tu w formie retrospekcji, i to w niezwykły sposób. Ukazując naszego szaleńca jako zwykłego mieszkańca Gotham City. Kiedy był on zwyczajnym, szczęśliwym i kochającym mężem. Przynajmniej do czasu gdzie pewien niefortunny splot zdarzeń wywrócił całe jego dotychczasowe życie do góry nogami.

Sama historia zawarta w Zabójczym żarcie, zapewne nie robiła by tak piorunującego wrażenia, gdyby nie wręcz genialne rysunki Brian'a Bolland'a znanego z dopracowanej kreski pełnej szczegółów i drobnych detali. I nie inaczej jest tutaj, gdzie same rysunki przepełnione są masą emocji, i zapadają w pamięć. A sam uśmiech Jokera, czy katusze jakie przeżywa Gordon w parku rozrywki do dzisiaj robią tak samo ogromne wrażenie jak lata temu.

Pewnie zastanawiacie się, czy jeśli już znacie tę historię czy warto sięgnąć po ten komiks? Śpieszę od razu z odpowiedzią, że warto. Komiks mimo tylu lat na karku nic, a nic się nie zestarzał i do dziś potrafi zafascynować opowieścią, jak i niezwykłym rysunkiem. Szczególnie, że mamy tu do czynienia z komiksem ponadczasowym wzbogaconym o nową kolorystykę i poprawionym nieco przekładem w stosunku do pierwszego wydania. Polecam.

Pozdrawiam.


 

MSaint

 

Witam serdecznie i z okazji setnego wydania pragnę przedstawić anime, którym bez wahania wystawiłem 10/10 i najzwyczajniej w świecie je polecam i uważam, że mają szansę trafić w gusta całkiem szerokiej publiki. Większość tytułów uważne grono czytelników rozpozna z wcześniejszych odsłon „Kultury”, ale nie wszystkie jeszcze opisywałem. A zaczniemy od…

Neon Genesis Evangelion i End of Evangelion. Anime w swoim czasie zamieszało potężnie, ale ja nie miałem o tym pojęcia – wiedziałem jedynie, że takie coś istnieje. Ponad piętnaście lat temu znajomy podesłał mi płytki z tym kawałkiem animacji i… Za wyjątkiem środków znieczulających nigdy nie byłem pod wpływem narkotyków, ale wydaje mi się, że doświadczenia są podobne jak z oglądania filmu End of Evangelion. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie zetknąłem. To w ogóle był bardzo ciekawy czas w japońskiej popkulturze, bo z podobnego nurtu wywodzi się na przykład Xenogears, a i parę innych przykładów też by się znalazło. Czego bym nie napisał, to raczej i tak będzie unzureichend, bo tematu nie wyczerpano do tej pory. Przekonajcie się sami.

Księżniczka Mononoke. Jeden z filmów studia Ghibli (co w wielu przypadkach samo w sobie wystarcza za rekomendację), puszczany nawet w polskiej telewizji, gdzie zresztą obejrzałem go po raz pierwszy. Na początku myślałem, że to film dla dzieci, i tak było mniej więcej do sceny, gdzie kolesiowi urwało ręce. Ostatecznie film opowiada o roli człowieka w środowisku naturalnym, co gładko prowadzi nas do kolejnego tytułu, jakim jest...

Nauzyka z Doliny Wiatru. Też film ze studia Ghibli, który zresztą był w swoim czasie przełomowy, i który pewnie też każdy już dawno obejrzał, ale i tak warto. Kolejna opowieść człowiek vs środowisko naturalne, z dodatkiem wielu scen każących zastanawiać się nad lore przedstawionego świata, co mnie zafascynowało. Pozycja praktycznie obowiązkowa.

Legend of the Galactic Heroes. Najnowsza „dziesiątka” w tym zestawieniu. 110-odcinkowa OVA stanowiąca adaptację serii książek opowiadających o losach galaktyki zasiedlonych przez ludzi, podzielonych na dwie grupy – demokrację i imperium. Te dwa systemy polityczne ścierają się ze sobą zarówno w kosmicznych bitwach na gigantyczną skalę, jak i w debatach politycznych i filozoficznych. Fabuła obnaża słabe strony obydwu systemów, a podziału na „dobrych” i „złych” nie ma, są tylko różne odcienie szarości.

Gunbuster. Sześcioodcinkowa OVA, której miałem obejrzeć tylko pierwszy epizod, a potem iść zrobić coś ważnego, a nie odpuściłem aż do końca. Jedna z niewielu opowieści sci-fi, która stara się pokazać efekt dylatacji czasu (innym takim tworem, który przychodzi mi do głowy, jest „Wieczna Wojna” Haldemana) i czyni to tak skutecznie, że po zakończeniu musiano mnie zbierać łyżeczką. To zakończenie jest jedną z najlepszych scen, jaką widziałem kiedykolwiek, gdziekolwiek i „dycha” jest właśnie za nie.

Tengen Toppa Gurren Lagann. Gainax po raz trzeci na liście i po raz trzeci z wielkimi robotami, ale znowu zasłużenie. TTGL to szalona jazda, pełna akcji i wybuchów, ale również jest to wciągająca opowieść, gdzie bardzo mocno kibicujesz wyczyniającym kolejne cuda bohaterom. Jako małe dziecko bawiłem się w składanie dziwnych pojazdów, za sterami których zasiadały jeszcze dziwniejsze postacie, a TTGL idealnie się w ten obraz wpisuje. Słowo „epickie” jest już bardzo zużyte, ale co z tego, skoro do tego anime pasuje idealnie.

Evangelion 2.0. Pierwszy film Rebuildowy stanowił w głównej mierze kompilację odcinków serii TV. Trzeci film wyjechał poza boisko tak daleko, że wyraz twarzy Asuki z avatara, którego nie zmieniałem już od siedmiu lat (bo czekam na film czwarty), stanowi idealne podsumowanie mojej reakcji. To film drugi trafił, jak dla mnie, idealnie – nowe-stare wątki, rewelacyjna animacja, genialna muzyka (Fate!!!) i zakończenie, które obiecywało tak bardzo wiele. Hideaki Anno, największy troll świata anime.

The Book of Bantorra. Joker tego zestawienia. W momencie premiery seria zebrała nieco hejtu i dropnęło ją wielu ludzi, czego nie mogę zrozumieć nawet dziewięć lat później. Ta adaptacja serii light novels już po paru odcinkach zaczęła szczodrze wynagradzać tych, którzy zostali, ponieważ co chwilę podrzucane są nowe wątki, które rozwalają łeb. W tym świecie ludzie po śmierci zamieniają się w książki opisujące ich życie; czy to z szacunku dla zmarłych, czy też ze zwykłego pragmatyzmu, książki te są zbierane i chronione przez wyspecjalizowanych bibliotekarzy, z którymi nie chcesz zadzierać. Całkiem niedawno nabrałem ochoty na ponowne obejrzenie tej wyjątkowej serii…

Mahou Shoujo Madoka Magica. Jedną sceną ten względnie radosny gatunek, jakim jest mahou shoujo, został postawiony na głowie (sorry Mami). Im dalej w opowieść, tym więcej dramatów zobaczymy, a całości towarzyszy oprawa audiowizualna tak dobra, że aż jej szkoda na serię tv – bo przejście ze świata rzeczywistego do świata magii symbolizuje nagłe pojawienie się surrealistycznych scenerii, stworzonych chyba za pomocą techniki kolażu. Anime to jest miejscami dość wyboistą jazdą, w którą jednak warto się wybrać.

Violet Evergarden. Miałem wieloletni rozbrat z anime, najpewniej spowodowany wypaleniem: oglądaniem zbyt dużej ilości rzeczy naraz. W ubiegłym roku kupiłem sobie nowy telewizor, z gatunku tych całych smart tv, wypróbowałem Netflix i stwierdziłem, że fajne. Poszukałem jakiegoś anime, pokazało się Violet Evergarden. Obejrzałem. Zdmuchnęło mnie. Stężenie ładunku emocjonalnego w niektórych odcinkach było niemal zbyt duże. Dzięki temu tytułowi zrozumiałem, że anime znowu mnie interesuje i że warto wrócić do oglądania, co też rychło uczyniłem.

Made in Abyss. To obejrzałem krótko po Violet Evergarden, bo wszyscy polecali. Nie sądziłem, że jakakolwiek opowieść fikcyjna będzie jeszcze mnie w stanie tak poruszyć, ale stało się. Po obejrzeniu Made in Abyss musiałem się zbierać psychicznie parę miesięcy i trafiło ono do mnie tak mocno, że zmieniło nawet trochę moje postrzeganie świata – może niekoniecznie na lepsze, ale też nie ma co rozpaczać. Dzięki przemyśleniom wynikłym z obejrzenia tego anime postanowiłem zrobić w życiu coś nieco bardziej produktywnego, niż granie w gierki – stąd nauka języków, jak i jeszcze parę innych rzeczy.

I właśnie – czasu mam teraz mocno ograniczoną ilość, a ten dostępny na pisanie chcę przeznaczyć na rozwijanie kilku projektów na YouTube. Dziękuję serdecznie koledze Gomlinowi za goszczenie mnie w tylu wydaniach i mam nadzieję, że pozostanie on w dobrym zdrowiu. Pozdrowienia dla wszystkich i dziękuję. A jeśli jesteś zainteresowany tym, co więcej mam do powiedzenia na temat Made in Abyss, to zapraszam tutaj: 

you should probably watch this:

 

Repip

 

Achuj!

100 edycja kulturki to nie w kij dmuchał, a 90% z niej z moim skromnym wkładem, chyba pora iść na emeryturę? Urodzinowo w oko wpadła nigdy nie nudząca mi się Islandia Overgrown by Streamweb do tego Moody atmosphere at the canyon tego samego autora. I niech będzie 3 do pary od niego Kvernufoss waterfall. To w końcu 100 wpis, nara!

Po kolei:


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

 

No i mamy setną Kulturkę. Gratulacje dla Ciebie Gom za wytrwałość i dla wszystkich, którzy przyłożyli rękę i pomogli znaleźć się nam w miejscu, w którym jesteśmy.

Ale dość świętowania, robota czeka ;)

 

Jak niedawno obiecałem - dzielę się wrażeniami po osłuchaniu pierwszego tomu sagi Star Force. A więc lektura okazała się dużo przyjemniejsza, niż sugerowały komentarze i hejty w necie. Może niektórym przeszkadzać kilka absurdów i głupot, ale umówmy się, to przygodowe Sci-fi, nie musi być nieskazitelne i kanoniczne. Ot, przyjemnie mi się tego słucha w aucie w drodze do pracy, może właśnie dlatego, że nie jest wymagające i zbyt skomplikowane. Polecam dla zabicia czasu, jak w moim przypadku.

Polecam również serial anime "Revisions". Jeśli lubicie mechy, potwory, podróże w czasie, i zakręcone historie, to zdecydowanie warto zobaczyć. Dla fanów anime i nie tylko. Dwanaście odcinków zdecydowanie zbyt szybko się kończy, ale jest szansa na drugi sezon. Polecam.

 

Coś dla ucha:

Coś dla oka:

Pozdrawiam.

 

 

Gomlin

 

Cholerka! Już po raz setny piszę podsumowanie bloga ! :) Naprawdę jest to świetne uczucie, a jeszcze lepszym jest to, że kulturka dalej sobie radzi i za tydzień ponownie ruszamy z 99 numerkami aż dobijemy do 200!

Z tego miejsca serdecznie chcę podziękować opuszczającemu cykl MSaint'owi! Za ogrom pracy włożonej w blog i tego, że spędził z nami tyle czasu - doceniam i szczerze dziękuję! Mam nadzieję, że projekty na których chce się skupić przyniosą mu duży sukces ! 

Tradycyjnie więc szukam chętnego do współpracy następcy, który z równie wielkim sercem będzie nam przedstawiał świat Chińskich Bajek!

Do zobaczenia w #101 nr już za tydzień!

PS:

Przy okazji, wszystkich spragnionych tekstów o grach  w ciągu tygodnia

( w weekend tylko kulturka!)  zapraszam na nasz nowy projekt:

www.crossplay.pl

 

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +32 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 23 Poziom: 77
PD: 56370
REPUTACJA: 34454
Miesięcznik PSX Extreme