Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 17.05.2019, 13:35
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #97
164V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #97

Witam i serdecznie zapraszam na kolejną dawkę kultury ! 

 

Gomlin

 

 

Witam,

Kolejny weekend powitany przez kulturkę. Ostatnio mam trochę więcej obowiązków i nie tylko granie ale też czytanie idzie trochę na bok bo skupiam uwagę i moce przerobowe w nowym projekcie ale na szczegóły jeszcze czas. Kultury jednak nie zaniedbuję i tak oto dziś kolejny odcinek! Głównym gościem miał być...no mniejsza kto ale za ostatnią nieobecność GearHulk się trochę zrekompensował i dał więcej kulturalnego materiału . Zapraszam na czytanko!

 


  


 

FILM:  Obejrzałem film ( i obejrzę go ponownie!)  Lato 84 ( Summer of 84). Dla mnie to odkrycie tego roku. Lata 80'te i wszystko to co za dzieciaka było fajne: krótkofalówki, BMXy, tajne spotkania w domku na drzewie i czasy kiedy zakaz "wyjścia na dwór" bolał najbardziej. Klimat tych lat jest świetnie oddany. Do tego mamy intrygę mordercy, którą może rozwikłać tylko zgrana paczka. Do tego wszystkiego dochodzi rewelacyjna muzyka, która jest bardzo "retro" i wprowadza niesamowity nastrój. Polecam serdecznie!

CZYTADŁOKawaii nastraja powrotem do dawnych czasów. Przekopałem moje stare archiwa i w ten weekend przejrzę sobie stare dobre Kompedium Kawaii, które miałem zakupione wraz z kasetą VHS na której był Pełnometrażowy odc Dragon Ball'a :D

MUZYKA: Słucham sobie OST'a z wyżej wymienionego filmu :)

 

                         

 

 

GearHULK


 Powitać, powitać wszystkich kulturkowiczów :) Na wstępie chciałbym przeprosić za brak wpisu w poprzednim tygodniu. Bez zbędnych tłumaczeń napiszę jedynie, że dziś postaram się nieco ten wypadek Wam wynagrodzić.

 

CZYTADŁO


Tatuażysta z Auschwitz 

Na początek zajmiemy się książką pod tytułem “Tatuażysta z Auschwitz” autorstwa Heather Morris. Ta oparta na autentycznych wydarzeniach powieść opisuje historię słowackiego żyda Lalego, który tafia do obozu koncentracyjnego. Będąc tam otrzymuje posadę tytułowego tatuażysty, czyli osoby zajmującej się nanoszeniem numerów nowo przybyłym więźniom. Jednak poza treściami dotyczącymi codziennej obozowej rzeczywistości, w dużej mierze książka ta opowiada historię miłości Lalego i Gity, która była jedną z więźniarek którym główny bohater wytatuował numer na przedramieniu.
   Książka niezaprzeczalnie dobra, jednak na swój sposób coś mi w niej nie do końca pasuje. Jest bowiem kilka kwestii którym warto się przyjrzeć. Niektóre wynikają z moich własnych refleksji a niektóre przeczytałem w internetach. Lale w pierwszym dniu pobytu w obozie poprzysięga sobie, że zrobi wszystko by przeżyć koszmar w którym się znalazł. Już sam fakt bycia tatuażystą w mniemaniu niemców ukazywał go jako pracownika Rzeszy. Wielokrotnie będąc w trudnej sytuacji starał się ten fakt wykorzystywać. Mógł więc być uznawany za kolaboranta. Z drugiej jednak strony nie korzystał z tego przywileju jedynie z pobudek egoistycznych ponieważ pomógł wielu osobom, szmuglując towary takie jak żywność czy leki. Czy zatem poniekąd genetycznie uwarunkowane pragnienie przetrwania może tłumaczyć pewne jego zachowania? Czy był bohaterem, czy jednak człowiekiem z plamą na honorze? Czy tamtą rzeczywistość można w ogóle rozpatrywać w takich właśnie kategoriach?
   Na te oraz inne pytania, odpowiedzcie sami po przeczytaniu książki, którą gorąco polecam.


MUZYKA


Kękę “Safari”

      Krótko I na temat. Skojarzyłem ten utwór po przeczytaniu kilku opinii na temat wyżej opisanej książki, w których oskarżano autorkę, że nie pokazała autentycznej brutalności i okropieństw realiów obozowych a zrobiła z tej powieści “romansidło”. Tylko, że tym osobom nie chodziło o prawdę historyczną lecz o to, że czytając nie doświadczyli pożadanej ilości emocji. Ksiązka nie wstrząsneła nimi tak jak się spodziewali. Czy naprawdę by w dzisiejszych czasach, żeby coś poczuć trzeba karmić się intensywnymi, negatywnymi emocjami? Kękę ponosi ten temat odnosząc się do cześci komentarzy które pojawiły się po wydaniu jego ostatniej płyty “To tu”. Posłuchajcie a będziecie wiedzieć o co chodzi. Polecam.


FILMIDŁO


Smętarz dla zwierzaków

S. Kinga był filmem na który szczerze mówiąc czekałem. Trailer był zachęcający i wyglądał naprawdę obiecująco. Niestety… film jest klasycznym średniakiem bez wyrazu. Dawno nie wyszedłem z kina tak rozczarowany (ale nie chodzę na polskie komedie więc to może dlatego :D ). Dla fanów, ok. Chociaż też pewnie będą narzekać.
   Nie twierdzę, że to totalna klapa. Film jest poprawnie skonstruowany ale jest mdły, nijaki. O jakiemkolwiem stopniu immersji nie może być mowy. Gra aktorska nie zachwyca a film będący z założenia horrorem, nie przestraszył mnie ani razu. Ba… nawet mojej żony nie podniósł ciśnienia choć cudem jakimś udało mi się namówić ją by poszła ze mną na ten film do kina. Dla mnie to ocena mówiąca o tej produkcji wszystko. Tak nawiasem mówiec, pochwalę się niechlubnie, iż mi samemu podnoszenie ciśnienia małżonce wychodzi o niebo lepiej :D


FOTOGRAFIA


Swego czasu bardzo ineresowałem się fotografią. Z resztą nadal to we mnie siedzi, jednak teraz bardziej kręci mnie rysunek i malarstwo. Kilkanaście lat temu byłem zachwycony pracami polskiego fotografa  Andrzeja Dragana. Jest on artystą wykorzystującym bardzo świadome operowanie światłem oraz śmiałą obróbkę cyfrową. Jego potrety niosą też silny przekaz czy to emocjonalny czy też dotyczący konkretnego aspektu związanego z osobą portretowaną. Można też zadać sobie pytanie, czy część jego prac to w ogóle jeszcze fotografia czy już może grafika cyfrowa? Czy można wyznaczyć granicę oddzielającą jedno od drugiego w dobie sprzętu który z automatu część elementów na zdjęciach optymalizuje według określonych algorytmów? Obejrzyjcie i oceńcie sami, polecam. 

Kilka przykładów:


MALARSTWO


  Nie wiem czy można ten twór umieścić w dziale kulturalnym jednak na koniec jako zadośćuczynienie mojej zeszłotygodniowej nieobecności pozwolę sobie skromnie przedstawić moje własne gryzmoły ;)
PS. Koncept zaczerpnięty z internetów jednak wprowadziłem własne modyfikacje, nie jest to więc reprodukcja.

Pozdrawiam, GEARHULK


 

Jackoo

 

Po niewątpliwym i dość zaskakującym dla twórców sukcesie pierwszego Terminatora, James Cameron od razu wyraził chęć i gotowość do realizacji kontynuacji. Jednak duże spory na linii producenckiej blokowały powstanie filmu. Dopiero w 1990 roku producent wykonawczy Mario Kassar (Rambo, Nagi Instynkt) wykupił prawa do marki i dał Cameronowi zielone światło. I tak oto pod koniec 1991 roku na światło dzienne wyszedł Terminator 2 – Dzień Sądu.

Terminator 2: Dzień sądu – czyli „Hasta La Vista, baby!”

Mamy rok 1997. Sarah Connor (Linda Hamilton) przebywa w oddziale psychiatrycznym. Nikt nie chce uwierzyć w jej opowieści, że już niedługo to maszyny będą rządzić światem i zbliża się tzw. Dzień sądu. Jej syn, John Connor (Edward Furlong) wychowuje się w rodzinie zastępczej i przechodzi trudny okres dorastania. Tymczasem na świat przybywa wysłany z przyszłości Terminator, tym razem model T-1000 (Robert Patrick), najbardziej zaawansowany i śmiercionośny robot stworzony z płynnego metalu z zadaniem znalezienia i unicestwienia przyszłego przywódcy oporu, Johna Connora. W ślad za nim rusza kolejna maszyna, znany wcześniej model T-800 (Arnold Schwarzenegger), który został specjalnie przeprogramowany, by tym razem chronił Johna Connora. Młody chłopak wraz ze swoim obrońcą postanawiają uwolnić ze szpitala Sare, by zjednoczyć siły i razem stanąć do walki z prześladowcą, a także za wszelką cenę powstrzymać Dzień Sądu.

Scenariusz jest bardzo podobny do tego z pierwszej części, przez co z początku może wydawać nam się wtórnym, jednak niech to nikogo nie zmyli. Cameron dobrze wiedział co robi i dzięki temu historia jest tu głębsza niż nam się wydaje. Arnold już nie jest taką bezduszną, zimną maszyną do zabijania. W trakcie trwania filmu następuje u niego pewna przemiana i to właśnie John Connor zaszczepia w nim taki pierwiastek człowieczeństwa. Oto tworzy się pierwszy robot zdolny do uczuć. Drewniane aktorstwo Arnolda pasuje tu znakomicie. Zupełnym przeciwieństwem jest ich główny przeciwnik, terminator T-1000. Robert Patrick dla mnie jak i pewnie dla większości z was będzie najbardziej kojarzony właśnie z tą kreacją. Co jest niesamowite, to aktor przez cały seans wypowiada bodaj ze dwa słowa. A całą resztę gra mimiką twarzy i swoim zachowaniem. Co też jest ciekawe, bo w zasadzie ma cały czas ten sam ponury wyraz twarzy. Musiał też sporo ćwiczyć kondycję, by nie okazywać zmęczenia podczas sprintów. U Sary Connor też nastąpiła spora przemiana. Już nie jest przestraszoną, ukrywającą się dziewczyną, a dojrzałą, pewną siebie i silną kobietą. W dodatku znakomicie posługuje się bronią palną. Ale sequel Terminatora to przede wszystkim efekty specjalne. To jest zadziwiające, ale niedługo minie 30 lat od premiery filmu, a efekty wcale się nie zestarzały! Co najważniejsze i co jeszcze bardziej podnosi wartość filmu, to to, że nie wszystkie efekty generowane są komputerowo (co teraz jest normą). Chociażby takie rozbicie helikoptera, to jest autentycznie zniszczony śmigłowiec, czy też spadająca ciężarówka z wiaduktu. Ale James Cameron jest znany z tego, że każdy jego film wyznacza nowe standardy kina. Należy również wspomnieć o wersji reżyserskiej, która jest wzbogacona o około 20 minut materiału pełnego ciekawostek i wyjaśnień dotyczących różnych kwestii, np. uczenia terminatora ludzkich zachowań. Tydzień temu nie wspomniałem, to tym razem to zrobię, że muzykę skomponował Brad Fidel, z bardzo charakterystycznym main theme.

Uważam, że ten film to taki kamień milowy w gatunku kina akcji, głównie ze względu na efekty specjalne, które nigdy wcześniej nie były tak dopieszczone. Takich produkcji już się nie robi. To jest jeden z tych filmów, które można oglądać wiele razy i nigdy się nie nudzą. 

Moja ocena:

9/10

 

GearHulk

 

GOŚĆ GŁÓWNY



 

 

Yangus19

 

Yo!

Ostatnia opisywana przeze mnie płyta nie była 100% rapowa, w ten weekend będzie jeszcze bardziej alternatywnie ale podobnie jak ostatnio polecę coś nowego. Na ile pozwoli mi ten rok na tyle starał się będę pisać o świeżynkach. No chyba, że zmienię zdanie ;) Jeśli wolicie klasyki to dajcie znać w komentarzach.

Do rzeczy, rok 2017 został przejęty przez „internetowy” boysband Brockhampton. Złożony z hetero, homo, czarnych, białych, latynosów itd. Wyróżniał się nie tylko etnicznie i kulturowo ale też muzycznie, ukazując to w trzech płytach w jednym roku.

Liderem całości, działającym muzycznie już wcześniej był i jest niejaki Kevin Abstract.

Czas na jego 3-solowe dzieło

Kevin Abstract - Arizona Baby

Brockhampton pomimo eksperymentowania gatunkiem wciąż można było nazwać rapem, alternatywnym i eksperymentalnym ale nie aż tak jak opisywany album gdzie rap został nawet nie tyle co zmarginalizowany co przytłoczony przez śpiewane wstawki Kevina i gości.

„Use Me” poruszający w jednym wersie temat mormońskiej rodziny (ciekawie to współgra z gospelowym samplem) oraz zamykający 11-utwórowy album „Boyer” o istocie bliskich osób w walce z problemami przywodzą na myśl twory kolektywu. W szczególności na ten pierwszy warto zwrócić uwagę.

W pozostałych piosenkach słyszymy znacznie więcej eksperymentu i alternatywy.

Takie „Georgia”, rewelacyjne swoją drogą, już przez samego autora zostało określone jako idealny utwór na lato. Sporo w tym prawdy aczkolwiek pomimo wakacyjnego sampla i wpadającego w ucho refrenu mamy dość smutny i sentymentalny wydźwięk całości.

Ciekawe są już pierwsze wersy o miejscu dorastania Kevina.

 

Houston, Texas, my teachers had weapons
I'd get my ass whipped, I learned my lesson

 

W Texasie, w którym jak wiadomo broń jest legalna, w 1 na 7 szkół nauczyciele mogą nosić przy sobie broń na terenie szkoły. Ciekawe czy w takich warunkach uczniowie też pyskują nauczycielom ;)

Wracając do albumu, jeszcze bardziej wakacyjny wydźwięk w którym również sporo śpiewu, a wersy są raczej podśpiewywane niż rapowane ma „Baby Boy”.

Te dwa wspomniane utwory zdecydowanie wyróżniają się na tle reszty ale warto też wspomnieć o występującym pomiędzy nimi „Corpus Christi”. Noszący nazwę miasta Kevina kawałek porusza temat orientacji Kevina o której w całej płycie usłyszymy dość często.

Wśród wspomnianych na pewno warto jeszcze zwrócić uwagę na „Peach” będące również jednym z przyjemniejszych momentów „Arizona Baby".

Podsumowując już, nie ma tu tak naprawdę utworów słabych i „skipowalnych”. Problemem dla mnie była bardziej tożsamość tej płyty. To nie jest ani album dla fanów typowego rapu, ani dla fanów neosolu czy innego typowo śpiewanego gatunku. W moim przypadku potrzebowałem paru prób aby dostroić się do całości.

To mocno alternatywny rap któremu moim zdaniem warto dać szanse bo „Arizona Baby” to dobrze zrobiona i dobrze przemyślana płyta. Nie jest może tak ciekawa i dobra jak trzy pierwsze płyt BH ale wciąż to kawał dobrej muzyki.

Sam nie wiem jak często będę do niej wracał ale na pewno trzeba docenić.

 

P-chan

 

Witam,

DC Comics ma to do siebie, że z czasem rozwijania swoich serii uwielbia namnożyć sporą ilość wątków. Doprowadza to do tego, że próg wejścia w tworzone przez to wydawnictwo uniwersum, dla nowych czytelników zaczynający dopiero swoją przygodę z komiksami jest dość spory. Stąd biorą się od czasu do czasu różne restarty wydawanych przez nich serii, poprzedzone większymi wydarzeniami.Tak było z opisywanym już w kulturze Kryzysem na Nieskończonych Ziemiach, który miał za zadanie posprzątać niepotrzebne wątki. 

I podobnie było choćby również w roku 2011, gdzie wydarzenie Flashpoint, które doprowadziło do powstania Nowego DC, miało wyjść na przeciw nowym czytelnikom, ale przy tym również zatrzymać tych starszych. Dziś już wiemy, że ten pomysł nie do końca się udał, doprowadzając do wielu absurdów,. A tym samym dostarczając na rynek wiele serii, które okazały się przeciętne. Jak choćby słaby Superman, który na początku zapowiadał się dość ciekawie by ostatecznie rozczarować. 

Ale nawet w przypadku nie do końca przemyślanych decyzji z jakimi borykało się Nowe DC, można było wyłapać naprawdę tytuły warte zainteresowania, jak choćby Wonder Woman, czy Ligę Sprawiedliwości. Ja jednak przybliżę Wam jeden z najlepszych komiksów, jaki potrafił ukazać się w ramach nowej inicjatywy DC.

Batman już nie raz słyszał opowieści o Trybunale Sów działającym w Gotham. Jego członkowie uważali się za prawdziwych władców miasta, gdzie działali z ukrycia. Niejednokrotnie naśladując pohukiwania nocnego drapieżnika. Lecz nigdy nie traktował tych historii poważnie, - aż do teraz.

W Gotham bowiem od pewnego czasu grasuje morderca, który brutalnie likwiduje najważniejszych, jak i najniebezpieczniejszych mieszkańców miasta. Wszystko wskazuje, że działa on na zlecenie tajemniczego syndykatu, który okazuje się o wiele potężniejszy niż mogło się to z początku Mrocznemu Rycerzowi wydawać. Syndykatu, który ma swoje siedziby w każdym miejscu w miejsce....

Batman: Trybunał Sów, to komiks który warto znać. Jest to jedna z najmroczniejszych i najlepszych historii w ponad siedemdziesięcioletnim dorobku obrońcy Gotham, której do już niby wypracowanego przez lata kanonu udało się jednak wprowadzić nowych przeciwników Mrocznego Rycerza. I nie co przewartościować jego poglądy na temat sprawowania kontroli nad przestępczością w mieście. Za co odpowiada sam Scott Snyder, który w zawrotny sposób postanowił namieszać w życiu Nietoperza. Autorowi udało się również nie tylko zbudować wyrazistych bohaterów, którzy przetaczają się przez kolejne strony tego komiksu. Ale również nieustannie stopniować napięcie, gdzie odnosimy wrażenie jakby zagrożenie czaiło się tuż za rogiem. Do tego stopnia, że nawet udaje się tytułowemu Trybunałowi niemal zepchnąć umysł Wayne'a w przepaść obłędu i paranoi.

Do współpracy nad tą opowieścią został zaproszony sam Greg Capullo, który fanom komiksów może być znany choćby z pracy nad Spawn'em. Jednak styl jaki tu zastosował jest bardziej realistyczna niż w jego wcześniejszych pracach. Sam ilustrator nie bał się też zastosować ciekawych zabiegów, jak choćby modyfikacja widzenia, która dla części czytelników może być myląca i odbierana jak błąd w druku. I tym samym idealnie wpasowuje się w to co chciał osiągnąć scenarzysta. A tym samym nie zapomina o tłach, co niestety zdarza się współczesnym twórcom dość często.

Na koniec zostaje standardowe pytanie, czy warto sięgnąć po ten komiks? Biorąc pod uwagę, że jest to jedna z najciekawszych opowieści o Batmanie, jaką przeczytałem w ostatnim czasie. A tym samym dość wyróżnia się na tle innych tworów z Nowego DC, którego nie jestem jakimś zagorzałym fanem, traktując to wszystko jako nie do końca przemyślany eksperyment odświeżenia uniwersum. To jak najbardziej. Szczególnie że mamy tu wszystko za co polubiliśmy tego bohatera czyli mroczną historię, kształtowaną przez odpowiednie dawkowanie napięcia i gotycką atmosferę podkreśloną odpowiednim rysunkiem. Jest to po prostu Batman, którego chcemy czytać jak najczęściej. Polecam.

Pozdrawiam.


 

MSaint

 

Wspominany już tu kiedyś Go Nagai stworzył w swojej przebogatej karierze wiele bardzo ważnych dzieł, a jednym z nich jest Mazinger Z, czyli wielki robot pilotowany przez młodego junaka, jakim jest Kouji Kabuto. Jeśli widziałeś kiedyś wielkiego robota strzelającego swoimi pięściami (a szczególnie, gdy ten atak nazywa się „Rocket Punch”), to jest spora szansa, że było to celowe nawiązanie do Mazingera. Przez ostatnie prawie pięćdziesiąt lat w gatunku wielkich robotów powiedziano dużo więcej, niż w Mazingerze Z z lat siedemdziesiątych, jednak w 2009 roku pewne studio postanowiło wziąć się za bary z klasykiem i opowiedzieć historię na nowo. Tak powstał Shin Mazinger Shougeki! Z-hen.

Pod górą Fuji odkryto źródło niesamowitej energii. Niejaki Doktor Hell pragnie jej dla siebie i w tym celu wskrzesza przedziwnych pomagierów, jak również olbrzymie bestie, za pomocą których chce przejąć źródło wspomnianej energii. Naprzeciwko niego staje doktor Kabuto, któremu udało się stworzyć super-metal. Z niego buduje gigantycznego robota, który ma służyć obronie przeciw zakusom Doktora Hell, a pilotem zostaje wnuk konstruktora, czyli Kouji Kabuto. Najzacieklejszym wrogiem jednak będzie niejaki Baron Ashura, czyli zszyty w całość pół-mężczyzna i pół-kobieta, a niegdyś para kochanków.

Opisany powyżej zarys fabuły brzmi dość prosto, jednak anime nie ułatwia zadania. Przez dość długi czas nie mogłem połapać się w fabule, ponieważ twórcy założyli, że widz oryginał zna na wyrywki, a w moim przypadku niekoniecznie tak było. Wreszcie zacząłem się orientować przy wątku z Lorelei (jakoś połowa serii) i od tego momentu opowieść wciągnęła mnie na dobre.

Oprócz okładania się po metalowych pyskach toczy się też tutaj walka psychologiczna: kto kogo oszuka, kto kogo podejdzie, komu pierwszemu puszczą nerwy. Co i rusz zastawiane są pułapki i podstępy, i to na tyle skutecznie, że sam dawałem się na to łapać. Jak nie jestem fanatykiem serii z wielkimi robotami, tak – szczególnie w drugiej połowie – Shin Mazingera Z oglądało mi się bardzo przyjemnie.

You should probably watch this:

 

Repip

 

Praca, praca, praca [ Gom ]

 


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

W tym tygodniu polecam serial animowany ULTRAMAN :) Taka współczesna wersja kultowego japońskiego superbohatera, uwspółcześniona i odpowiednio podana, świetnie nadaje się np. do roli zapychacza, bo krótkie odcinki nie wymagają oderwania się na długo od innych zajęć. Super moce, super kostiumy i super kosmici, nuta tajemniczości i ładna animacja.

W związku z tym, że mamy ostatnio trend oceniania wszystkiego po łebkach, po pierwszym odcinku, po opiniach innych ludzi, którzy oceniają po łebkach.... postanowiłem dodać kilka słów o fabule i budowie całego sezonu. A więc po pierwsze: ten serial to, mimo zastosowania nowoczesnej animacji, "japońszczyzna" w najlepszym wydaniu. Niech nie zwiedzie was wykreowany obraz świata Ultramana po pierwszych odcinkach. Po drugie: Tutaj wszystko potrafi pokazać ukryte drugie dno i ktoś, kto napisał fabułę tego serialu świetnie rozgrywa widza, niczym iluzjonista. Przyznam się, że z początku sam nabrałem się na te sztuczki i o mało nie odpuściłem.  Sezon leci po równi pochyłej, rozpędzając się do ostatniego odcinka. Po ostatnim odcinku chcę więcej ! jeśli drugi sezon zacznie się tak, jak skończył się pierwszy, to jestem kupiony. Dla fanów japońszczyzny, polecam.

 

Coś dla ucha:

 

Coś dla oka:

 

 

 

Gomlin

 

Co? Już koniec? A no tak... ponownie dojechaliśmy do końca bloga ;) Oczywiście to tylko koniec wpisu - a jego przedłużeniem są Wasze komentarze, na które czekam! Dziękuję za obszerny występ GearHULK'a otaz dla reszty współpracowników! Dzięki za wsparcie bloga komentami i stałą obecnością!

Do następnego ;)

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +27 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 23 Poziom: 77
PD: 56805
REPUTACJA: 34703