Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 22.03.2019, 12:57
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #89
290V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #89

Witam serdecznie w kolejnej cotygodniowej dawce kulturki!
Zapraszam do środka!

 

Gomlin

 

 

Witam,

Ostatnimi czasy trafiam na osoby, które teoretycznie są chętne na występ, jednak jak dochodzi co do czego to w piątek rano słyszę "może next week".

Nie ma jednak co się przejmować - kulturka trwa nadal - dzięki Waszemu wsparciu a i też jest okazała w teksty WSPÓŁPRACOWNIKÓW!

 


  


 

FILM:  Skoro widziałem pierwszego Deadpoola, to jednak nie wypada nie zobaczyć drugiego. Co prawda już trochę minęło od premiery ale co tam. Zobaczymy czy  poziom będzie trzymał się tak wysoko jak w pierwszej części.

CZYTADŁO: Drugi Tom przygód Mordimera wciąż czeka ;]

SERIAL: Kiedy tak oglądam Grę o Tron, to po czasie zdaję sobie sprawę, że serial jest zbudowany z 3 postawnych filarów, na których się opiera: Gwałt, Morderstwo, Polityka. Drugi sezon wydał mi się nudny, dlatego mam nadzieję, że kolejny będzie lepszy a oprócz podstawowych 3 filarów będą inne, które utrzymają mnie przy filmie. 

                         

 

 

 

 

 

Miał być Alfik - nie ma Alfika


 


 

 


 

Jackoo

 

Po sukcesie, jakim była pierwsza część z serii filmów o robotach, Michael Bay zapowiedział wyprodukowanie całej trylogii. Słowa dotrzymał i trylogię zamknął w taki sposób, w jaki fabryce snów przystało. Potroił ilość trotylu zużytego podczas kręcenia, potroił ilość slow-motion i lekko pomieszał w obsadzie, co suma summarum niekoniecznie serii wyszło akurat na dobre.

Transformers 3 – czyli triple the action, triple the excitement

Sam Witwicky (Shia LeBeouf po raz trzeci-ostatni) mimo młodego wieku ma już całkiem bogate CV. Ukończył college, dwukrotnie uratował świat przed złymi robotami z kosmosu, czego pogratulował mu osobiście sam prezydent Stanów Zjednoczonych wręczając wyróżnienie. A mimo to ma wielkie problemy ze znalezieniem pracy. Wsparcia może szukać na szczęście u swojej nowej dziewczyny – Carly (drętwa, ale piękna Rosie Huntington-Whiteley). Razem ramię w ramię z Optimusem-Primem po raz kolejny będą musieli stawić czoła złym robotom z odległej planety Cybertron. Okazuje się, że na Księżycu wiele lat temu rozbił się statek kosmiczny, na pokładzie którego znajduje się technologia, która może zdecydować o zwycięstwie w wojnie pomiędzy Transformerami.

Kolejna część Transformerów kolejny raz podnoszą poprzeczkę jeśli chodzi o efekty specjalne. To najdłuższa część spośród całej trylogii, prawdopodobnie przez duże ilości slow-motion. Fabuła jak zwykle dziurawa jak ten przysłowiowy ser szwajcarski, ale kto by się tym przejmował. Jeśli ktoś szuka twistów fabularnych i intrygi, to trafił pod zły adres. W porównaniu z poprzednią częścią, to ci prawdziwi, żywi aktorzy mają już trochę więcej do powiedzenia. Pewnie dlatego, że do obsady weszli John Malkovich wraz z Francis McDormand, którzy oczywiście kradną każdą scenę, w której się pojawiają. Co innego nowa dziewczyna Sama, czyli Carly. Tak jak przy dwóch poprzednich częściach i do grającej w nich Megan Fox miałem pewne zastrzeżenia, tak w przypadku Rosie Huntington-Whiteley jest kompletne dno. Aktorka poza wyglądem nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Sceny z jej udziałem są denne i gdyby nie to, że występuje w nich w krótkich, obcisłych spódniczkach, to w ogóle by nie przykuwała do ekranu. Uważam to za wielki błąd, że twórcy zaangażowali właśnie ją (ponoć były spięcia na linii Spielberg – Megan Fox). A poza tym to reszta bez zmian. Roboty niszczą kolejne metropolie w takt muzyki Steve’a Jablonskiego, wybuch goni wybuch, amerykańska flaga powiewa na wietrze, a poziom patosu szczególnie w końcówce przekracza wszelkie możliwe normy.

Podsumowując, zakończenie trylogii wypadło nieźle, jednak moim zdaniem nastąpił w niej przerost formy nad treścią. Tak jak w dwóch poprzednich częściach był zachowany pewien balans, tak tym razem nastąpiła przesada. Niby jest dobre widowisko, ale to jednak za mało, czegoś jakby brakuje. Do pierwszych dwóch części zawsze chętnie wracam, bo tworzyły jakąś spójną całość, trzecia trochę od nich odbiega. Wielka szkoda, że Michael Bay nie przystanął na trylogii, tylko postanowił kręcić kolejne części, które oprócz ciężarówki pieniędzy nie wniosły nic nowego. Ale o tym za tydzień. 

Moja ocena:

6/10

 

Poszukiwany/Poszukiwana

 

 

 


 

 

Yangus19

 

Yo!

Tym razem polecę coś zarówno nowszego jak i znacznie mniej znanego. W pewnym sensie tak naprawdę. Freddie Gibbs i Madlib to klasyczne duo raper & beatmaker, z jednej strony mamy młodego, dopiero wybijającego się rapera reprezentującego typowy gangsta rap, a z drugiej prawdziwą legendę. Gościa który ma na koncie świetny album instrumentalny „Shades Of Blue”, mocarny „Madvillainy” z MF Doomem i kupę innych kolaboracji z czego większość przypada na pierwsze dziesięciolecie XXI wieku.

Tak czy siak ich kolaboracja w 2014 roku była dość zaskakująca, a piszę o niej bo jesteśmy coraz bliżej kontynuacji ich wspólnego debiutu, który mówiąc pokrótce…był bombą.

Freddie Gibbs & Madlib - Pinata

Madlib to geniusz sampli, tak bym go pokrótce określił, natomiast Freddie to raper z Indiany nie ukrywający swojej narkotykowej przeszłości, o głębokim głosie przypominającym 2Pac’a i naprawdę dobrym flow. Te dwie rzeczy jednocześnie kontrastują i działają.

Gdy na początku uderza nas opowieść Freddiego o jego przeszłości związanej z handlem i zażywaniem kokainy w połączeniu z uspakajającymi soulowym samplami Madliba. Tyle, że to nie tylko kontrastuje ale też działa.

Jak w kolejnej piosence dostajemy opowieść o dealerze któremu kobieta łamie serce wybierając bezpieczniejszą opcje zabierając jednocześnie tą romantyczną stronę owego dealera ze sobą, wszystko znowu podane na świetnym soulowym beacie. Czuć w tym wszystkim synergię między jednym, a drugim.

Świetne beaty są właściwie na całej płycie ale mnie na przykład zawsze na dłużej przyciąga „Bomb” z tym hipnotyzującym samplem i „niepokojącymi” dźwiekami użytymi w ramach refrenu. Całość pięknie spaja Reakwon - legenda mafioso rapu.

Jeśli o gościach mowa to nie mógłbym nie wspomnieć o kawałku z wielbionym przeze mnie Scarfacem. „Broke” opowiadające o biedzie jako głównym powodzie nielegalnego stylu życia, to wszystko znowu genialne działa bo w tle mamy sampel Isaaca Hayesa. Wiem, że w tym momencie się powtarzam ale nie da się pisać o tej płycie pisząc o świetnych zwrotkach Freddiego nie pisząc jednocześnie o kolosalnej pracy Madliba.

Wracając do gości, oprócz dwóch wspomnianych „filarów” gangsta rapu mamy również młodych i głodnych, między innymi Earl The Sweatshirt, Ab-Soul czy moim zdaniem średnio pasujący do kawałka Danny Brown.

Tematyka opiera się wokół kokainy, jej handlu, zażywania, konsekwencji i wszystkiego w okół ale jako ciekawostkę mamy też kawałek o byłym szefie Freddie Gibbsa, Young Jeezym w którym autor wskazuje na brak wsparcia oraz złe zarządzanie początkami kariery Freddiego.

Jeśli klapa legalnego debiutu miała zaprowadzić do nagrania tej płyty to powinniśmy Young Jeezyemu podziękować.

Z racji zbliżającej się kontynuacji gorąco zachęcam do słuchania!

Pozdro!

 

 

P-chan

 

Witam

Przez wiele lat wydawnictwa takie jak DC, czy choćby Marvel przyzwyczaiły nas do przedstawiania swoich bohaterów od tej bardziej nieskazitelnej strony (pomińmy tu śmierć wujka Ben'a i błąd młodości Peter'a), jako postaci bez wad. Z biegiem lat, gdy ze swoimi bohaterami dorastali czytelnicy zaczęło się to zmieniać, ukazując uwielbianych przez lata bohaterów jako osoby nie do końca idealne. Wystarczy tu choćby wspomnieć samego Batmana i jego kontakt z narkotykami w chwili słabości, czy Iron Man'a który borykał się przez pewien czas z alkoholizmem. 

Tym razem padło jednak na superbohatera chorującego na chorobę psychiczną, a którego polskim czytelnikom postanowiło bliżej przybliżyć wydawnictwo Egmont w ramach wydawanego u nas Marvel Now.

Poznajcie Marka Spectora samozwańczego detektywa i strażnika nocnych podróżnych. Gościa w białym garniturze, o kilku osobowościach i ze wsparciem samego Khonshu - egipskiego boga księżyca, który poprzysiągł chronić miasto równie zwariowane jak on sam. Jednak ta misja może okazać się dla niego bardzo bolesna. Szczególnie gdy jako Moon Knight przyjdzie zmierzyć się mu z duchami, poprowadzić śledztwo w sprawie eksperymentu ze snem. Stając oko w oko z Czarnym Widmem. Tak oto rozpoczyna się przygoda , w której wyjdą na jaw najmroczniejsze i najbardziej zdumiewające sekrety skrywane w najmroczniejszych zakamarkach Nowego Jorku.

Sam komiks składa się tak na dobrą sprawę z sześciu osobnych historii, utrzymanych w różnej konwencji. Głównego bohatera widzimy zarówno podczas prowadzenia śledztwa, by w następnie zobaczyć go jak zagłębia się w odmęty snu. Czy jak po prostu wyżywa się na swoich przeciwnikach, okładając ich bez opamiętania.

Za te historie odpowiada sam Warren Ellis, który przyjmując taką formułę opowieści nie musiał się zbytnio przejmować jakimikolwiek ograniczeniami związanymi z bogatą przeszłością bohatera. Dzięki takiemu zabiegowi ułatwił nie tylko zadanie swoim następcom (Ellis tak naprawdę napisał tylko sześć pierwszych zeszytów Moon Knight'a w Marvel Now), ale również mógł sobie pozwolić na stworzenie oryginalnych, bardzo zróżnicowanych i intrygujących historii. I tak mamy tu otwierającą dość groteskową opowieść o Ciachaczu, czy mroczną historię pewnego snajpera. A to przecież tylko dwa przykłady.

Na pochwałę zasługuje też sama graficzna warstwa komiksu, która bardzo dobrze odzwierciedla to z czym mamy do czynienia od strony scenariusza. Rysunki Declana Shalveya są niezwykle mroczne i sugestywne. Sposób kadrowania jaki obserwujemy choćby przy zanurzaniu się naszego bohatera w halucynogenne głębiny snu, robi ogromne wrażenie również dzięki odpowiedniej kolorystyce autorstwa Jordie Bellarie. Kolorystyce, która odgrywa tu również ważną rolę, nadając głębi warstwie wizualnej, sprawiając by wyglądała ona jeszcze bardziej przekonująco i sugestywnie.

Sam debiut Moon Knight'a na polskim rynku uważam za bardzo udany, a za sam pomysł przybliżenia akurat tego bohatera polskiemu czytelnikowi należą się wydawcy duże brawa. Owszem nie przeczytałem jeszcze pozostałych dwóch tomów jakie dotychczas wyszły u nas, gdzie mamy do czynienia już z innymi scenarzystami. I ciężko mi potwierdzić, czy trzymają równie dobry poziom co pierwsze historie pisane przez Ellisa. Nie zmienia to jednak tego, że jest to jeden z najlepszych moim daniem komiksów z Marvel Now, jaki ukazał się na naszym rynku. I warto zapoznać się choćby z tym co zrobił autor Transmetropolitan'a.

Pozdrawiam. 


 

MSaint

 

Duet mangaczek, posługujący się pseudonimem Peach-Pit, stworzył wiele różnorodnych dzieł: DearS, Shugo Chara, Ookamikakushi… Ale i tak najbardziej znanym pozostanie Rozen Maiden.

Tajemniczy lalkarz Rozen stworzył wiele różnych lalek, co jest u lalkarza rzeczą dość powszechną – jednak na szczególną uwagę zasługuje fakt, że swoje działa obdarzył życiem. Każda z nich ma swoją Rosa Mystica, czyli klejnot, dzięki któremu lalki nie tylko żyją, ale mają również własne magiczne moce, czasem nawet całkiem spore. Jest jednak pewien haczyk – lalki muszą toczyć ze sobą walki niczym w serii Highlander: aż pozostanie tylko jedna.

Pewnego dnia chłopak imieniem Jun, którego plan na życie to bezustanne przesiadywanie w domu, zamówił online o jedną niby-magiczną rzecz za dużo – a konkretniej jedną z Rozen Maiden, Shinku. Ta zachowująca się w dość wyniosły sposób lalka szybko mianuje Juna na swojego służącego, z którego nawet może korzystać niczym z baterii – na przykład używać jego siły życiowej do zasilania swojej magii. Mimo trudnych początków znajomości Jun i Shinku powoli przypadają sobie do gustu i nawet zaczyna się tworzyć coś w rodzaju rodzinnej atmosfery, szczególnie, że pojawiają się kolejne lalki: Hina Ichigo, Suiseiseki (tak, ta od DESU) i jej siostra Souseiseki, elegancka Kanaria… Antagonistką jest Suigintou – lalka tyleż ambitna, co przelewająca swoje osobiste problemy na innych, ale również mająca swoją dobrą stronę, którą jednak starannie ukrywa.

Stroje lalek są utrzymane w stylu gothic lolita, co niektórych może przyprawić o torsje i reakcje obronne, ale według mnie jak najbardziej da się przeżyć. Piosenkę do openingu nagrał niesławny Ali „wszystkie piosenki brzmią tak samo” Project, ale znowu: taka stylistyka tu po prostu pasuje.

Anime ma walki, elementy komediowe, trochę ciekawych wątków dotyczących charakterów postaci i tak z dziesięć lat temu wydawało się być całkiem popularne, niestety dziś wydaje mi się być mocno zapomniane, a trochę szkoda. Można spróbować.

 

You should probably watch this:

 

Repip

 

Achuj!

Środowy koncert Turisasa we Wrocławiu dał mi niezłego kopa, fińska kapela dała ostro po garach, aż w młynie się kotłowało. Wypada zatem zapodać fińskim krajobrazem, a mistrzem w tym jest niejaki Pajuen, polecam całą jego galerię, teraz Canada geese on the sea shore


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

W tym tygodniu pewnie nikogo nie zaskoczę, ale polecam najpopularniejszy w tej chwili zbiór animacji z Netflixa, czyli "Miłość, śmierć i roboty". Zupełnie z zaskoczenia Netflix uraczył nas tym zbiorem animacji i nic nie zapowiadało, że będą takie dobre. Ogląda się je z czystą przyjemnością, może jedynie przydało by się, aby były nieco dłuższe. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to niech się nie zastanawia, tylko zasiada do seansu. Mała uwaga: te animacje ze względu na nagość i przekleństwa kierowane są tylko i wyłącznie dla dorosłego widza, nie polecam oglądać z dziećmi lub młodszym rodzeństwem. Ogólnie klimat i wykonanie rewelacja. Zaliczyłem całość w jedną noc, bo nie mogłem się oderwać.

 

Jak już jesteśmy w klimatach robotów, to postanowiłem również zarzucić w klimatach retro filmami Robocop 1 i 2. Była oczywiście jeszcze część trzecia, był również nowy Robocop nie tak dawno, ale obydwie te produkcję postanawiam przemilczeć dla dobra ogółu. Był również nie najgorszy serial, jednak niski budżet i brak rozmachu nie przyczynił się do dużej jego popularności.

Robocop z Peterem Wellerem, to jedyny słuszny i prawilny Robocop, jakiego nosiła matka ziemia. Jest to przykład tego typu filmów, w których klimaty science fiction odgrywają tylko tło (jakże miodne, ale tylko tło) do pokazania niedalekiej (teraz już obecnej) wizji przyszłości, w której korporacje i wysocy urzędnicy dla pieniędzy i swej megalomanii zrobią wszystko, są bezkarni, a zwykli ludzie nie mają zbyt wiele do powiedzenia w rozgrywkach politycznych. Mało tego, politycy również są bezsilni w konfrontacji z ogromnymi pieniędzmi korporacji lub mafii narkotykowej. Dzięki temu Robocop, jako film, nie był płaski, lecz wielowymiarowy. Mieliśmy wątki skorumpowanych glin, walki z własnym człowieczeństwem, machinę biurokratyczną, korupcję, przenikanie się polityki i przestępczości, walki o władzę w mieście pomiędzy politykami, korporacją i mafią a w środku tego wszystkiego Robocop. Dobry scenariusz, dobra gra aktorska i wiele wyrazistych postaci przyczyniło się do tego, że dwa pierwsze filmy są dziś zdecydowanie kultowe. Dobra ścieżka dźwiękowa, motyw przewodni, który jest absolutnym top z filmów mojego dzieciństwa, fantastyczne efekty specjalne, jak na czasy sprzed CGI.... polecam obejrzeć nawet dla przypomnienia, jak się kiedyś robiło fantastyczne filmy akcji z mistrzowską fabułą. Takie produkcje przysłaniają nawet po latach dzisiejsze gnioty, ale nie będę się pastwił nad współczesnym kinem, zwyczajnie polecam odkurzyć i zobaczyć :)

Mały fragment:

 

Na koniec coś dla ucha i lepszych zasięgów:

 

Oraz coś dla oka:

 

 

 

Gomlin

 

Jak zwykle kończymy odcinek wpisem Darka ;] Dzięki bardzo za przeczytanie! Czekam na Wasze propozycje na weekend i do zobaczenia już za tydzień !

Kulturka z Wami!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +21 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +148 -
Gomlin
Ranking: 29 Poziom: 81
PD: 65905
REPUTACJA: 37325