Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 01.03.2019, 11:22
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #86 + Jacko
349V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #86 + Jacko

Hej hej ;) Witam i zapraszam na kolejne wydanie kulturki na weekend!

 

Gomlin

 

 

Witam,

Z góry przepraszam za zbyt duże/małe lub brak obrazków ale dzisiejsza kultura powstaje poza domem i na telefonie jednak tutaj się średnio operuje...Dzisiaj jako główny gość ma występ znany wszystkim Mistrz Kultury Muzycznej, który odszedł na kulturową emeryturkę - Mr.Darko ( ala Darkest):) Dziękujemy i pozdrawiamy ^^

Nadal trwają poszukiwania na:

MOLA KSIĄŻKOWEGO do Kultury ;)

A teraz zapraszam do lektury :)

 


  


 

FILM:  Oglądałem ostatnio polski film Jak pies z kotem. Cóż mogę powiedzieć? Film może nie jest jakoś szczególnie wciągający ale jest cholernie prawdziwy. Jeżeli ktokolwiek miał kiedyś styczność z osobą chorą, którą trzeba się zająć po całości to doceni ten film a osoby...nie mające w życiu takich problemów i styczności z tym powinny zobaczyć jak życie potrafi być ciężkie.

CZYTADŁOJeżeli podczas tego weekendu będzie mi się dalej tak ślamazarzyć piąty HP....to chyba odstawię na jakiś czas. Myślałem by brać się za Inkwizytora - ale nie wiem jak wygląda chronologia - ktoś poleci od czego zacząć

SERIAL: Nie miałem pomysłu za co by się teraz zabrać. Westwood jakoś średnio mi podchodzi... I w ten GearHulk podesłał mi bym sobie obczaił The Umbrella Academy - ponoć BDB - więc sprawdzę 

                         

 

 

Mr.Darko

No siema. W tym tygodniu wyłącznie strawa z obrazów ruchomych. Zapraszam do czytania!

 

 

FILMIDŁO


Sicario 2


Jedynka Sicario zrobiła na mnie niezłe wrażenie. Może nie był to film wybitny pod względem scenariusza, ale nadrabiał aktorstwem, zdjęciami, muzyką, no i klimatem trzymającym w napięciu. Kiedy zobaczyłem rok temu zwiastun dwójki, to pomyślałem, że dostanę więcej tego samego, co w tym przypadku byłoby dla mnie sporym plusem. Z przyczyn niezależnych na seans się nie wybrałem, a zaległość nadrobiłem dwa tygodnie temu. Mam mieszane odczucia.

Ludzie złośliwi czasem mówią, że jak zobaczyłeś zwiastun, to zobaczyłeś najlepsze momenty danego filmu. Niestety w przypadku tej kontynuacji jest to szczera prawda, bo to się dzieje poza pokazanymi scenami nijak nie zaczepia się w umyśle widza. Nie ma tutaj scen na miarę początkowej akcji z jedynki, gdzie oddział federalnych znajduje zwłoki w murach kartelowej meliny. Nie uświadczymy rozmachu znanego z wjazdu do „bestii”, czyli miasta Juarez, prezentującej Meksyk jako odbyt piekła, skąd wydobywa się najbardziej plugawa zawartość. Nie ma tego uczucia grozy i strachu, gdzie czujemy, że bohaterowie trafili do cholernie niebezpiecznego miejsca i w razie dymu nikt im nie pomoże, bo gliniarze przecież siedzą w kieszeni karteli. W Sicario 2 chłopaki sobie wbijają do sąsiadów na totalnej wyjebce, rozpieprzają policyjne samochody, zabijają i porywają kogo chcą w centrum miasta, bez większych problemów. Black Ops są zbyt „widoczni” jak na mój gust w tym wypadku. Mamy też totalne odwrócenie podejścia głównych bohaterów. Alejandro, który był gotów bez mrugnięcia okiem zastrzelić całą rodzinę pewnego gościa w jedynce, teraz niańczy córkę main bossa kartelu. Analogicznie sprawa się ma z Mattem, ale bez zbędnych spojlerów. Nie kupuję tej ich przemiany. Film do obejrzenia bez przerw na ziewanie. Aczkolwiek po blisko 120 minutach człowiekowi przychodzi do głowy pytanie - właściwie po co to powstało? Szkoda, że zrobił się z tego typowy akcyjniak. Nie rokuje to zbyt dobrze na część 


FILMIDŁO


El Chapo


Zostajemy w klimacie Meksyku i narkotykowych karteli. Po zakończeniu ostatniego odcinka trzeciego sezonu muszę przyznać, że Chapo jest zdecydowanie bardziej udanym projektem niż nowe Narcos. Serial, co prawda, długo się rozkręca, ale później dostajemy już wyborną akcję bez trzymanki do samego końca. Walka o terytoria, spektakularne ucieczki z więzienia, koneksje i problemy wewnątrz rodziny, spiski i zamachy. Sporo się tutaj dzieje. Aktorsko błyszczą Marco de la O wcielający się w narko-bossa Joaquína "El Chapo" Guzmána oraz Humberto Busto jako skorumpowany polityk Conrado Higuera Sol. Serial dobrze gra na emocjach widza, bo tak na dobrą sprawę z jednej strony odczuwamy współczucie i w pewien sposób kibicujemy Chapo (oddanie rodzinie, chociaż też nie do końca), ale z drugiej strony widzimy, że to zwykle bydle i stajemy przez to w rozkroku moralnym. Ludzie to odcienie szarości. W końcowym rozrachunku jednak nikogo nie można nazwać postacią pozytywną. Kochająca matka, która przymyka oko na zbrodnie syna, tak jak jego wszystkie żony. Skorumpowani policjanci, żołnierze i politycy. Wreszcie agenci DEA, którzy tutaj przedstawieni są jako niewiele lepsi od tych, z którymi walczą. Mamy tutaj obraz państwa upadłego, gdzie realnymi ofiarami są cywile i ich rodziny. Serial zdecydowanie wart obejrzenia.

 


 

Jackoo

 

Czas rozpocząć kolejne uniwersum. Chyba już na razie wystarczy horrorów, ponurych klimatów i depresji. Czas na wybuchy, CGI, mnóstwo slow-motion i zabawki dla dużych dzieci. Czas na Michaela Baya, który wie jak się robi dobre kino, ale jeszcze bardziej niż efekty specjalne, to kocha pieniądze. Czas na filmy o robotach.

Transformers – czyli film dla dużych chłopców

Fabuła w filmie jest dość płytka, ale przecież nie o fabułę w takim filmie chodzi. Od wielu lat trwa wojna pomiędzy dobrymi robotami – Autobotami oraz złymi – Deceptikonami. O tym, którzy zwyciężą może przesądzić tylko znalezienie Wszechiskry, która okazuje się być na Ziemi. W tym celu wysłannicy obu frakcji przylatują na naszą planetę. Poza robotami, którzy są z oczywistych względów najważniejszymi postaciami w filmie, to głównym bohaterem jest Sam Witwicky (bardzo dobry Shia LaBeouf), nastolatek, typowy geek, którego ojciec postanawia sprezentować pierwszy samochód, który okazał się być autobotem. Chłopak jest w posiadaniu również okularów, które pierwotnie należały do jego dziadka. Sam nie jest świadomy jednego, że okulary skrywają w sobie wielką tajemnicę, mapę ze współrzędnymi położenia Wszechiskry. W ten sposób Sam wraz ze swoją dziewczyną Mikaelą (Megan Fox) znajdują się w samym centrum wojny robotów.

Każdy, kto widział wcześniejsze filmy Michaela Baya wie doskonale czego się spodziewać. Czy to były obie części Bad Boys, czy Twierdza, czy Armageddon – reżyser zawsze na pierwszym planie stawiał widowisko i dobre tempo akcji. Nie inaczej jest tym razem. Co by nie mówić, film jest pewnym przełomem. Nigdy wcześniej efekty CGI nie stały na takim poziomie. Modele robotów dopracowane w każdym małym detalu. Przemiany robotów w samochody czy też helikoptery wyglądają bardzo płynnie i efektownie. Pamiętajcie, że mamy 2007 rok, teraz może to i standard, ale wtedy to było coś nowego i świeżego. Sekwencje walki robotów – rewelacja, szczególnie końcowe fragmenty filmu, gdy akcja przenosi się na ulice miasta. Eksplozja goni eksplozję przy akompaniamencie dobrej muzyki. To musiało oczywiście sporo kosztować (budżet na ponad 200 mln dolarów), na szczęście portfel producenta Stevena Spielberga nie miał limitów. Co do głównych aktorów widowiska – ten film zarówno dla Shia Lebeoufa i Megan Fox jest pewnego rodzaju katapultą do większej kariery, stali się dzięki niemu bardziej rozpoznawalni. Bardziej na tym skorzystał LeBeouf, pojawiał się później w kilku produkcjach. Megan Fox, no cóż, jej rola była nieco inna. Ona miała głównie w filmie wyglądać i swoje zadanie spełniła. Na ekranie pojawia się także Jon Voight, który gra swoje jak zawsze. Powiewająca amerykańska flaga? Jak najbardziej, bo to kolejne cecha, która charakteryzuje Michaela Baya. Nie jestem zwolennikiem przesadzonego patosu, dlatego zaliczam to do minusów.

Podsumowując, kto jeszcze nie widział, niech się szykuje na 2 i pół godzinną solidną porcję wybuchów, ale i bardzo dobrej przygody i klasycznej, odmóżdżającej rozrywki. 

Moja ocena:

8/10

 

 

Poszukiwany/Poszukiwana

 

 

 


 

 

Yangus19

 

Yo!

Ostatnio polecałem J. Cole’a więc polecanie Kendrick’a na ten weekend ma sens (jako jedna generacja raperów i bezpośrednie porównania w kontekście najlepszego tekściarza), to jeden powód. Drugi jest taki, że kulturowy kolega od filmów Jackoo (pozdro!) wywołał Lamar’a do tablicy, więc będzie Lamar (ah, poczekaj, aż ja Ci jakiś film wywołam!:p).

Sprawa wyboru artysty została więc szybko rozwiązana, problem miałem jedynie z wyborem albumu. Każdy kto zna Kendrick’a, a mam wrażenie, że osiągnął już taką popularność iż zna go chyba każdy, ten wie, że reprezentant Top Dawg Ent. nie ma słabych płyt. Moją ulubioną pozostaje prawdopodobnie „To Pimp A Butterfly”, ale z najnowszą pełnoprawną płytą „DAMN” jest ciekawa sprawa. Otóż gdy płyta wyszła w 2017 roku to dałem jej parę szans, bujał mną strasznie oczywiście główny single „Humble” ale reszta wleciała i wyleciała bez echa.

Dopiero gdy jakiś czas później wyszła ta sama płyta ale z odwróconą kolejnością przyjrzałem się bliżej, tak jak powinienem od samego początku.

Kendrick Lamar - DAMN Collectors Edition

„DAMN” to zamknięta opowieść, tzn. cała płyta kręci się wokół grzechów stylu życia (przekleństwa bycia gwiazdą i ulicznego pochodzenia) i słabości Kendricka. Przy czym kawałki reprezentują jedno bądź drugie. I teraz najciekawsze. Jeśli puścimy płytę w oryginalnej kolejności to płyta kończy się kawałkiem „Duckworth” opowiadającym autentyczną historię napadu szefa obecnej wytwórni Lamar’a na KFC w którym pracował jego ojciec, płyta kończy się więc śmiercią taty Lamar’a w wyniku czego wychowuje się on bez ojca po czym ginie w strzelaninie na ulicy. Pierwotnie wydane DAMN kończy się więc śmiercią z powodu przekleństwa (najlepsze tłumaczenie jakie znalazłem do słowa wickedness w kontekście tej płyty ale może macie lepsze….).

Z kolei polecana prze zemnie wersja z kolejnością odwróconą kończy się kawałkiem „Blood” reprezentującym słabości Kendricka poprzez rozmowę naszego bohatera z ślepą kobietą która przedstawia konsekwencje w byciu nieposłusznym wobec Boga poprzez śmierć.

Tak więc w zależności od tego jak posłuchamy płyty mamy nie tylko inny powód śmierci ale też inne wrażenie z całej historii.

Cała płyta działa jako całość i (co pewnie pisałem już w kontekście wielu płyt) nie ma tu słabych utworów, mamy między innymi „LUST” przedstawiający słabość w postaci seksualnej żądzy związanej z praktycznie nielimitowanym dostępem do kobiet, bujające „HUMBLE” reprezentuje z kolei przekleństwo w postaci nieustającej konkurencji i o tym, że to ona powinna się ukorzyć przed wyższością Lamara, oczywiście przy głębszej analizie można też to dwojako rozumieć - np. jako bycie pokornym wobec sukcesu jaki się osiągnęło bo przy nieustającej konkurencji owy sukces może być jedynie chwilowy.

Nawet kawałek z Rihanną „LOYALTY” o wzajemnym zaufaniu i lojalności jako drodze do przetrwania może być albo wstępem do piosenki o dumie („PRIDE”) i wspomnianym „HUMBLE” (do czego nawiązuje Rihanna w dialogu z Kendrickiem na końcu utworu) albo w drugiej wersji rozwinięciem tych historii poniważ występuje bezpośrednio po dwóch wspomnianych kawałkach.

Tak czy siak polecam analizowanie na własną rękę lub po prostu uprzyjemnianie sobie weekendu naprawdę świetnię brzmiącą płytą.

Polecam!

 


 

P-chan

 

Witam

Ostatnio miałem okazję zobaczyć ciekawy dokument o Wojnie w Wietnamie, który to puszczała u nas jedna z telewizji, w której były ukazane okropności tej wojny. Więc naszła mnie taka myśl, że tym razem polecę Wam jakiś komiks o tej tematyce. Szkopuł w tym taki, że w naszym pięknym kraju komiksów zahaczających o ten temat tak naprawdę wyszło niewiele. Osobiście kojarzę na dobrą sprawę w sumie dwa takie tytuły. Jeden z nich był sygnowany logiem Marvel'a i dotyczył przeszłości Punisher'a, drugi został wydany przez wydawnictwo Waneko. I właśnie ten drugi tytuł mam zamiar przedstawić w dzisiejszym odcinku kultury, szczególnie że jest to tytuł który podszedł do tematu nie standardowo. A mowa tu o mandze, która już samym tytułem powinna przynajmniej zaintrygować osobę postronną. O czym mowa? Oczywiście że o Cat Shit One autorstwa Motofumiego Kobayashiego.

Głównymi bohaterami mangi są trzy króliki należące do amerykańskiego oddziału rozpoznania. Rozsądny i skrupulatny przywódca oddziału Pakki, doświadczony zwiadowca Rats, i nieco bojaźliwy łącznościowiec Botaski. Razem stanowią interesujący zespół, który został wrzucony w sam środek konfliktu gdzie wysyłani są na różne misje zwiadowcze. A nawet trafiają do niewoli.

Sam komiks można porównać do takich tytułów jak Usagi Yojimbo Stan'a Sakai, czy Maus'a  Art'a Spiegelman'a. A to choćby dzięki zastosowaniu przez autora podobnej konwencji, gdzie bohaterowie tych historii przedstawiani są w formie zwierzęcej. I tak Amerykanie to króliki, Wietnamczycy to koty, Japończycy to goryle i małpy, Rosjanie to niedźwiedzie, zaś Francuzi to świnie. Ten zabieg pozwolił Kobayashi'emu uniknąć epatowaniem zbędną przemocą, do jakiej przyzwyczaiły nas choćby filmy poruszające podobną tematykę. Co wcale nie oznacza, że manga unika pokazywania prawdy o wojnie. Robi to jednak bardziej w subtelny sposób, bez gloryfikowania roli amerykańskiej armii w Wietnamie.

Cieszy też przywiązanie autora do szczegółów, które pozwoliły wpasować komiks w realia historyczne po prostu wzorowo. Gdzie nie tylko mamy dokładnie przedstawione rodzaje broni, wojskowy żargon oraz fachowe określenia od których wręcz roi się w dialogach. Ale również mamy tu materiały historyczne dotyczące choćby genezy samej wojny, czy faktycznych wojsk które brały w niej udział. Dodatkowych informacji dostarczają również dygresje wplecione w narrację, dotyczące manewrów, czy konkretnych operacji.

Strona graficzna Cat Shit One robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Rysunki są przejrzyste, pełne szczegółów i mimo zastosowania zwierzęcych bohaterów - realistyczne. Widać, że pan Motofumi Kobayashi zna się na swojej robocie, i wie co akurat chce przedstawić w danym kadrze.

Czy warto sięgnąć po tę mangę? Uważam że jak najbardziej, mimo pewnej surowości fabularnej od której co poniektórzy mogą się odbić.To sam komiks czyta się naprawdę dobrze, nie nuży, a i przyjemność z poznawania faktów o których nie miało się pojęcia robi swoje. Jest to tytuł warty poznania, choćby z racji tego że porusza dość ciężką tematykę, ale bez zbędnej krytyki i moralizatorstwa. Bardziej skupiając się na przedstawieniu realiów historycznych. Więc znajdą w nim również coś fani militarystyki, jak i osoby chcące w łatwy sposób przyswoić sobie pewną wiedzę o jednym z największych konfliktów ubiegłego stulecia.

Pozdrawiam. 


 

MSaint

 

Każdy będący jako tako na bieżąco z obecnie pojawiającymi się nowymi anime wie, że isekai dominuje. Chodzi tu o motyw fabularny, gdzie ktoś znienacka trafia do innego świata – a to zostaje uwięziony w świecie gry, a to umrze (przeważnie klepnięty przez pędzącą ciężarówkę) czy inne cuda. Najczęściej protagonista trafia do świata fantasy znanego z klasycznych jrpg, gdzie musi sobie jakoś radzić. Ten schemat jest powielany tak często, że nie jest łatwo stworzyć coś nowego, ale nie powstrzymuje to nikogo od próbowania (tak, jest isekai o byciu prostytutką), jak również od odwrócenia tego schematu. Jedną z takich prób jest Hataraku Maou-Sama!.

W świecie fantasy demoniczny lord w końcu ma zostać pokonany przez grupę niestrudzonych bohaterów. W ostatniej chwili otwiera portal do innego świata, gdzie umyka wraz ze swoim wiernym doradcą. Przenieśli się, a jakże, do współczesnej Japonii – niestety ich magiczne moce zostały zredukowane praktycznie do zera. Aby przetrwać, muszą nauczyć się reguł naszego świata i zakręcić się za jakąś pracą, oraz dodatkowo unikać Emi – wojowniczki, która pragnie pozbyć się demonicznego lorda na dobre.

Anime podobało mi się – bo choć nasz demoniczny lord na dobre wkręcił się w pracę w lokalnym McDonaldzie, to nigdy nie miałem pewności, na ile poważnie traktuje swoje nowe zadanie, a ile z tego jest jakąś przebiegłą grą. Dodatkowo relacje z niby śmiertelnym wrogiem, czyli Emi, oraz robiącym obecnie za kurę domową złowrogim doradcą, jak również uroczą, niewinną i hojnie obdarzoną przez naturę koleżanką z pracy, są po prostu i zabawne, i sympatyczne. Polecam do obejrzenia. Może kiedyś doczekamy się drugiej serii.

You should probably watch this:

 

 

 

Repip

 

Achuj!

Dziś w oko wpadł bardzo przejmujący obraz Army of my sins od ArtLatkowski

 


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

Witam wszystkich razem oraz każdego z osobna. Lecimy z tematem, bo czas kurczy się, jak góralski sweterek w praniu.

Piszę to nie bez powodu, chroniczny brak czasu daje się coraz bardziej we znaki, nie ma czasu na ogarnięcie ciekawych pozycji. Całe szczęście, że zima chyli się ku końcowi, dzień coraz dłuższy, tylko nawał pracy jak by coraz większy....

W tym tygodniu polecam lekką i przyjemną pozycję dla niewymagających. Koreańskie kino klasy B w najlepszym wydaniu: Mściciel. Niestety (a może stety) era kozaków kopiących na ekranie tyłki złych kolesi jak by się skończyła jakiś czas temu. Zwyczajnie przestało się chyba opłacać wydawać takie filmy nie tylko w kinie, ale również na DVD. I tutaj znów z odsieczą przychodzi Netflix, dzięki któremu można dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

Co można napisać o samym filmie? Wiadomo: kino kopane raczej niczym nowym nie zaskoczy, co najwyżej tutaj zaskoczyło nowym zakapiorem, którego nie znamy z Hollywood. Aktor udźwignął rolę, wykazał się na ekranie niesamowitym skilem i sprawnością fizyczną, co przełożyło się na przyjemny seans kina akcji. Zdecydowanie warto zobaczyć, jeśli lubicie walki na ekranie, bo zarówno choreografia, jak i zdjęcia wypadają zadziwiająco dobrze. Jedynym minusem filmu dla niektórych może być azjatyckie poczucie humoru, które jest tak czerstwe, że wielokrotnie uśmiechałem się pod wąsem nie z powodu żartów, ale ich poziomu, ale ja akurat mam na nie dużą tolerancję i mi nie przeszkadza. Pozostaje polecić i życzyć miłego seansu.

Ale to nie wszystko :) W ostatniej chwili postanowiłem również dorzucić coś dla miłośników motoryzacji. Jeśli macie dostęp do Netflix i lubicie restaurowanie starych samochodów, zwłaszcza amerykańskich, to zdecydowanie powinniście znaleźć czas na program pod tytułem "Mistrzowie renowacji samochodów", znany również, jako Gotham Garage.

Jak na razie skromnie, bo tylko jeden sezon, ale zdecydowanie lepiej się go ogląda, niż West Coast Customs, czy inne dziwadła spod znaku aerografu i spawarki (w Polsce szpachli, szpachli i jeszcze raz szpachli). A dlaczego lepszy, niż WCC ? Ponieważ samochody restaurowane są na modłę oryginałów, najrzadszych prototypów, wartych sporo kasy wśród kolekcjonerów a nie jedynie entuzjastów wielkich głośników w bagażniku i monitorów w siedzeniach. O ile ostatnie sezony WCC to nuda, żenada i dwa metry mułu, tak tutaj z pasją remontuje się coraz droższe auta, aby dojść do wielkich pieniędzy w podrzędnym garażu. A efekt końcowy - wierzcie mi - jest powalający. Oglądajcie cały sezon, im dalej, tym lepiej. No i ta pani mechanik..... Polecam.

I na koniec coś dla ucha :

Oraz oka:

 

 

Gomlin

 

Ufff, jakoś poszło ;] Składanie bloga na telefonie to ciężka robota. No dobra, nie ciężka ale dużo bardziej pracochłonna. Dzięki za występ dla Mr.Darko! Dzięki moim współpracownikom! I Wam za to, że jesteście z kulturą ;)

Zapraszam do komentowania i dzielenia się z resztą swoją kulturką!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +19 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +148 -
Gomlin
Ranking: 29 Poziom: 81
PD: 65946
REPUTACJA: 37367