SKLEP

Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 11.01.2019, 11:45
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #79
131V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #79

Witam serdecznie i zapraszam na kolejny odc Kulturki na Weekend!
 

 

Gomlin

 

 

Hejka!

Dzień Doberek w kolejny kulturalny weekend! Zima daje się ostro we znaki chociaż temperatura jeszcze nie rozsadza termometrów a woda nie zamarza w locie. W taki okres najlepiej zrobić sobie ciepły napój ( lub wyskokowy, również rozgrzewający...) i zasiąść do dobrej książki/filmu/serialu itp. Dzisiejszy odc poprowadzi nasz kulturowy znawca Anime - MSaint w towarzystwie pozostałych współtworzycieli:) 

Serdecznie zapraszam!

 


  


 

KOMIKS:  Wiele osób zapewne kojarzy słynnego Jeża Jerzego. Dla mnie już jeden z kultowych bohaterów komiksowych w PL w za mych młodych lat. Ostatnio w PE widziałem krótką recenzję i wzmiankę reedycji komiksu. Jest to zbiór kilku numerów, który zostanie paru tomach. Póki co w sklepach jest tom1, który bym chętnie nabył. Póki co jednak przypomnę sobie nr który posiadam ;)

SERIAL:  Dałem szansę kolejnemu polskiemu serialowi jakim jest Chyłka: Zaginięcie. TVN'owski serial, który jest dostępny bodajże tylko na ich Playerze. Póki co wyszło 5 odcinków i muszę przyznać, że akcja bardzo ciekawie się rozkręca. Fakty dotyczące zaginięcia pewnej dziewczynki stają się ciekawe i potrafią wciągnąć. Podoba mi się gra Cieleckiej ( jako takiej zimnej suki). Mam nadzieję, że nie rozczaruję się jak w przypadku Ślepnąc od Świateł...

 

              

 

 

MSaint

Dziękuję koledze Gomlinowi za umożliwienie zamieszczenia w tym zacnym miejscu krótkiej wypowiedzi na temat tego, co obecnie czytam i oglądam. Pomijając rzeczy związane ze światem mangi i anime, czyli wydanym w grudniu tomem Berserka i pierwszymi odcinkami Legend of the Galactic Heroes, zapoznawałem się też z poniższymi wytworami działalności ludzkiej.

 

CZYTADŁO


Kurs skutecznego zapamiętywania kanji


Książka autorstwa profesora Heisiga – jeśli ktoś zapoznał się z moim podsumowaniem rocznym (które niestety uznania w oczach decydentów PPE nie znalazło i na główną nie trafiło, przez co część P.T. Czytelników nie miała szansy dowiedzieć się o takich zacnych tytułach, jak na przykład Taima Miko Yuugi), ten wie, że podjąłem wysiłek nauczenia się języka japońskiego. Bodaj największą przeszkodą jest system pisma, którego twórcom przyświecało hasło „weźmy sobie pismo chińskie i uczyńmy je pięć razy trudniejszym”. Przeciętny Japończyk w ciągu swojej nauki w szkole podstawowej i średniej musi wbić sobie do głowy 2 136 znaków kanji, co jest dokonywane poprzez subtelną inaczej metodę przepisywania tego samego znaku setki razy, aż się nauczysz. Profesor Heisig wymyślił jednak coś lepszego.

Wbrew pierwszemu wrażeniu, kanji nie są losowym zbiorem kresek, a składają się z komponentów. Heisig nadaje tym komponentom nazwy i zachęca do układania sobie historyjek i wyobrażania sobie obrazów zawierających te komponenty, innymi słowy uczy cię tworzenia własnych sztuczek mnemotechnicznych. Wraz z programem anki (system wirtualnych fiszek, działających w systemie SRS – nowo poznane karty powtarza częściej, a później coraz rzadziej, aby z pamięci tymczasowej przeszły do pamięci trwałej) jest to potężne narzędzie do nauki. Brzmi jak jakaś pieprzona magia telemarketera czy innego Kaszpirowskiego? Też tak myślałem, ale po dwóch miesiącach nauki – poznając dwadzieścia kanji dziennie – jestem w stanie rozpoznać znaczenie prawie 1 300 kanji. Oczywiście nie oznacza to, że potrafię te znaki odczytać na głos czy bez problemu napisać ręcznie, bo to bardziej przypomina naukę alfabetu, z którego dopiero będą składane słowa (czy wiedziałeś, że „pociąg” w języku japońskim składa się z kanji na „elektryczność” i „wóz”, a w chińskim z hanzi na „w rzędzie” i „wóz”? uważam to za niezwykle interesujące) i prawdziwa nauka zacznie się dopiero po przerobieniu tej książki w całości, ale prawdopodobnie najtrudniejszą część będę miał już za sobą.


MALAZAŃSKIE KSIĘGI POLEGŁYCH


Drugą książką, która towarzyszy mi codziennie, jest ostatni tom „Malazańskiej Księgi Poległych”. Większość tomów wydawanych w Polsce została podzielonych na połowy, niestety jedna z połówek ostatniego, dziesiątego tomu zniknęła z półek tak szybko, że nie zdążyłem jej nabyć. Jeśli w ogóle się pojawia gdzieś na aukcjach, to osiąga według mnie bandyckie ceny. Postanowiłem wszystkim januszom, krętaczom, hochsztaplerom i szopenfeldziarzom polskiego księgarstwa internetowego pokazać wirtualny środkowy palec i sprowadziłem sobie wydanie w języku angielskim, co kosztowało mnie łącznie jakieś 44 zł. Lektura idzie bardzo powoli, język jest trudny, trzeba co jakiś czas sprawdzić słownictwo w necie albo przypomnieć sobie ze ściągawki kto jest kim. Tak było podczas czytania polskich wydań i mniej więcej tak samo jest po angielsku, choć słowa w tym oryginalnym wydaniu jakoś bardziej mi pasują i znajdują się jakby na właściwszych miejscach – nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale czytanie w języku autora jest jakieś „bardziej”. Zresztą trudno, żeby było inaczej w przypadku skomplikowanego utworu literackiego, jakim „Malazańska...” bez wątpienia jest. Zaczyna się, zaskakująco dla nikogo, w miejscu, gdzie skończył się tom dziewiąty – czyli Bonehunters liżą rany, szukają urwanych kończyn i nadal zastanawiają się, o czym do ciężkiej cholery myśli Przyboczna. Po około trzystu stronach, z tysiąca dwustu gęsto zadrukowanych i ledwo trzymających się miękkiej oprawy, nadal się zbierają i debatują, ale chyba powoli będą wyruszać ku Kolanse. Jednak ufam Eriksonowi, który w większości przypadków najbardziej dostarczał samym zakończeniem i potrafi stwarzać epickie akcje – i dzielnie brnę karta za kartką.


SERIAL


Breaking Bad


Choć seriale oglądam przede wszystkim w niedzielne popołudnie i żelaznym punktem programu jest kolejny odcinek Star Trek: The Next Generation, to jednak jeden serial wciągnął mnie na tyle, że w trakcie przerwy świątecznej wciągnąłem chyba dwadzieścia odcinków w ciągu kilku dni. Mowa oczywiście o Breaking Bad.

Ten serial oglądał chyba już każdy mieszkaniec kuli ziemskiej, jego zwierzęta domowe i gospodarskie, jak również większość kosmitów przechwytujących sygnały z naszych satelitów. Po zaledwie dziesięciu latach namysłu postanowiłem obejrzeć i ja i tak jakoś wyszło, że na chwilę obecną jestem po dwóch pierwszych odcinkach ostatniej, piątej serii.

Trochę dziwnie jest mi streszczać coś tak powszechnie znanego, ale jeśli uchwał się jakiś niedobitek, który fabuły Breaking Bad nie zna, to wyjaśniam. Walter White ma sporo problemów i frustracji w życiu: choć jest wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie, to w wyniku kiepskich decyzji życiowych utknął na stanowisku nauczyciela chemii w koledżu. Jego nastoletni syn jest lekko niepełnosprawny, a kolejne dziecko jest w drodze. Walter próbuje łatać domowy budżet, zapierniczając w myjni samochodowej na drugi etat. I diagnozują u niego raka w poważnym stopniu zaawansowania, dając może dwa lata życia. Próbujący się pozbierać Walt udaje się wraz ze swoim szwagrem Hankiem, agentem DEA (agencji do zwalczania przestępczości narkotykowej), na akcję "wpadową" jako gość. Tam, w dość przypadkowych okolicznościach, spotyka swojego byłego ucznia, Jessiego Pinkmana, którego obecnym zajęciem jest mało chwalebna dystrybucja narkotyków. W głowie Walta zaświtała myśl: i nie jest to wydanie Jessiego swojemu szwagrowi, a... podreperowanie domowego budżetu dzięki produkcji amfetaminy według własnej receptury. Reszta stała się historią i przy okazji jednym z najpopularniejszych i najlepszych seriali w ogóle.

Jeśli kogoś powyższy opis nie zainteresował albo uważa, że czeka go kilkadziesiąt odcinków tego samego, to jest w błędzie – choć główni bohaterowie są natychmiast rozpoznawalni (Jessie to żulik i typowy wigger, Walt to typ jajogłowego), to posiadają zaskakującą głębię i zmieniają się pod wpływem dramatycznych wydarzeń, jakich są świadkami, z najwyraźniejszym przykładem Walta właśnie, który z serii na serię staje się... hm.

Seria pierwsza: „jeśli przyprzesz mnie do muru, to będę się bronił!”

Seria druga: „okej, ale to moje terytorium”

Seria trzecia: „to trudna decyzja, ale musimy to zrobić”

Seria czwarta: „to ja jestem tym, który puka do drzwi”

Seria piąta: „podskocz mi, a cię zabiję.”

Choć mam jeszcze kilkanaście odcinków do końca, to już teraz było kilka scen, które zaliczam do mojego prywatnego top ever scen z seriali. Jeśli jesteś, podobnie jak ja, jednym z niedobitków, którzy jeszcze się wzbraniają – daj temu serialowi szansę i obejrzyj przynajmniej pierwszą serię.


A teraz jak zwykle tekst do sekcji o anime [ THX! Tekst w stałym dziale kultury, dop. Gom]


 

Jackoo

 

Czas na trzeci i jak dotąd ostatni film z „Uniwersum Cloverfield”. Czym tym razem twórcy postanowili zaskoczyć widzów? O tym poniżej.

Paradoks Cloverfield – czyli Netflix, why?? For money.

Na Ziemi trwa chaos energetyczny (nie wnikajmy głębiej czym spowodowany). W związku z tym grupa 7 naukowców zostaje wysłana w kosmos w celu przeprowadzenia bardzo niebezpiecznego eksperymentu (nie wnikajmy na czym on polegał), który miał na celu zażegnać ów chaos. Jak to oczywiście bywa, eksperyment nie dość, że się nie powiódł, to przyniósł bardzo nieoczekiwane skutki. W związku z tym grupa astronautów traci łączność z Ziemią i zaczyna się ich prawdziwa walka o przetrwanie i powrót cało na ziemię.

„Paradoks…” powstał dość szybko i niespodziewanie już po dwóch latach po premierze „Cloverfield Lane 10”. Jest to prequel pierwszej części, który miał za zadanie odpowiedzieć nam na niektóre nurtujące nas pytania. Choćby takie, skąd nagle wziął się potwór spacerujący po ulicach Manhattanu. Okej, technicznie nie można mieć wielkich zarzutów. Efekty sci-fi prezentują najwyższy poziom, stacja kosmiczna wygląda świetnie i ogólnie kosmos daje rade. Problem polega na tym, że scenariusz jest tak beznadziejny, tak nielogiczny, tak dziurawy, że ciężko tu jakkolwiek cokolwiek wytłumaczyć i naciągnąć, by miało to spójną całość. Suspens? Zapomnijcie. Bardziej denerwowałem i utożsamiałem się z bohaterami oglądając „Epokę lodowcową”. Postacie astronautów (każdy innej narodowości – żeby było poprawnie politycznie) są tak płascy, jednowymiarowi, jakby twórcom zabrakło pomysłu i czasu je jakoś bardziej rozwinąć. A szkoda, bo dobrano do filmu ciekawy zestaw utalentowanych aktorów, chociażby Daniela Bruhla (zapewne wszyscy kojarzą szeregowego Fredericka Zollera z „Bękartów Wojny”). Jakby nie patrzeć, jest to film sci-fi o kosmitach, ale ciekawostką jest to, że żadnego w filmie nie zobaczymy. Większa część filmu dzieje się na stacji badawczej, czasem tylko przenosimy się na ziemię podczas nic nie znaczących i mało wnoszących do fabuły wątków. Głównym bohaterom przydarzają się ciekawe i dość pomysłowe sytuacje, jednak zalatują na odległość sztampą i komedią, a nie sądzę by było to intencją twórców. Szukacie filmu o podobnej tematyce – polecam film „Life”.

Projekt dofinansował Netflix i tak się zastanawiam gdzie się podziały te pieniądze. Nie znalazłem żadnych źródeł ile on faktycznie kosztował, ale czerwona platforma nigdy nie szczędziła na filmach, szczególnie tych bardzo oczekiwanych przez fanów. Niestety, gdzieś po drodze został popełniony błąd. Mam tylko nadzieję, że to nie koniec i kolejne filmy z tego uniwersum wrócą na właściwą ścieżkę.

Moja ocena:

3/10

 

ManoWar74

 

Kulturalne czekam na tekst [ dop. Gom]

 

 


 

 

Yangus19

 

Siemano!

Witam po raz drugi!

Miałem inne muzycznie plany na ten weekend i o czym innym chciałem pisać ale krótka rozmowa na discordzie (jednego z setki nie oficjalnych disco PPE) zajarała mnie po raz wtóry na kolejny klasyk klasyków z lat 90’ z NY, więc na ten weekend polecam Wu Tang Clan - Enter The Wu Tang.

Rok temu minęło 25 lat od płyty grupy której dosłownie nikt się nie spodziewał i która dosłownie rozpętała manię na ich punkcie na całym świecie która notabene trwa do dziś. Dziewięciu nikomu nie znanych typów z Staten Island czyli wyspy na „uboczu” Nowego Jorku nagle wyskakuje z płytą która różni się dosłownie wszystkim od dosłownie wszystkiego co wychodziło w tamtym czasie w Ameryce.

Żadnych znanych gości, żadnego producenta, krótko pocięte sample, zero śpiewanych refrenów i kompletnie nic co teoretycznie pasowałoby do radia albo w ogóle gdziekolwiek. W dodatku wszystko w stylu starych filmów kung-fu. Podsumowując nieznani nikomu goście robią okrutnie surowy rap okraszony wstawkami i motywami z filmów z dalekiego wchodu. To jest fenomen, że to w ogóle się udało.

Już od pierwszego single’a Protect Ya Neck czuć niesamowitą zajawkę i strasznie oryginalny styl bez żadnych kompromisów czyli mroczny beat o ograniczonej liczbie dźwięków, bardzo krótkie pętle i prawie cały zespół rapujący po kolei bez żadnego refrenu pomiędzy.

Cała płyta została utrzymana w tym samym jednym spójnym klimacie co na pewno jest zasługą faktu, że nad wszystkim czuwała jedna osoba, lider zespołu RZA.

Tematycznie album łączy filozofię kung-fu z ciężkim życiem na ulicach, czyli klasyczne teksty w orientalnym zwierciadle.

Warto dodać, że praktycznie każdy członek grupy bronił się potem jako samodzielny rapper - tutaj napewno warto wyróżnić Method Mana. Chyba najbardziej charyzmatycznego i rozpoznawalnego członka zespołu znanego chociażby z filmu „How High” który też dołożył swoją cegiełkę do płyty w postaci solowego kawałka, jednego z lepszych na płycie.

Tak naprawdę to chyba ciężko tu z czystym sercem wybierać najlepszy kawałek albo nawet jeden z lepszych, tu nie ma zapychaczy i utworów na siłę, a każdy z dziewięciu ziomalów z „Shaolin Island” ma swój moment na tej płycie. Wszystko jest świeże, trzyma się kupy i pomimo, że praktycznie nikt z nich wcześniej nie rapował to każdy trzyma tu conajmniej dobry poziom swoimi nawijkami.

Łącząc wszystko co powyższe czyli wyraziste osobowości, oryginalne podejście do gatunku oraz konsekwentne i spójne wykonanie wychodzi naprawdę jeden z najbardziej epickich albumów w mojej prywatnej opinii.

Szczerze polecam, ja z racji nostalgii i mojego psychofaństwa napewno z nimi spędzę większość weekendu.

 


 

P-chan

 
Witam!
 
Wolverine to jeden z najpopularniejszych bohaterów Marvela, który zawdzięcza tak ogromną popularność swojemu mrocznemu, skłonnemu do agresji i pewności siebie charakterowi. Ale również tajemnicy, która od debiutu tego bohatera jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku na kartkach komiksu z Hulk'em, okrywała życiorys Logana. Co nie jednokrotnie doprowadzało do tego, że sami fani tworzyli różne teorie co do  jego pochodzenia, i skąd wzięły  się jego moce mutanta. Pierwsze próby uchylenia rąbka tajemnicy jaka spowija przeszłość Rosomaka, starał się uchylić duet Claremont/Miller wysyłając go do Japonii w mini serii Wolverine. Kolejna okazja do obdarcia najpopularniejszego członka X-Men z kolejnych tajemnic pojawiła się w latach 90-tych za sprawą komiksu Weapon-X, gdzie poznajemy go w roli królika doświadczalnego.
Jednak to nie tymi komiksami zajmę się tym razem, a komiksem który sięga do samych początków Logana wydanym u nas pierwotnie przez nieistniejące od dobrych kilkunastu lat wydawnictwo Mandragora, a wznowiony swego czasu w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvel'a. 
Na tak karkołomne wyzwanie odważyło się trzech doświadczonych twórców, scenarzysta Paul Jenkins, rysownik Andy Kubert oraz kolorysta Richard Isanove, których postanowił wesprzeć Joe Quesada odpowiedzialny za świetne okładki. Zainteresowani? To zapraszam dalej.
 
Wolverine: Geneza zaczyna się dość nietypowo, bo od przedstawienia małej dziewczynki która zostaje przygarnięta do dworu bogatej rodziny, która nie tak dawno przeżyła ogromną tragedię - śmierć jednego z potomków. To właśnie w takich okolicznościach poznajemy trójkę dzieci James'a jedynego potomka rodzinny Howelett'ów. Psa, syna zatwardziałego ogrodnika o nazwisku Logan, który nie za bardzo przepada za bogaczami, i Rose, czyli dziewczynkę o której wspominałem wyżej. Którym przyszło dorastać w trudnych warunkach, gdzie ogromne rozwarstwienie społeczne, jakim cechował się okres przedstawiony w tym komiksie. Jak i ciągłe kłótnie w posiadłości oraz trauma po stracie ojca doprowadziły do krwawego konfliktu. W skutek którego u James'a budzi się bestia, którą obecnie znamy pod pseudonimem Wolverine.
 
To co najbardziej rzuca się w komiksie, to sposób w jaki scenarzysta kształtuje i rozwija historię, a robi to choćby za pomocą relacji międzyludzkich, budując tym samym napięcie, które doprowadza do tragicznych wydarzeń. Starając się nakreślić czytelnikowi co tak naprawdę musiał przeżyć Rosomak w dzieciństwie z czym sobie musiał poradzić, i co go ukształtowało na tak twardego i bezkompromisowego mężczyznę.
Efekt ten tym bardziej potęguje to co zrobił Andy Kubert w duecie z Richardem Isanove, dzieląc komiks tak jakby na dwie części, gdzie niewinne dzieciństwo mamy przedstawione w formie bardziej cukierkowej i beztroskiej, w porównaniu z  tym co możemy zaobserwować na końcu komiksu. Dokonano tej sztuki w bardzo ciekawy sposób, bowiem nie zastosowano tu tradycyjnego rysunku tylko szkice na które został nałożony kolor. Daje to piorunujący efekt, przy pierwszym kontakcie z komiksem, bo sprawia że z każdą odwróconą stroną rysunek się wyostrza, i dostosowuje do panującej atmosfery.
Choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim taki zabieg się spodoba, i może go odrzucić od tego komiksu.
 
Nie zmienia to jednak ogólnego odbioru przedstawionej tu historii, mimo tego że mamy tu do czynienia z pewną sztampą. Szczególnie jeśli przyjrzymy się samemu przedstawieniu rozwarstwienia społecznego, w końcu już wcześniej i to niejednokrotnie widzieliśmy podobny podział na bohaterów. Mimo tej drobnej wpadki scenariuszowej, warto sięgnąć po ten komiks o ile macie taką możliwość. Choćby dla samego bohatera tej opowieści, i tego w jakich okolicznościach obudziły się jego moce mutanta. Komiks jak najbardziej polecam.
 
Pozdrawiam.


 

MSaint

 

 

JoJo to jedna z moich ulubionych mang w ogóle. Nie znam nic, co stylistycznie byłoby choćby podobne – mamy ludzi toczących pojedynki na śmierć i życie za pomocą abstrakcyjnych reguł, które jednak w świecie JoJo wyglądają na najnormalniejsze w świecie. Saga rodu Joestarów ukazuje się już od ponad trzydziestu lat, ale jest podzielona na krótsze etapy, które mają nowych bohaterów, dzieją się w innym miejscu i czasie i czasem toczą się na zupełnie innych zasadach. 

Część czwarta JoJo, po zakończeniu przygód z epicką przeprawą z Japonii do Kairu w Egipcie i naklepaniu Dio w części trzeciej, stanowi jedną z największych takich zmian – bo w części czwartej głównym bohaterem jest nastolatek Josuke Higashikata, nieślubny syn Josepha Joestara, a akcja w całości toczy się w fikcyjnym miasteczku portowym Morioh (nie Duwang...). Tak więc zamiast epickiej wyprawy przez egzotyczne kraje mamy Josuke i jego kolegów ze szkoły napotykających kolejnych dziwaków, ponieważ posiadacze Standów w jakiś sposób przyciągają się nawzajem. Mamy głupkowatego Okuyasu, kurduplowatego Koichiego (Koichi ma dziewczynę!), Jotaro też się gdzieś przypląta, ale głównie siedzi w hotelu i rozmyśla (i pisze swój doktorat). Jest też Rohan Kishibe, genialny rysownik i autor arcypopularnej mangi, a przy okazji straszny dupek i jest to ponoć alter-ego Arakiego, legendarnego twórcy JoJo. Fabuła na początku jest zarysowana dość luźno i choć ekipa ma szukać łuku i strzały służącej do tworzenia nowych posiadaczy Standów, to autor jednak wyraźnie dobrze się bawi, wymyślając kolejnych dziwacznych przeciwników, którzy wkraczają w normalne życie Josuke i spółki. Stand Josuke jest bardzo potężny i potrafi składać na powrót zniszczone rzeczy, jak i leczyć rany – za wyjątkiem ran samego Josuke i tych, którym już się zmarło. Dopiero jakoś w drugiej połowie akcja nabiera rumieńców i staje się, niczym w Persona 4, pogonią za seryjnym mordercą, którego Stand, Killer Queen (HMM czyżby w JoJo tkwiły jakieś nawiązania muzyczne!), jest przepotężny, a sam jego użytkownik jest po pierwsze bardzo sprytny, a po drugie ma czasem diabelskie szczęście. 

Kiedy zainteresowałem się JoJo, o serii tv nikt jeszcze nie śnił, a tłumaczeń niektórych części w ogóle nie było. Tłumaczenia part 4 na angielski podjął się jakiś Chińczyk, który korzystał z – a jakże – chińskiego wydania. Mimo dobrych chęci nasz niedoszły translator miał umiarkowane pojęcie tak o języku angielskim, jak i o edycji skanów, stąd wyszedł ledwo zdatny do czytania potworek z niesławnymi zwrotami „feeling so complicated” czy „Duwang”, bo taki rezultat daje chińskie czytanie 杜王 („Morioh” - „król lasu” bodajże).

Manga JoJo part 4 podobała mi się zdecydowanie mniej, niż choćby part 2 czy part 3: całość jest mniej konkretna, wygląd Standu Josuke to jakiś recykling The World, a starcia z kolejnymi cudakami jakoś średnio się kleją. Adaptacja anime, choćby z racji tego, że jest w odcinkach, sama z siebie rozwiązuje ten problem: każda walka jest rozwiązywana najczęściej w jednym lub dwóch epizodach i wiesz, że w kolejnym odcinku czeka cię coś zupełnie nowego. Dodatkowo sporo z mangi JoJo part 4, którą czytałem kilkanaście lat temu, już zapomniałem, dlatego wiele przygód było niejako odkrywanych przeze mnie na nowo. Właściwie anime JoJo part 4 jest jednym z tych nielicznych przykładów, gdzie adaptacja jest lepsza od pierwowzoru mangowego i nie mogłem się oderwać od oglądania – na szczęście w trakcie urlopu zimowego miałem całkiem sporo czasu na to, w związku z czym wszystkie 39 odcinków wciągnąłem całkiem sprawnie. Tym, którzy nie znają JoJo, rzecz jasna polecam zacząć oglądać (lub czytać!) od początku, ale przy part 4 David Production również odwaliło kawał rzetelnej roboty. 

You should probably watch this:

 

 

 

Repip

 

Achuj!

Śniegu dużo, auto zasypane... gdzieś tam jest... foto by dfm63


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

Jak tam Wam życie płynie ? Bo ja ostatnio złapałem się na tym, że marnuję za dużo czasu, który mogę przeznaczyć na odpoczynek. A najlepsze, że ze zmęczenia to robię. Zamiast wykorzystać wolną chwilę na ogrywanie zaległości, oglądam jakieś odmóżdżające bzdury na YT i zasypiam przed kompem. Masakra. Najgorsze, że pracuję niby której, a zmęczony jestem bardziej. Chyba za mało się obijam w pracy. Muszę też przestać chodzić spać o pierwszej, drugiej.... Błędne koło.

Ale przechodzimy do meritum, czyli do mięcha, jakie polecam Wam w tym tygodniu.

Polecam: One Punch Man

Serial nie całkiem nowy, ale warto o nim wspomnieć, gdyż niedawno dodano go do biblioteki Netflix. A z czym to się je ? Jest to konwencja superbohatera zgoła odwrotna, niż w np. Dragon Ball. Czy to ma sens? O dziwo tak, nawet bardzo. Heros, który jest znudzony życiem, gdyż nie potrafi znaleźć godnego przeciwnika, zmaga się z przyziemnymi problemami. Całość wypada nadspodziewanie dobrze. Wydawać by sie mogło, że skoro rozwala gości na jeden strzał, to co może pójść nie tak... Nie będę walił spoilerami, zobaczcie sami. Po pierwsze nie oceniajcie niczego po pierwszym odcinku, bo to był mój bład przy pierwszym podejściu. Po drugie, kreska jest bardzo nierówna, ale taki już jego styl. Niby nic specjalnego, ale jak już wchodzą momenty, to jest poezja na ekranie. Polecam, jak mało co i nie mogę doczekać się drugiego sezonu.

Nie polecam: Errementari: Kowal i diabeł

Historia o kowalu, który podpisał pakt z diabłem, ale zamiast oddać swoją duszę, postanowił uwięzić demona. Taka zagraniczna wersja Pana Twardowskiego z elementami Dantego (zstąpienie do piekieł również następuje). Obejrzałem to przez przypadek i o ile lubię kino alternatywne od amerykańskich produkcji, to jednak polecił bym to tylko zatwardziałym sympatykom legend i podań. Szukając rozrywki omijajcie raczej z daleka.

 

 

Tyle ode mnie, napiszcie w komentarzach, jak lepiej zarządzać czasem i kłaść się spać wcześniej, bo się zajadę ;)

 

 

Gomlin

 

Kolejny odc Kulturki dobiega końca. Jak zwykle jest co poczytać, jak zwykle są w tekście tytuły godne polecenia ;) A jeżeli nie ma czegoś w Waszym guście to śmiało polecajcie swoje! 

Dzięki za przeczytanie - za szersze wystąpienie MSaint'a oraz dla wszystkich moich współpracowników

THX, że jesteście, że czytacie, że komentujecie, że wspieracie!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +22 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +140 -
Gomlin
Ranking: 23 Poziom: 75
PD: 53291
REPUTACJA: 31784
Miesięcznik PSX Extreme