Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 04.01.2019, 11:41
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #78 [ Aktualizacja  Darek79r19 ]
180V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #78 [ Aktualizacja Darek79r19 ]

Zapraszam na pierwszy w 2019r odc kulturki!

 

Gomlin

 

 

Hejka!

Witam w pierwszej kulturce w nowym 2019 roku ;) Mam nadzieję, że ten rok przyniesie zarówno mi jak i Wam dużo zdrowia i pomyślności oraz obfitych kulturowych blogów, gdzie zawsze możecie się podzielić swoimi zajęciami wybiegającymi poza granie na konsoli ;) Dzisiejszym gościem jest coraz częściej obecny w komentach na portalu Pieknykapec a rolę muzyczną w kulturce objął Yangus19 (aka Pyza) - Witamy serdecznie!

 


  


 

KOMIKS:  Ostatnio Repip mi trochę smaka narobił...i kurde chyba wezmę sobie przeczytam jeszcze raz komiks Hobbita ;]

FILM:  Obejrzałem polski Dywizjon 303: Historia prawdziwa. Cóż, mam mieszane uczucia. Film w ogólnym rozrachunku jest ok. Ma jednak dużo minusów tj. słabe efekty ( ale czego się spodziewać po polskim kinie), historia niby się klei ale jest nam zbyt chaotycznie podana ( za dużo losowego cofania się do wydarzeń wstecz). Znawcą nie jestem ale wydaje mi się, że aktorzy dobrze się spisali, muzyka bardzo fajna (buduje klimat). Ogólnie film mi podszedł bardziej niż Bitwa o Anglię z Dorocińskim.

 

              

 

 

Pieknykapec

Witam wszystkich entuzjastów kultury!  Tak się składa, że w dzisiejszej edycji tego znanego cyklu, gościem jestem ja, za co z tego miejsca chciałbym podziękować Gomlinowi.  Zapraszam do czytania.

 

PLANSZÓWKA


PANDEMIA


Rynek planszówek jest obecnie opanowany przez głupkowate gry typu “złap kupę wyskakującą z toalety”. Jest też jednak miejsce dla bardziej ambitnych produkcji. Teoretycznie jest dla od dwóch do czterech graczy, ale można grać w więcej, ale teoretycznie wtedy jest trudniej, ale też nie zawsze. Jesteśmy więcej jednym z członków ekipy specjalistów, mających wynaleźć lekarstwo na cztery choroby, które opanowały świat.  Wybieramy je drogą losowania. Oczywiście niektóre są wyraźnie lepsze, ale aż tak nie przeszkadza to w rozgrywce, gdyż jest to(o czym jeszcze nie wspominałem) gra zespołowa. Choroby zarażają losowe miejsca, a symbolizują je kostki w miastach na planszy. Podczas gry będziemy podróżować po świecie by leczyć choroby ręcznie po jednej kostce, lub zbierać karty miast na lekarstwo. 5 kart takiego samego koloru(oznaczające jedną chorobę) możemy zamienić na antidotum. Karty możemy też oddawać innym graczom(by jeden znich zbierał np. czarne gdy my będziemy zbierać np. czerwone), jednak muszą być oni wtedy w tym samym mieście, co karta która ma zostać przekazana. Po każdej kolejce losowane są kolejne zakażenia. Jeśli jednak w jakimś mieście jest więcej niż 3 trzy kostki chorób, choroba się rozprzestrzenia, czyli do miast obok tego dodawane jest po jednej kostce. Oczywiście może się to kumulować, a niestety za ósmym rozszerzeniem choroby przegrywamy. Prosto nie jest, ale polecam.


MUZYKA


Sounds good feels good- 5 Seconds of Summer


Pierwsza płyta tego zespołu była całkiem niezła. Było kilka dobrych piosenek, czuć było energię tych  Australijczyków, ale do ideału wiele brakowało. Druga płyta(właśnie ta) rozwaliła system. Zespół natychmiastowo awansował na pierwsze w moim osobistym rankingu. Trzecia… przemilczmy, to temat inną opowieść. Płytę Sounds Good Feels Good otwiera dynamiczne i wesołe Money. Czuć było, że tym razem stawiają na piosenki dużo bardziej rockowe, ale ta jeszcze nie była wybitna. Dalej mamy fenomenalne She’s Kinda Hot. Idealnie udało im się połączyć mocne brzmienie, z wpadającą w ucho melodią, która z miejsca stała się hitem. Lecimy dalej- Hey Everybody! jakoś specjalnie mi nie przypadło do gustu mimo wesołego i skocznego rytmu. Może komu innemu się spodoba. Pernament Vacation jest za to jedną z lepszych piosenek na tej płycie. Bardzo rockowo, momentalnie wpada w ucho, a do tego dochodzi dobry tekst(he he). Kolejna flagowa piosenka to Jet Black Heart. Mocna rockowa ballada, tylko czemu w porównaniu z innymi piosenkami na tej płycie ta brzmi, jakby nagrywali dalej od mikrofonów?  Catch Fire to kolejna piosenka z kategorii “tych wzruszających”, ale tu się robi tak bardziej popowo. Safety Pin mimo także brzmienia z gatunku muzyki popularnej, wpada w ucho i przyjemnie się słucha więc można pominąć ten fakt. Waste the night jest za to najgorszą piosenką tej płyty. Ciągle w kółko powtarza się ten sam tekst, a do tego na koniec dochodzi moment jakby z innego utworu, w ogóle nie pasujące do całości. Trochę lepiej jest w Vapor. Mimo popowej melodii, całkiem wpada w ucho i bardzo(nie wiem czemu) kojarzy mi się z soudtrackiem do Fify 17. Casteway brzmi świetnie, ale nic poza tym nie mam do dodania. Posłuchajcie. A teraz z górki. The Girls Who Cried Wolf to kolejna piosenka która może się wydawać na początku całkiem dobra, ale szybko się o niej zapomina. Broken Home nadrabia najbardziej tekstem, ale brzmienie nie jest jakieś super. W Fly Away zespół chyba chciał wrócić do początku płyty, ale nie już takiego super efektu. Invisible było jedną z najnudniejszych piosenek płyty, nie wiem czy komukolwiek się może spodobać. Taka sama sytuacja jest w Airplanes i San Francisco. Outer Space/ Carry On jest ostatnią piosenką i byłaby całkiem spoko gdyby wyrzucono z niej całą drugą połowę. Druga jest taaak nudna, że podczas słuchania można zasnąć. Właściwie taka sytuacja jest z całą płytą. Gdyby wyrzucić drugą połowę, byłoby blisko ideału.

 


 

Jackoo

 

Zgodnie z zapowiedzą dzisiaj ciąg dalszy uniwersum Cloverfield. Trzeba był na niego czekać aż 8 lat, czy było warto?

Cloverfield Lane 10 – czyli czy schron zawsze zapewnia bezpieczeństwo?

Młoda kobieta, Michelle (Mary Elizabeth Winstead, kojarzona bardziej jako córka Johna McClane w Szklanej Pułapce 4 i 5) bierze udział w dramatycznie wyglądającym wypadku samochodowym, po którym budzi się w dziwnie wyglądającym pomieszczeniu. Okazuje się, że znajduje się w podziemnym schronie, którego właścicielem jest Howard (John Goodman). Twierdzi on również, że planeta Ziemia została skażona atakiem chemicznym i wyjście na zewnątrz grozi śmiercią. Kompletnie zdezorientowana Michelle nie do końca ufa swojemu wybawcy, nie potrafi ocenić co jest prawdą, a co nie, dlatego decyduje się za wszelką cenę wydostać ze schronu bez względu jakie to będzie miało konsekwencje.

Teoretycznie mamy tu do czynienia z sequelem filmu, który opisywałem w zeszłym tygodniu. W praktyce, jedyne co łączy oba filmy, to słowo Cloverfield w nazwie. I tyle. Zrezygnowano z found footage, postawiono na tradycyjny  sposób kręcenia, budżet jeszcze mniejszy niż to było w przypadku poprzednika, jednak nie oznacza to, że całość prezentuje się gorzej. Ale odnoszę wrażenie, że film został doczepiony do uniwersum nieco na siłę. Ot taki typowy chwyt marketingowy. Co do samego dzieła to mamy tu klasyczny thiller, który czasem mniej, czasem bardziej, ale jakoś trzyma nas w napięciu. Bo gdy już wydaje nam się, że wiemy jaka jest prawda, twórcy wprowadzają kolejny zakręt w scenariuszu, po którym się znowu gubimy i kolejny raz błądzimy w niepewności. Czy atak chemiczny na naszej planecie faktycznie miał miejsce? Czy może jest to tylko wymysł dziwnie zachowującego się, impulsywnego paranoika Howarda? Swoją drogą, John Goodman to idealnie dobrany aktor do tej roli. Jego bohater popada w skrajności w skrajność. Czasem bardzo spokojny i opanowany, wystarczy zwykła błahostka, która staje się w jego przypadku punktem zapalnym co doprowadza do wybuchu gniewu. Tego typu kontrast sprawdza się znakomicie i tym bardziej sprawia wrażenie osoby, której nie można do końca zaufać. Jak więc było naprawdę?

Nie mogę niestety się bardziej zagłębiać w fabułę, bo bym sypał wtedy spojler za spojlerem. Film jest debiutanckim dziełem Daniela Trachtenberga i miejmy nadzieję, że wkrótce będzie miał okazję znów pokazać swój talent. Stworzył naprawdę ciekawy thiller z trzymającą w napięciu historią. Nie jest to może nic wybitnego, ale film dawał nadzieję, że to uniwersum będzie ewoluowało w dobrą stronę. Niestety przyszłość pokazała, że tak wcale nie musi być. 

Moja ocena:

6/10

 

ManoWar74

 

Kulturalne siemano na Croma !

Czarna Kompania - tytuł cyklu który porusza wyobraźnię czytelnika , gdzieś , kiedyś obiło mi się to o uszy , potem widziałem w księgarni , ale jakoś zawsze odwlekałem decyzję o zakupie na później ..

Czytając różne rankingi książek fantasy lub ulubione czy najlepsze cykle różnych czytelników , zawsze trafiałem gdzieś na "Czarną Kompanię" - w końcu postanowiłem sam sprawdzić kto tam i z kim trzyma i przeciw komu występuje :P

Pierwszy tom cyklu, “Czarna Kompania”, powstał w roku 1984 i rozpoczął serię, która może i lekko się zestarzała, gdy spojrzymy na nią okiem nastolatka z XXI wieku, lecz w połowie lat 80. konkretnie zmieszała gatunek zwany fantasy, wprowadzając nowe, ciekawe rozwiązania.

Jest to historia grupy najemników, którzy nierozważnie wiążą się z siłami zła. Ironia losu sprawia, że stają się oni mimowolnymi obrońcami dobrej sprawy.
Po wielu stuleciach przebywania w mroku na świat przybyła zła Pani. Jak głosi legenda, narodziło się właśnie dziecko, Biała Róża, które ma ją pokonać.
Kamraci z Czarnej Kompanii płacą wielką cenę za nierozsądne związanie się z pradawnym złem, dostają bowiem zadanie odnalezienia dziecka...

Cztery piękne tomy wydawnictwa Rebis stoją sobie grzecznie na półce i czekają aż czytelnik zajrzy do świata stworzonego przez autora cyklu - czyli Glena Cooka.

 Kroniki Czarnej Kompanii , Księgi Południa ,Powrót Czarnej Kompanii, Zagłada Czarnej Kompanii - takie tytuły noszą cztery tomy wydane przez Rebis.

A tu ciekawostka -starsze wydanie w 10 szczuplejszych tomach:)

Można by się posprzeczać które okładki są fajniejsze , ale te 4 grubsze tomy z Rebisu wyglądają naprawdę elegancko na półce :)

Spodobał mi się pewien fragment opisujący ten cykl , pozwolę sobie przytoczyć słowa pewnej miłej czytelniczki :)

Glen Cook nie traci czasu na opisywanie świata w którym umieścił akcję, nie przejmuje się także przedstawianiem swoich bohaterów - jeżeli decydujesz się na przygodę z Czarną Kompanią i wchodzisz w jej świat, to znaczy, że jesteś tu nowy, a jak to "młodemu" - ani nie mówi się wszystkiego, ani nie wtajemnicza od razu w sprawy dla Kompanii najważniejsze...prawda? 
Na wszystko przyjdzie czas.
Znajdujesz się pomiędzy najemnikami, którzy przelali już tyle krwi, że jej ilości nie pomieściłby żaden ocean świata, a którzy dopiero w jej szeregach doświadczyli tego co oznacza mieć rodzinę, bo Kompania jest niczym rodzina, a braterstwo stanowi jej napęd. 
Poza tym "nikt nigdy nie mianował się sam czarnym charakterem, są za to całe regimenty tych, którzy ogłosili się świętymi..." 
Czyż nie?

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku - zdrowia , siły , uśmiechu - Gomlinowi ,kolegom z "innych" działów i wszystkim czytelnikom Gomlinowego cyklu :P !!!

 


 

 

Yangus19

 

Siemano!

W związku z przejściem na emeryturę zasłużonego Darka mam zaszczyt przejęcia po nim kącika muzycznego, dzięki Gom i witam wszystkich!

Jeszcze słowem wstępu - pomimo, że muzyki słucham przeróżnej łącznie z muzyką którą polecał Dark, to na pewno o metalu pisać nie będę. Kompletnie się na nim nie znam, więc musi nastąpić zmiana klimatu. Przy tej okazji zachęcam do otwarcia głów w kontekście muzyki (zresztą nie tylko ;)), sporo można zyskać otwierając się na wszelakie gatunki muzyczne!

Jako, że to pierwszy mój tekst w kąciku to zacznę od absolutnego klasyka klasyków.

Tak jakoś jest, że rok w rok okres zimowy to okres w którym Hip-Hop z NY lat 90’ wchodzi mi lepiej niż w pozostałe pory roku i tak rok w rok Nowy York gości w moich głośnikach komponując się z zimnem, ciemnością za oknem i sentymentalnym klimatem grudnia/stycznia.Jeśli jest więc album który najlepiej by zdefiniował ostatnią dekadę XX wieku w Wielkim Jabłku to jest to moim zdaniem Nas - Illmatic.

Mogę sobie tylko wyobrażać jak to było, 21 letni dzieciak z Queens praktycznie nie znany poza Nowym Jorkiem wchodzi z debiutem na którym mamy bity najlepszych producentów tamtego okresu - Dj Premier, Pete Rock, Large Proffessor, Q-Tip i L.E.S, serwując naprawdę wyborne teksty obrazujące życie w Nowym Jorku ciągnąc to praktycznie samemu definiując jednocześnie brzmienie całego miasta. Bez zapychaczy, refrenów z znanymi gwiazdkami i nośnych radiowo utworów. Szaleństwo, w dodatku bardzo przyjemne szaleństwo które nawet po tylu latach wciąż robi wrażenie.

"Inhale deep like the words of my breath.

I never sleep, cause sleep is the cousin of death. 

I lay puzzle as I backtrack to earlier times.

Nothing's equivalent, to the New York State of Mind.”

Nic dziwnego, że album praktycznie z marszu stał się klasykiem (pomimo braku hitów radiowych i kiepskiej sprzedaży w pierwszych tygodniach) będąc do dzisiaj jednym z najlepszych albumów rapowych wszech czasów. Polecam bo to naprawdę album wybitny przy którym można zamknąć oczy i „poczuć” brudne ulice Nowego Jorku.


 

P-chan

 
W kulturze dotychczas starałem się w miarę możliwości przedstawić jak najbardziej zróżnicowane komiksy, którymi chciałem zainteresować osoby które czytają moje wypociny w ramach kulturalnego bloga Gomlina. Tym samym uświadamiając sobie, że zaniedbałem nasze rodzime podwórko, które wbrew pozorom ma dość sporo do zaoferowania, i postanowiłem tym razem polecić Wam coś polskiego autorstwa. Ale nie będzie to Thorgal tak jak wielu mogło by sądzić, nie będzie to nawet polski odpowiednik Asteriks'a i Obeliks'a, ani Tytus, Romek i Atomek którzy ostatnio sprzedali się Niemcom:). Na te komiksy pewnie jeszcze przyjdzie czas w kolejnych odcinkach kultury. 
Mój wybór padł tym razem na komiks o bardzo ciekawym tytule. czyli Skąd się bierze woda sodowa autorstwa Tadeusza Baranowskiego, który od dłuższego czasu prowadzi akcję kończenia robienia komiksów. Dzięki której co róż raczeni jesteśmy wznowieniami jego dzieł. I właśnie jedno z takich wznowień wydanych nakładem wydawnictwa Ongrys trafiło w moje łapki.
 
Bombelek i Kudłaczek to dwaj dzielni i niezrównani choć nie co oderwani od rzeczywistości odkrywcy i poszukiwacze przygód. Postanawiający wyruszyć na poszukiwanie źródła wody sodowej, przy okazji będą również badać zaginiony świat w paszczy wieloryba. A nawet postarają się znaleźć odpowiedź na najbardziej nurtujące ludzkość pytania. 
Tak pokrótce można  nakreślić i scharakteryzować historyjki jakie zaserwował nam ich twórca, które są nie tylko przepełnione świetnym humorem, który podszyty jest groteską i pewnymi niedorzecznościami. Ale także mamy tu do czynienia również z pewną dozą absurdu i surrealizmu, który cechuje prawie każdy komiks z najlepszego okresu pana Tadeusza Baranowskiego. 
Co najważniejsze te komiksy do dziś bawią, bowiem musicie wiedzieć, że pierwszy kontakt z Kudłaczkiem i Bombelkiem, miałem gdy jeszcze chodziłem do podstawówki. Gdzie będąc na wakacjach u wujka w piwnicy w stercie makulatury przeznaczonej do spalenia znalazłem ten komiks, a raczej pierwszą z historii. I już wtedy mnie bawiła, choć nie wszystko byłem w stanie wyłapać. Nie inaczej jest i tym razem te historie nadal bawią, a nawet można powiedzieć że odkryłem je po części na nowo.
Duża w tym zasługa charakterystycznego stylu Tadeusza Baranowskiego, który jak żywo nadaje temu komiksowi kolorytu, bawiąc się jego formułą, a tym samym przebijając nie jednokrotnie tzw. "czwartą ścianę". Przy tym wciągając do tej zabawy samego czytelnika, który bawi się tak samo jak pewnie sam autor tworząc przygody swoich bohaterów.
 
Skąd się bierze woda sodowa to tak naprawdę wydanie zbiorcze, które zwiera nie tylko tytułową opowiastkę, ale również dwa pozostałe komiksy o przygodach naszych dzielnych odkrywców, czyli W pustyni i paszczy, i Przepraszamy, remanent. Jest to moim zdaniem bardzo dobra decyzja wydawcy, która pozwoli zapoznać się czytelnikowi z pozostałymi komiksami z Bombelkiem i Kudłaczkiem, oszczędzając tym samym zbędnych poszukiwań. Komiks jak najbardziej wart poznania.
 
Pozdrawiam.


 

MSaint

 

Jak już wielokrotnie wspominałem, miałem wieloletni rozbrat z anime, nie znaczy to jednak, że absolutnie nic wtedy nie oglądałem i nic nie było w stanie mnie zainteresować. Jednym z kilku takich wyjątków była Hitsugime no Chaika, czyli Chaika the Coffin Princess.

Był sobie pewien bardzo niedobry władca, który żył przez kilkaset lat i robił różne nieładne eksperymenty na ludziach. W końcu okoliczne kraje zawiązały sojusz i po bardzo, ale to bardzo długiej wojnie dzielni bohaterowie w końcu wpadli do jego zamku i ubiły dziada, tak na śmierć. Ale czy na pewno...?

Tymczasem kraje dochodzą do stanu nowej normalności i przyzwyczajają się do pokoju. Nie wszyscy na nim zyskują i wielu żołnierzy zostało bez zajęcia. Jednymi z nich są Tohru i jego przyrodnia siostra Akari – wyszkoleni na wojowników-sabotażystów i dobrzy w swym fachu, obecnie szukają zleceń, by się jakoś utrzymać. Trafiają na niską dziewczynę z białymi włosami, której cechy szczególne to: targanie ze sobą wielkiej trumny, duże brwi i przede wszystkim bardzo, hm, uproszczony sposób mówienia, mogący wskazywać na lekkie upośledzenie umysłowe. Chaika jednak jest zamożna i płaci naszym bohaterom za ochronę – ci jednak nie do końca wiedzą, na co się piszą...

Jak można łatwo się domyśleć, jest pewien związek między niedobrym, możliwe że wcale nie takim zmarłym władcą a naszą raczej wzbudzającą uczucie litości Chaiką – za którą szybko zaczynają gonić rozmaite organizacje i indywidua, a nawet można spotkać osoby, które... wyglądają jak Chaika?

Po drodze do ekipy przyłącza się Frederica – należy ona do rasy dragoonów, co w tej opowieści oznacza, że potrafi dowolnie zmieniać swoją postać. Domyślnie jest smokiem, ale zamiana w kotka czy (ahem) loli to żaden problem dla niej. Frederica jest bardzo krnąbrna i często gdzieś sobie idzie, by znienacka ponownie pojawić się w opowieści – a że jest najbardziej wytrzymałym członkiem naszej wesołej grupki z potężną zdolnością regeneracji i paroma innymi sztuczkami w zanadrzu, to najczęściej jest atakowana jako pierwsza.

Hitsugime no Chaika niby można porównać do Slayersów, bo jest tam sporo elementów niepoważnych i czysto komediowych (na przykład: sama Chaika), ale są i bardziej „edgy” motywy i troszkę gore, ale opowieść jest opowiedziana według mnie całkiem sprawnie, a przynajmniej w pierwszym sezonie, bo drugiego niestety jeszcze nie oglądałem. Natomiast ta pierwsza seria jest według mnie bardzo solidna i polecam do oglądania.

You should probably watch this:

 

 

 

Repip

 

Achuj!

Nowy rok to nowe lektury, po skończeniu Białego Kruka o wikingach biorę się za lajtowego Hobbita Mistrza Tolkiena. Już chyba 10 lat minęło od kiedy razem wędrowaliśmy, pora wrócić do Shire na chwilę. W oko wpadł oczywiście Hobbit by maril1


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

Witam wszystkich po raz pierwszy w 2K19. Rok będzie to wyjątkowy, dowiemy się między innymi, jak Avengersi wybrną z tarapatów, w którą stronę skręcą producenci telewizorów, na czym będziemy grać przez najbliższe kilka lat, czy świat do reszty zidiocieje pod naporem lewackiej ideologii..... ale to później. Dziś skupmy się na jednej pozycji, którą polecam i jednej, której nie polecam. No to lecimy.

Polecam: Mowgli: Legenda dżungli (2018)

Po Księdze Dżungli z 2016 roku szczerze mówiąc nie czekałem na ten film. Wydawało mi się, że efekty specjalne zrobiły swoje i nic więcej w temacie nie da się pokazać. Na szczęście się myliłem. O ile Mowgli z 2018 nie dał rady pobić efektów specjalnych (ale bardzo się zbliżył poziomem), o tyle w moim odczuciu pobił swojego poprzednika opowiedzianą historią. Nie jest to film, który by wnosił coś nowego do tematu, jeśli ktoś zna oryginalną Księgę Dżungli, to nic go nie zaskoczy. Jednak oglądało mi się ten film dużo lepiej w takiej formie, bez cukierkowosci sprzed dwóch lat, bzdur dla dzieci i pływania na niedźwiedziu w stylu Disneya. Tutaj jest surowo, brudno i czuć, że prawo dżungli dosięga każdego. 

I jeszcze słowem zakończenia: nie lubię, gdy podobne filmy wychodzą w krótkim odstępie czasu, zazwyczaj wybieram ten lepiej się zapowiadający a na drugi szkoda mi czasu. Tutaj cieszę się, że się przełamałem i mimo gorszych ocen zobaczyłem również tą adaptację. Dla lubiących Księgę Dżungli pozycja obowiązkowa, dla reszty również polecam.

Nie polecam: Baki

Baki to japoński serial anime, który znalazłem ostatnio na Netflix. Zapowiadał się na fajne story o turnieju walki największych zakapiorów świata, których jakaś kosmiczna siła zebrała w Tokio. Niestety zamiast turnieju w stylu Street Fighter dostaliśmy przegadane bzdurne a momentami karykaturalne walki, które niczego nie wnoszą, nic nie zmieniają, do 10 odcinka ten dobry nawet nie zawalczył.... przykładów, jak odleciał ktoś odpowiedzialny za ten serial można przytaczać wiele, podam wam jeden: koleś wpada do dojo z kanistrem benzyny, dostaje baty i to jego podpalają. Nie ginie, gasi płomienie siłą woli i nic mu nie jest, ale znowu dostaje i ucieka, by za chwile wygrać walkę w kanałach za pomocą hipnozy. Nadążacie ? To miejcie świadomość, że to była skrócona wersja. Te walki i sytuacje są tak bzdurne i nielogiczne a do tego rozwleczone w czasie, że oglądając to ma się autentycznie ochotę, aby to się już skończyło. Ten serial to kompletne nieporozumienie, szkoda czasu. Przyznaję się, że dotrwałem tylko do 10 odcinka i szacunek do samego siebie wziął górę. Trzymajcie się od tego z daleka, chyba, że z nudów dłubiecie sobie długopisem w oczodole.

Tyle ode mnie w tym tygodniu, trzymajcie się ciepło, bo zima idzie. 

 

 

Gomlin

 

Pierwszy w tym roku odc kultury dojechał do ostatniej stacji, jaką jest podsumowanie ;) Dziękuję, że byliście ze mną przez cały zeszły rok ( zwłaszcza w czasie, kiedy nie byłem w stanie prowadzić bloga) i mam nadzieję, że w 2019 roku również pozostaniecie na stałe z kulturą! :) Dziękuję za występ dla Pieknegokapcia i za przyłączenie się do drużyny Yangusia. Stałe THX dla pozostałych współpracowników i dla wszystkich odwiedzających!

Do następnego odc!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +22 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 26 Poziom: 77
PD: 58106
REPUTACJA: 35031