Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 14.12.2018, 11:35
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #75 [ Aktualizacja Darkest + darek79r19 ]
271V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #75 [ Aktualizacja Darkest + darek79r19 ]

Witam serdecznie w kolejnej dawce kulturki na weekend! Zapraszam do dzielenia się komentami jak to kulturalnie zamierzacie spędzić weekend!

 

Gomlin

 

 

Witam ;)

Jak ten czas leci. Dopiero co udało mi się pod koniec wakacji reaktywować kulturkę po powrocie ze szpitala a już został nam praktycznie tydzień do świąt , kolejny tydz. do sylwka i Nowy Rok ;] A co dzisiaj ? Głównym gościem kultury jest Dżony - zachęcam do zapoznania się z jego osobistym spojrzeniem na kulturę ^^ 

A już za tydzień świąteczne odc specjalny - gorąco zapraszam!

 


  


 

ANIME:  Kolejny raz biorę się za starą serię lecącą w latach 90' na kultowym już RTL7. Tym razem będzie: Yaiba Legendarny Samuraj. Pozycja może nie tak znana i lubiana jak DB ale chętnie oglądałem i równie chętnie ją sobie przypomnę 

FILM:  W tym tygodniu obejrzałem pewien film, który chciałbym polecić. Owy film to: Rozpruci na śmierć (The Happytime Murders) - W filmie między ludźmi żyją również Muppety, jednak to nie Ci sami jakich znamy z ul sezamkowej. Tutaj mamy do czynienia z wersją dla dorosłych - czyli morderstwa, sex, dragi i przekleństwa. Film nie ma może rewelacyjnej fabuły ale ta trzyma się kupy, teksty i gagi potrafią śmieszyć [ chociaż niektórym humor może nie trafić do każdego ] a dla mnie osobiście film ma mocny klimat filmów z lat 90 ( Jeżeli ktoś lubił "Kto wrobił Królika Rogera" - to tutaj na pewno znajdzie coś dla siebie, ja znalazłem)

CZYTADŁO:  Wreszcie kończę moje smęcenie o Aniołach bo prawdopodobnie dzisiaj już zakończę trylogię Bram Światłości - świetna historia, którą polecam! Co dalej ? Na ten tydzień zrobię sobie przerwę od czytadła ale na pewno w przyszłym tygodniu coś już wyszukam ^^

    

 

 

Dżony

Po wielu próbach wreszcie udało się Gomlinowi namówić mnie do napisania kilka słów w jego cyklicznym blogu co łatwe nie było nie tylko dlatego że jestem niekulturalny (bo nie jestem) ale głównie dlatego że pojęcie kultury i sztuki w wieku XXI przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens a przynajmniej jej dzisiejsze wzorce. Dlatego też skoro już tu jestem pozwólcie że mój "kulturalny" wpis będzie nieco inny niż ten do którego przyzwyczaili was stali publicyści tego bloga, będzie po mojemu a czy to dobrze czy źle sami ocenicie w komentarzach.

 

PRZEMYŚLENIA i ROZKMINY o KULTURZE


CZYTADŁO


Czym jest kultura? Kultura to wszystko co pielęgnują ludzie. To wzorce społeczne, dzieła sztuki, nauka religia czyli wszystko co wykształciła cywilizacja i na czym dana cywilizacja się opiera. Z tego powodu nie napiszę tutaj o typowej literaturze czy filmie. W swoim króciutkim wpisie postaram się zwrócić waszą uwagę na czymś co z naszego życia z dnia na dzien jest coraz bardziej usuwane. Na dystansie. Dystans być może nigdy nie był mocno zauważalny ale o jego braku w dzisiejszych czasach przekonałem się stosunkowo niedawno gdy rozmawialiśmy na pierwszym diskordzie o starych serialach m.in o Allo Allo które szydziło z II wojny światowej o Świecie wg Bundych gdzie Al szydził z wszystkiego zwłaszcza z feministek. Dziś takie seriale miałyby spory problem z ukazaniem się na antenie bo zaraz ktoś poczułby się urażony i pisał petycje o zdjęcie tego obrazoburczego czegoś z anteny. Mam nadzieje że nasz społeczność jest dużo bardziej otwarta i chętnie przeczyta moje myśli o bardzo ciekawej książce jaka ukazała się na początku XIX w a jest nią "O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety

 

Zasadniczo tytuł mówi wszystko. Książka ta została napisana w 1900 roku przez psychiatrę Dr Paula Juliusa Mobiusa. Oczywiście wówczas była to literatura naukowa ale dziś ponad sto lat od tamtego czasu możemy na nią spojrzeć jak na historyczny dokument pokazujący ówczesne spojrzenie na drugą fale feminizmu. Autor ukazuje kobietę jako niższą duchowo (w znaczeniu umysłowo) od mężczyzny jak sam pisze "coś pomiędzy dzieckiem a mężczyzną". Różnice wykazuje też w budowie mózgu co pokazuje mój ulubiony cytat gdzie mózg kobiety jest jak 'u mężczyzn nisko stojących np murzynów". Już samo to zdanie dyskwalifikowałoby taką opinie w dzisiejszych czasach choć gdy spojrzymy na parytetowy dobór studentów na wyższych uczelniach w Stanach Zjednoczonych można pomyśleć że nie jest ono wyssane z palca. Autor przedstawia kobiety jako istoty które powinny robić to co nakazała im natura czyli rodzić i wychowywać dzieci inne rzeczy zostawiając mężczyznom. Kobiety nie powinny się uczyć ani rozwijać gdyż jest to sprzeczne z naturalnym porządkiem rzeczy i doprowadza do mniejszej ilości potomstwa. W gruncie rzeczy można się z tym zgodzić. W krajach gdzie kobiety są dobrze wykształcone spada ilość rodzonych przez nie dzieci. Czy wpływ ma na to zarzucany "niższy" rozwój umysłowy kobiety to już inna sprawa. Dr Mobius zarzuca również kobietom że same są w stanie pilnie się uczyć i kopiować mężczyzn. Same nie mogą niczego wielkiego wynaleźć, ani pięknego stworzyć. Pada nawet zdanie że kobiety są świetnymi kucharkami, najlepszymi krawcowymi ale tylko dlatego że mężczyźni omijają te zawody bo gdy się za nie wezmą zostawiają kobiety daleko w tyle. Mimo iż książka przedstawia kobiety jako fizycznie i umysłowo gorsze to nie ma w niej nienawiści do kobiet. Pokazuje ona jedynie punkt widzenia grupy społecznej która nie chce równouprawnienia kobiet i przez naukowy czy też pseudonaukowy język jak pomyślą niektórzy chce doprowadzić by pozostał stary porządek rzeczy gdzie miejsce kobiety jest w kuchni i przy dzieciach.

Kolejną częścią tej dość krótkiej bo zaledwie 50 stronnicowej książki jest odpowiedź na zarzuty Mobiusa Katinki von Rosen gdzie co ciekawe już we wstępie dzisiejsi edytorzy zaznaczają nam że jest to odpowiedz satyryczna i z przekąsem choć tak naprawdę z tekstu to nie wynika. Ciężko stwierdzić czy pisze to na poważnie czy nie ale skoro jest kobietą do tego literatką z góra zakłada się że nie może zgadzać się z tak szowinistycznymi poglądami. Przyznam szczerze że do przeczytania "o umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety" skłoniły mnie opinie o tej pozycji na którymś z kobiecych for gdzie oczywiście książka była wyśmiewana. Sam nie chce pisać czy się z nią zgadzam czy nie bo to zagadnienie głębsze ale przeczytałem ją na raz i nie zawiodłem się. Już sam wstęp gdzie wydawca ostatniego nakładu ukierunkowuje nasze myślenie pisząc że będziemy mieli do czynienia z bredniami z przeszłości i że powinniśmy się cieszyć że żyjemy w czasach dzisiejszych gdzie myślenie jest z goła odmienne pokazuje ja trudny to temat i jak zmienił się nasz światopogląd, gdzie już nie można czegoś takiego przeczytać a tym bardziej napisać gdyż nie ma już dystansu. To by było na tyle jeżeli chodzi o czytadła


ROZRYWKA


W drugiej części mojego wywodu o dystansie chciałbym wam przedstawić gałąź bądź co bądź kultury która miał się rozrastać niczym czyrak ale stanęła w miejscu gdyż (być może na szczęście) nie jest należycie promowana a chodzi mi o StundUp.

Tak tak, też nie lubiłem ale od kilku lat kabarety lecą na pysk a pośmiać się lubię i lukę po tych kabaretach gdzie rade daje jeszcze tylko Neo-Nówka zapełnili mi właśnie stunduperzy Bilety nie są drogie więc warto wesprzeć tych jednoosobowych artystów zwłaszcza że właśnie StundUp pokazuje że dystans w narodzie jest jeszcze obecny. To jedna z nielicznych dziedzin szerokoopojętej sztuki gdzie inwalida nie obrazi się z żartu o blokadzie na kołach wózka, katol o robieniu kupy przez papieża a staruch za to że jest tak stary że wisi piątaka Mojżeszowi (zapożyczone). Wiadomo że nie każdy humor będzie nam odpowiadał bo to normalne. Lubisz rocka to nie znaczy że lubisz cały rock tylko wybrane kapele. Z tych bardziej znanych przyznam że nie lubię humoru Kacpra Rucińskiego, Sebastina Rejenta czy Rafała Rutkowskiego ale dla każdego coś miłego a z pomocą przychodzi youtube gdzie możemy obejrzeć kilka skeczy zanim wydamy diengi na bilety i ruszymy w mroźną przestrzeń z przytulnego domku na występ.

Ok, więc na szybko postaram się przybliżyć kilka ryji którymi moim zdaniem warto się zainteresować od najbardziej do najmniej znanego jednocześnie omijając w miare spoilery bo co to za stundUp gdzie znacie puente?

Abelard Giza

Gościa chyba przedstawiać nie trzeba. Niegdyś członek kabaretu Limo a dziś wraz z nieśmiesznym Rucińskim i jeszcze mniej śmieszną Piasecką dziś jeździ po Polsce ze stundupem i trzeba przyznać że to mu wychodzi. Nie ma dla niego tematów tabu. szydzi, ale inteligentnie, ze wszystkiego przy czym ma też dystans do siebie. Jego skecze o politykach, papieżu żydach to już klasyka. Nie wiem jak głęboko trzeba być w... norze żeby go nie znać ale jeżeli jakimś cudem nie znasz najpopularniejszego mieszkańca Pruszcza Gdańskiego to szczerze polecam.

Rafał Pacześ

Nagradzany na niejednym festiwalu łodzianin który ma nieludzkie zdolności w opisywaniu przygód dnia codziennego i wszystkiego zrobi show. Jego przygody o przyjeździe do Warszawy i szukaniu pracy w korpo czy wyjeździe do Dubaju to już klasyki. Widać że na scenie "Rafcio": czuje się jak ryba w wodzie a wszystko co mówi i robi jest na wielkim luzie. Polecam gościa nawet wieczorem przed snem dla rozerwania się i zapomnienia że "jutro znów do pracy"

Łukasz "Lotek" Lodkowski

Miły warszawski grubasek który, co tu dużo mówić< jest w *huj śmieszny. Historia o pobycie na izbie wytrzeźwień (leżałem na tej samej więc wiem co mówię ) są mi bliskie ale bawią po pachy i żeby nie skłamać oglądałem paręnaście razy. Polecam też skecz o drodze do pracy metrem, zepsutym samochodzie, studiach itp. Gruby daje rade Dwaj kolejni to moje osobiste odkrycia. Nie mają aż takiego dorobku jak wyżej wspomniana trójka ale i tak warto poświęcić im swój czas

Mateusz Socha

Koleś jest genialnym aktorem. Na scenie zachowuje się bardzo naturalnie i widać że ma to wyćwiczone niczym Steve Jobs swoje prezentacje. To co prezentuje nie jest typowym stundupem ale jest tak dobre i tak śmieszne że nie ma się co tym przejmować. Wpiszcie sobie Socha, informatycy a odpadniecie. To jest najwyższa liga i przyznaje znaczek jakości nin... wróć dżonego

Patryk Czebańczuk

Kolejny łodzianin na liście o aparycji dresika spod trzepaka ale ma coś w sobie. Na scenie nie zachowuje się pewnie ale potrafi rozbawić publikę m.in żartami z samego siebie, swojej dziewczyny rodziny życia. Robi to w dość pokraczny ale udany sposób a historia z powrotem z imprezy czy wizytą w starbucksie robią człowiekowi dzień Tak naprawdę wszystkie te krótkie opisy są niepotrzebne ale zaufajcie mi i wpiszcie te nazwiska w wyszukiwarkę you tube a może i wam polepszy się humor.

 Dzięki za przeczytanie mojego pierwszego i ostatniego występu w kulturze



 

Jackoo

 

Po kilku tygodniach przerwy uznałem, że dzisiaj trzeba powrócić do gatunku horrorów. O Johnie Carpenterze każdy słyszał, przy okazji tegorocznego dnia Wszystkich Świętych pisałem o jego kultowym dziele „Halloween”. W tym odcinku kolejny jego film, absolutna perełka, klasyczny psychologiczny horror i mój ulubiony film tego reżysera – „Coś”

Coś – czyli Obcy jest wśród nas

Antarktyda, rok 1982. Spokój na jednej z amerykańskich stacji badawczych przerywają odgłosy wystrzałów oraz dźwięk lecącego helikoptera. Okazuje się, ze od strony oddalonej o znaczną odległość norweskiej stacji badawczej nadlatuje śmigłowiec, który goni psa i za wszelką cenę próbują go zastrzelić. Zwierzak wraz z grupą pościgową docierają wreszcie do amerykanów, jednak w wyniku niefortunnych zdarzeń helikopter wybucha a załoga ginie. Mocno zdezorientowani amerykańscy badacze nie potrafią dociec co było przyczyną pościgu, jednak decydują się przygarnąć bezdomnego psa. Co było poważnym błędem, gdyż z pozoru niegroźnie wyglądający czworonóg okazuje się być kosmitą, potrafiący przejąć ciało nosiciela. Każdy przestaje sobie wzajemnie ufać, gdyż nikt nie jest w stanie wykryć kto jest w danym momencie zainfekowany. Na stacji rozpoczyna się walka o przetrwanie…

Dwa kluczowe słowa charakteryzujące ten film to: klaustrofobia i napięcie. Od momentu odkrycia, że wśród mieszkańców stacji jest istota pozaziemska, zaczyna się dramatyczna walka o przetrwanie, nie wiadomo kto jest tym, za kogo się uważa i pojawia się tak uwielbiany przed redaktorów ppe i użytkowników „efekt zaszczucia”. Do tego scenografia, czyli odizolowana od społeczeństwa baza, w której się rozgrywa akcja, ciemne i ciasne pomieszczenia spowodują lekki dyskomfort wśród oglądających. Mimo, że film był kręcony na początku lat 80-tych, to efekty specjalne wcale nie były takie złe, obcy przybierał coraz to dziwniejsze formy, krew i flaki na wierzchu, także nie polecam dla ludzi o słabych nerwach. Kurt Russel, aktor grający główną rolę w filmie, stały współpracownik Johna Carpentera, który w tym okresie dopiero wchodził na najwyższą półkę wśród gwiazd Hollywood spisał się bardzo dobrze i oczywiście wyróżnia się wśród innych. Wisienką na tym kosmicznym torcie jest idealnie skomponowana przez samego Ennio Morricone muzyka, bardzo oszczędna w swoich dźwiękach, ale jakże dodaje klimatu, potęguje napięcie i przerażenie. Sam film wzorował się na podstawie innego, nakręconego jeszcze w latach 50-tych „Istota z innego świata” (the Thing from Another World), którego bardzo chciałbym obejrzeć, ale jest ciężko dostępny.

Jeśli szukacie filmu grozy, który przyspawa was do fotela na kilkadziesiąt minut, śmiało polecam wam ten tytuł. Emocje gwarantowane. Film jest bardzo surowy i mimo upływu lat starzeje się bardzo dobrze i wciąż bardzo dobrze się go ogląda. 

Moja ocena:

8/10

 

ManoWar74

  Kulturalne siemano :)

Jakiś czas temu podczas wizyty w księgarni wpadła mi w oko gruba "cegła" w postaci książki "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley , z przepiękną i kuszącą okładką która wręcz krzyczała : kup mnie i zanurz się w mój świat :P
Magiczna legenda Króla Artura, opowiedziana z perspektywy kobiet, które dzierżyły władzę zza tronu.
"Albowiem, tak jak mówię, zmienił się sam świat. Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon. W tamtych czasach wrota łączące światy unosiły się we mgle i otwierały się wedle woli i myśli wędrowca…"
Morgiana, obdarzona darem Wzroku i związana z losem Artura Pendragona, swego brata-kochanka, opowiada historię krótkiej świetności Camelotu. Nie jest to jednak opowieść o rycerskich czynach, lecz widziana kobiecym okiem wizja społeczeństwa u progu dziejowych zmian.


"Najlepsza wersja sagi arturiańskiej, jaką kiedykolwiek czytałem".
Isaac Asimov

Jedna z najwybitniejszych powieści fantasy w historii.
Książek opartych na motywach arturiańskich jest wiele. Co wyróżnia tę? Przede wszystkim to, że jest to opowieść snuta przez Morgianę la Fay, obejmująca losy kilku pokoleń bohaterów i bohaterek legendy. Zwłaszcza bohaterek, bo w przeciwieństwie do wielu innych wersji cyklu więcej tu dworskich intryg, równie misternych co produkowane masowo przez piękne damy hafty, niż opisów walki. 
Jest w tej powieści nostalgia za tym co minione, świadomość, że coś się kończy, że nowe mity zastępują stare, że nieuchronnie zapomina się o tym, co ważne dla wcześniejszych pokoleń. 
Cóż 1160 stron to już nie żarty , nie każdy się odważy i nie każdy będzie miał miejsce na półce dla takiego "potwora" :D
Słowo zachęty dla tych którzy chcą poznać "Mgły Avalonu" -
"Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon, gdyż w tamtych czasach wrota łączące światy unosiły się we mgle i otwierały się wedle woli i myśli wędrowca. To właśnie jest wielka tajemnica, którą znali wszyscy światli ludzie w naszych czasach: tym, co człowiek myśli, stwarza wokół siebie świat, codziennie na nowo."

Kulturalnie pozdrawiam :)

 

 


 

 

Darkest

 

Czołem,

Peturbator został mi kiedyś polecony przez użytkownika jana83 i pamiętam, że ten ich synthwave mi mocno podszedł i zakorzenił się trwale w umyśle. Zawsze lubiłem takie klimaty, a po odpaleniu I Am The Night wyrzuciło mnie prosto do cyberpunkowych  lat 80. Jest to album bardzo zróżnicowany. Klimat lat osiemdziesiątych sprawnie buduje bardzo dobre użycie syntetyzatorów. Kawałki czysto elektroniczne (mój ulubiony Eclipse) przeplatają się z tymi, które są wzbogacone głosami świetnych wokalistek (Naked Tongues, czy kapitalne Desire z udziałem Grety Link). Tempo utworów żwawe i z dużą dawką energii, ale i spokojniejsze partie się tutaj trafią. Sporo się dzieje na IAtN. Przykładem niech będzie Lady in Black uderzająca w tematykę Noir, podlana nutką jazzu. Totalna zmiana klimatu przy ostrym, galopującym i prawie rock & rollowym Raining Steel - jazda bez trzymanki. Gdzieś w połowie płyty majaczy mroczny i postapokaliptyczny Ghost Dancer. Słuchając tego albumu czułem się jakbym sunął po wirtualnej trasie fioletowym pojazdem zostawiając smugę tego samego koloru.

Do następnego

 


 

P-chan

 

Witam !!!

Koty to ciekawe zwierzęta. potrafią chadzać własnymi ścieżkami, godzinami wygrzewać się w ciepłym miejscu leniuchując do woli. Nieraz ukazując tym samym swoją kocią ciekawość, a nawet zaleźć za skórę swojemu właścicielowi, niszcząc coś dla niego cennego. Nie inaczej jest z kotem, na którego wznowienie przygód w formie wydań zbiorczych kazano nam czekać dość długo, ale warto było. Garfield bo o tym kocie tu mowa to zwierzak, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, narodził się w 1978 roku za sprawą rysownika Jima Davisa, i do dzisiaj bawi miliony ludzi na całym świecie.

Nie inaczej jest w przypadku komiksu Garfield: Tłusty koci trójpak, który zawiera przedruki niezwykle zabawnych krótkich historyjek z Garfieldem w roli główniej. Na pierwszy tom składa się to wszystko za co pokochaliśmy tego wrednego dla swojego pana sierściucha. Więc mamy tu trochę sarkastycznego humoru, niezwykle ludzkie zachowania, w których w sumie możemy nie raz odnaleźć samych siebie. W końcu nie raz zdarzało się nam zapragnąć dokuczyć bliźniemu, czy też mieliśmy problem ze wstaniem z łóżka. Szczególnie, że przygody tego rudego stworzenia, to tak naprawdę trafne komentarze dla naszych ludzkich przywar, gdzie nie raz możemy odnaleźć odbicie swoich własnych zachowań. Tylko podanych w zabawnej formie i nie raz z przymrużeniem oka.  Co jeszcze bardziej podkreśla dość charakterystyczna kreska Jima Davisa, którą zapewne kojarzy każdy, więc nie ma nad czym się rozwodzić. Warto jednak wspomnieć, że styl twórcy wrednego sierściucha przez te wszystkie lata nie co ewoluował. I sam wygląd choćby takiego Garfielda z początków jego kociej kariery, wygląda całkowicie inaczej niż dzisiaj. Gdzie autor cały czas zapewne nie tylko doskonalił swój warsztat, ale również starał się dopracować wygląd kreowanych przez siebie bohaterów.

Na osobną uwagę zasługuje samo wydanie tego komiksu, do czego już zdążył przyzwyczaić nas Egmont. Do rąk dostajemy bowiem liczące ponad 250 stron tomiszcze w twardej okładce w nieco innym formacie, aniżeli tradycyjnie wydawane przez tego wydawcę komiksy. Bardziej zbliżone do formatu komiksu prasowego, niż tradycyjnego. Gdzie wszystkie zebrane paski komiksowe zostały pokolorowane, oraz ukazują się w tłumaczeniu Piotra W. Cholewę.

Nie będę ukrywał, że sięgałem po pierwszy tom (z planowanych sześciu) z pewnymi obawami, bowiem z Garfieldem po raz pierwszy miałem styczność za czasów gdy sam byłem dzieciakiem, a rynkiem komiksowym rządził TM-Semic, myśląc że wyrosłem z tego komiksu. I ten "garfieldowski humor" nie będzie mnie już tak bawił jak za gówniarza. Jak bardzo się myliłem przekonałem się już po pierwszych przeczytanych stronach, gdzie śmiałem się tak głośno, że domownicy musieli mnie uciszać. Szczególnie, że komiksy czytam tak naprawdę głównie wieczorem gdzie nikt mi nie przeszkadza, a ja mogę się spokojnie rozłożyć w fotelu i zagłębić w lekturę. Potwierdzając tym samym, że przygody rudego kota i jego właściciela, nie zestarzały się wcale, i potrafią bawić w każdym wieku. Polecam.

Pozdrawiam.


 

MSaint

 

W związku z tak olbrzymimi ilościami anime dostępnymi do oglądania pojawia się oczywisty problem – jak wybrać coś, co nas zainteresuje? Albo inaczej – co w przypadku, gdy to gremialnie olane anime, o którym nikt nie mówi po jego premierze, dla nas akurat okazałoby się naprawdę dobre, ale je pominęliśmy? Tego na szczęście udało mi się uniknąć w przypadku Kuuchuu Buranko (które ma również parę innych tytułów, na przykład Trapeze).

Na pierwszy rzut oka mamy tu kompletny bałagan. Mnóstwo różnych śmieci naraz na ekranie, cholera wie po co. Style się gryzą: mamy tu i typowy dla anime styl, ale mamy też na przykład zdjęcia aktorów, animowane niczym wycinanki z „South Park”. Fabuła wydaje się być absurdalna, z mnóstwem niespecjalnie powiązanych ze sobą zdarzeń. Spokojnie – powoli to zacznie nabierać sensu.

Oś fabuły jest taka, że do psychologa zgłaszają się pacjenci z różnymi problemami: dziwnymi lękami, bezsennością czy też dużo bardziej ekscentrycznymi przypadłościami. Doktor Irabu pomoże, choć nie obędzie się to bez wysiłku – po pierwsze musi być w formie (którą, dosłownie, zmienia w trakcie odcinka), po drugie pacjentowi seksowna pielęgniarka Mayumi musi zaaplikować zastrzyk, po trzecie... pacjent musi opowiedzieć o sobie i samodzielnie wyłowić odpowiedź na pytanie co konkretnie jest przyczyną jego problemu. Okazyjnie wpadnie na nasz ekran niejaki Fukui (tak naprawdę prezenter Fuji TV) w kitlu lekarza, by wyjaśnić medyczną stronę prezentowanych psychologicznych problemów.

Bardzo mi się spodobał sposób, w jaki historia jest prezentowana – na początku mamy totalny bałagan, który reprezentuje problem w życiu pacjenta w danym odcinku. Powoli jednak zagadka jest rozplątywana, doświadczenia życiowe są porządkowane, a na koniec odpowiedź wydaje się być całkiem prosta i praktycznie była przed nami cały czas. I może jest to sposób, nad którym widz powinien się zastanowić tak poważnie...?

Kuuchuu Buranko było emitowane w paśmie Noitamina („animation” czytane od tyłu), które za swoją misję stawia sobie „rozszerzenie widowni anime ponad typowego widza”, że tak to ładnie ujmę. Różnie im to wychodzi według mnie, ale akurat Kuuchu Buranko faktycznie jest czymś innym w świecie anime, i to bardzo – a że nie jest długie, to polecam spróbować.

You should probably watch this:

 

 

 

Repip

 

Achuj!

Widok miłego i zachęcajacego do wędrówki lasu na dziś Ouranios od Yesterdawn


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

…no i złamałem się. Miałem nie oglądać horrorów, dla zasady, przestałem odczuwać potrzebę oglądania filmów, które mnie straszą, bo ten gatunek moim zdaniem zaczął podążać w ślepą uliczkę autoparodii. Jakie było więc moje zdziwienie, kiedy wszyscy zgodnie zaczęli chwalić film „Ciche miejsce”. Skusiłem się i nie żałuję. Może nie jest to do końca horror, a film łączący elementy fantastyki z filmem grozy, ale wypada wyśmienicie. Jakie to jest dobre :) niebanalny scenariusz, świetnie zrealizowane efekty specjalne i klimat, który można kroić nożem. 

Kto nie widział, ten trąba :)

 

 

 

 

Gomlin

 

I tak 75 raz już dojechaliśmy na końcówkę bloga. Miło mi, że wciąż jesteście z kulturą i mam nadzieję, że to się nie zmieni. W każdym odcinku czekam na Wasze komentarze i wspólne dzielenie się z innymi Waszą kulturką. Dziękuję Dżonemu, że w końcu udało mi się go namówić na występ oraz stale wspierającym mnie kolegom w blogu ;)

Dzięki za uwagę i zapraszam już za tydzień na specjalny odcinek świąteczny!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +22 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 26 Poziom: 77
PD: 58102
REPUTACJA: 35026