Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 07.12.2018, 10:36
Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #74
170V

Kultura na weekend 3.0 [ BEZ GRANIA ] #74

Jak co Tydzień zapraszam na blogową dawkę KULTURKI na weekend!

 

Gomlin

 

 

Witam ;)

Wczoraj (czwartek) był Mikołajki - pochwalcie się czy dostaliście coś wartego kulturki ! :D Ja osobiście zostałem zaopatrzony Necrosis Jacka Piekary. 

Od dzisiejszego wydania blogowego wraca do nas P-chan! Miło Cię widzieć kolego ponownie wśród kulturoznawców! ^^

Jako gość główny dzisiaj BigPaws i jego "animowe" podejście do kultury!

Zapraszam!

 


  


 

ANIME:  Cowboy Beebop to taki chillout i warto było sobie przypomnieć - obejrzałem większą połowę i wciągam się dalej. Co dalej? Kiedy Netflixowy serial? Błagam...nie schrzanić mi tego jak Death Note'a!

SERIAL:  Ostatnio podczas pogawędki o starych serialach naszła mnie ogromna ochota by pooglądać sobie kilka odcinków (bo całej serii raczej nie dam rady :D) starego poczciwiego Al'a. Świat według Bundych to dla mnie jeden z tych nieśmiertelnych seriali, które bawią po dziś dzień

CZYTADŁO:  Posmęcę trochę ale tak - wciąż Anielskie zastępy. Tym razem już w pełni 3 Tom ruszył w bój. Co dalej? Mam nadzieję, że do następnego weekendu przeczytam słowo "koniec" i będę mógł się zabrać za Necrosis. Szczerze mówiąc to słabo znam twórczość Piekary poza tym co mam już za sobą - także nawet nie wiem z czym to się je... zobaczymy za tydzień.           

    

 

 

BigPaws

Akurat miałem przerwę w wyzywaniu ludzi w internecie i poszukiwaniu nowych nabytków do fapfolderu gdy dostałem na discordzie powiadomienie. Oczywiście nie mogłem zmarnować szansy by zostać kulturowym guru

 

ANIME


Violet Evergarden


Nie bardzo wiedząc od czego zacząć a wypadałoby żeby na debiut polecić coś uniwersalnego postawiłem na chińską bajkę, która powinna przypaść do gustu nie tylko miłośnikom spędzania wolnego czasu w piwnicy.

Anime stworzone przez studio Kyoto Animation (KyoAni) na podstawie książki Kana Akatsuki. Centralną postacią fabuły jest Violet, złotowłosa dziewczyna, która po zakończeniu wojny wylądowała w szpitalu z powodu straty obu rąk. Widz szybko zauważa, że strata kończyć mało ją obeszła, a jedyna rzecz, a raczej osoba, która siedzi jej w głowie jest jej przełożony Major Gilbert. Jak zostaje jednak poinformowana z Majorem obecnie nie można się skontaktować i w międzyczasie Violet ma przebywać pod opieką Claudia Hodginsa, który po wojnie został właścicielem firmy zajmującej się pisaniem i dostarczaniem listów. 

Nie zamierzam tutaj zbytnio opisywać fabuły, Violet zostaje Auto Memory Doll i podróżuje do klientów by pomóc im w pisaniu listów czy powieści. Blondi musi nauczyć się przelewać w słowa ludzkie emocje, z którymi sama ma problem, całe anime jest więc opowieścią o przemianie. Pomogą jej w tym wizyty u księżniczek, pisarzy ale i zwykłych ludzi. Dostaniemy też kilka odcinków z backstory dla Violet, dowiemy się kim był Major Gilbert i dlaczego dziewczyna ma na jego punkcie obsesję. Zobaczymy też jak straciła swoje ręce (ja tych scen jednak na poważnie wziąć nie mogłem).

Skupmy się więc dlaczego Violet Evergarden jest dobrą animacją.

Pierwszą rzeczą, która powinna powstrzymać nas przed wyłączeniem zanim dojdziemy do odcinka trzeciego, czwartego (gdzie akcja się rozkręca) jest styl i poziom detali. Kreska jest absolutnie doskonała, tak samo w przypadku postaci jak i tła. Możemy w dowolnym momencie zapauzować i zrobić zrzut ekranu by cieszyć się nową tapetą na naszym pulpicie.

Dobrą kreskę dopełnia soundtrack, który jest nieinwazyjny, ale wpasowuje się idealnie w wyświetlane sceny. Sam się zdziwiłem gdy 13 odcinkowe anime wyprodukowało 2 godzinne OST, czasami gdy chcę posłuchać czegoś nienatrętnego podczas pracy to lubię sobie go zapuścić.

Najmocniejszą stroną są jednak tak zwane „feelsy”, skutecznie dostarczane przez kilka odcinków. Nie odważę się powiedzieć, że całe anime jest arcydziełem fabularnym, ale te kilka epizodów (3-7 w zależności od wrażliwości) wystarczy by mocno podbić ocenę w górę. Ostatni raz tak płakałem na końcówce Silent Hill 2 i Metal Gear Solid 4, więc jeśli cokolwiek osiągnęło ten poziom wyciskania łez jest dla mnie dobrym kandydatem do rozpowszechniania wśród ludu.

Na koniec podzielę się anegdotką. Po obejrzeniu anime chciałem kupić medium źródłowe, z którego wywodziła się animacja, udałem się więc cały zadowolony po zakup mangi. Widziałem w końcu te artworki, których nie doświadczyłem w anime, chciałem poznać te „usunięte sceny”.

Jakież było moje zdziwienie gdy otworzyłem paczkę a zamiast 2 tomów mangi nabyłem dwa tomy powieści. Byłem gotowy powoli rozszyfrowywać japoński komiks, nowelka to jednak za duże wyzwanie jak na tę chwilę.

Dlatego jeśli ktoś teraz sobie poszuka na youtubie trailera niech znajdzie aktualny. Stary pokazuje sceny wyciągnięte z książki, które nie znajdują się w anime. Zatem nie będzie kuloodpornych dziewczynek z wielkim dwuręcznym toporem. Okazuje się, że KyoAni uczłowieczyło główną postać, zamiast dodawać elementy paranormalne do swojego dzieła. I chyba to zdecydowało, przynajmniej w moim przypadku, o sukcesie.


Tyle ode mnie, „tutturu” i do przodu mordeczki.

P.S. Nie przywiązywać się do rudej bo potem jej za dużo nie ma ;_;



 

Jackoo

 

Jak to mówią: co się odwlecze, to nie uciecze. W zeszłym tygodniu miałem napisać coś o filmie „Whiplash”, ale ponieważ wtedy byłem świeżo po obejrzeniu chyba najlepszego filmu w tym roku, musiałem to odłożyć na kolejny tydzień. Tak więc nie przedłużając, poniżej kilka słów o ‘Whiplash”

Whiplash – czyli w pogoni za doskonałością

Andrew Neyman (Miles Teller) jest utalentowanym perkusistą, który studiuje w najbardziej prestiżowej szkole muzycznej w kraju. Chłopak marzy o wiekiej karierze i by to zrealizować, zapisuje się do szkolnego jazzowego bandu, który składa się z samej elity szkolnej, a ów zespół prowadzony jest przez wybitnego nauczyciela muzyki Terrenca Fletchera (J.K Simmons). Problem w tym, Fletcher nie jest typowym „panem od muzyki”. Jego metody nauczania odbiegają daleko od jakichkolwiek norm. Znęcanie psychiczne i fizyczne są tu na porządku dziennym. Jednak co łączy młodego muzyka z jego nauczycielem i dążenie do doskonałości za wszelką cenę. Kto wyjdzie cało z tej konfrontacji?

Relacja między tymi dwoma bohaterami to główny motor napędowy filmu. Film od początku ogląda się z zapartym tchem, a to w głównej mierze dzięki kreacji obydwu aktorów. Miles Teller już wtedy pokazywał, że jest nie byle jakim aktorem młodego pokolenia (film jest z 2014 roku), ale to J.K. Simmons kradnie całe show. Aktor bezapelacyjnie przeszedł samego siebie. Znany dotychczas z mniejszych ról, tutaj pokazał cały swój kunszt. Nagroda Akademii oraz Złoty Glob były raczej formalnością. Uwierzcie mi, nie chcielibyście spotkać na swojej drodze kogoś takiego. Wielkie brawa także dla autora scenariusza i reżysera, Damiena Chazelle. Wraz z trwaniem filmu napięcie rośnie, by mieć swoją kulminację w finałowej scenie. Wątek pogoni za doskonałością za wszelką cenę widzieliśmy już wcześniej, chociażby w dziele Darona Aronofskiego „Czarny łabędź”. Jednak moim zdaniem to właśnie „Whiplash” robi większe wrażenie podczas oglądania. W filmie pojawiają się też mniejsze wątki poboczne, jak chociażby wątek miłosny pomiędzy Andrew a Nicole (Melissa Benoist), jednak to muzyka jest na pierwszym planie. W finałowej scenie wybrzmiewa w całej okazałości w akompaniamencie świetnego montażu.

„Whiplash” jest dziełem godnym polecenia. Film jest świetnym widowiskiem i wywiera duże wrażenie. Po seansie myślę, że każdy zada sobie pytanie, ile i czy w ogóle jesteśmy w stanie poświęcić w celu osiągnięcia sukcesu i doskonałości w konkretnej dziedzinie? 

Moja ocena:

9/10

 

ManoWar74

  Kulturalne siemano :)

Lubicie zbiory opowiadań ? Ja co jakiś czas lubię coś takiego przeczytać z nadzieją na poznanie nowego dobrego autora, bohatera i ewentualnie cyklu :)

Takim właśnie zbiorem jest Księga Mieczy - autorstwa C. J Cherrych , Robin Hobb , R.R. Martin i innych autorów.

W „Księdze mieczy”¸ nowej antologii nigdy dotąd niepublikowanych opowiadań, Gardner Dozois, sławny redaktor i popularny pisarz, zgromadził utwory wielu gwiazd współczesnej literatury fantasy, często dziejące się w ich najpopularniejszych światach. George R. R. Martin, K. J. Parker, Robin Hobb, Scott Lynch, Ken Liu, C. J. Cherryh, Daniel Abraham, Lavie Tidhar, Ellen Kushner a także inni zabierają nas w fascynujące podróże do odległych królestw pełnych mrocznych czarów i niebezpiecznych przygód. Autorzy przedstawiają nam zdumiewającą grupę nieustraszonych wojowników i wojowniczek, którzy na każdym kroku stawiają czoło niebezpieczeństwom i śmierci, pomagając sobie odwagą, sprytem i ostrą stalą.
W „Synach smoka” George R.R. Martin zabiera nas do Westeros, by opowiedzieć nam o wydarzeniach, do których doszło na długo przed początkiem „Gry o tron”. To historia niefortunnej rywalizacji między synami Aegona I – Aenysem I i Maegorem I – która miała tragiczne i niebezpieczne skutki dla Siedmiu Królestw.

640 stron tomu wydanego w marcu tego roku pozwala nam zapoznać się z szesnastoma opowiadaniami od szesnastu różnych autorów z których każdy ma swój własny pomysł na fantasy.


Pozdrawiam i życzę miłego weekendu !

 


 

 

Darkest

 

Czołem!

Jeszcze jakiś czas temu pukałem się w czoło w momencie, gdy ktoś wyjeżdżał z tekstem, że woli bardziej Black Sabbath z Dio, od tego z epoki Ozzy'ego. Po przesłuchaniu Dehumanizer już nie jestem taki pewien, czy książę ciemności faktycznie był/jest najlepszym wokalistą kapeli. Ta płyta wzięła mnie z zaskoczenia i rozpieprzyła w drobny mak. Genialne kompozycje i wokal Ronniego… miód na serce i rock and rollową duszę. Dawno nie miałem takich ciarek biegających mi po całym kręgosłupie. Te soczyste solówki, ładnie wyeksponowane ścieżki basu i kurna jeszcze raz - Dio! Bardzo dobry początek w postaci Computer God z mocarnym riffem i wpadającym w ucho refrenem, a im dalej w album, tym jest jeszcze lepiej. TV Crimes z drapieżnym riffem, posępne After All, dalej mój ulubiony kawałek na całej płycie - I z bardzo spokojnym początkiem i genialnym refrenem. Koniec płyty wieńczy ciężki walec w postaci Buried Alive. Dehumanizer to album kompletny, bardzo dobrze zagrany i zaśpiewany. Słucha się tego z ogromną przyjemnością. Jak dla mnie najlepszy album Sabbathów.

Do następnego


 

P-chan

 

Witam.

Trochę zajęło mi czasu by ponownie napisać coś do kultury, ale sprawy rodzinne sprawiły że musiałem sobie na jakiś czas odpuścić pisanie. Oto jednak w końcu wracam, mam nadzieję że już na stałe, gdzie znowu będę mógł w swoim kąciku przedstawić Wam komiksy warte poznania. Zapraszam do lektury :)

Tym razem postanowiłem przedstawić Wam historię opowiadającą o uczuciach, a że tyczy się jednego z moich ulubionych marvelowskich bohaterów, to wybór padł na Daredevil'a, zaskoczeni? Bo ja tak szczególnie, gdy po raz pierwszy sięgałem po wydany przez Muchę komiks Daredevil: Żółty duetu Jeph Loeb i Tim Sale.

Sam komiks to historia z początków kariery "niewidomego śmiałka" gdy przez chwilę nosił żółty kostium. Opowiedziana przez samego Matt'a wspominającego tragiczne losy dwóch osób, które najmocniej go ukształtowały.

Ojca, o którym syn wiedział więcej niż on sam mógł przypuszczać. Jak choćby fakt, że za maską twardziela chował się dobry człowiek, który chciał jak najlepiej dla swojego dziecka. Wiedział też że same walki bokserskie w których brał udział były ustawione. W końcu również wiedział za co zginą Jack Murdock, i za co go pomścił.

Utraconej miłości, czyli Karen Page, którą to niejednokrotnie udało się mu uratować z opresji, a która to doradziła mu zmianę koloru kostiumu, jaki nosi nasz bohater.

Na osobną uwagę zasługuje sam sposób prowadzenia narracji w komiksie, który owszem jest prowadzony przez samego Daredevil'a, o czym już wspominałem wyżej. Ale jest to zrobione w ramach pisanych  do, - i nie będzie to chyba wielkim spoilerem - zmarłej Karen listów. Dzięki temu zabiegowi autorom tej mini serii udało się uczynić tą opowieść mocno osobistą, przepełnioną różnymi emocjami. W końcu tym cechują się pisane listy do bliskich nam osób. Nie jednokrotnie przepełnione szczerością, czy skrywające nasze najskrytsze myśli.

Jedną z zalet tego komiksu jest jego lekkość, bowiem Loeb nie stara nam się przekazać kolejnej historii o superbohaterze do których przez lata przyzwyczaiły nas wydawnictwa takie jak Marvel czy DC. Stara się natomiast opowiedzieć historię zwykłego człowieka, którego wyczulone zmysły na swój sposób czynią go jeszcze bardziej ludzkim. Gdzie przeżywa własne tragedie, jak śmierć ojca, czy śmierć ukochanej. Obdzierając superbohatera jakim jest "Diabeł z Hell's Kitchen  z niewinności, którego przed brutalną prozą życia nie uchroni nawet założenie kostiumu superbohatera. A tego wszystkiego dopełnia świetna kreska Tim'a Sale'a, która idealnie obrazuje emocje, jakie stara się przekazać czytelnikowi scenarzysta.

Daredevil: Żółty to kolejny przykład komiksu, który ucieka tradycyjnemu stereotypowi jakby to komiksy superbohaterskie były przeznaczone tylko dla dzieci. Nie jednokrotnie udowadniając, że komiks jako medium już dawno wyszło ze swojego zaścianka, i ma do zaoferowania coś więcej aniżeli proste historyjki, obok których można przejść obojętnie. Sięgając nie raz po trudne tematy, które mogą skłonić do refleksji lub dać sporo do myślenia. Jeśli komuś spodoba się ten komiks, to skłaniam do sięgnięcia po resztę komiksów z 'kolorowej" serii Marvel'a, bo są to lektury warte przeczytania. A które być może również z czasem postaram się przybliżyć w kolejnych odcinkach kultury. Zdecydowanie Polecam.

Pozdrawiam.


 

MSaint

 

Wiele popularnych (lub nie) gier ma swoje adaptacje mangowe, dostają serie anime bądź ich adaptacje mangowe są adaptowane na anime. Tak, to wszystko szybko robi się dosyć zagmatwane. Arad Senki: Slap Up Party to adaptacja webkomiksu powstałego na motywach gry Dungeon Fighter Online. Czym jest DFO to nie mam za bardzo pojęcia, bo nigdy w to nie grałem, ale opis w necie mówi, że jest to „bijatyka 2D online” i że mimo ładnych paru lat na karku dalej jest popularna (i dochodowa!) w krajach azjatyckich, a w Japonii ma tytuł „Arad Senki” właśnie.

Anime na podstawie gier rzadko są wybitne, delikatnie mówiąc, i Arad Senki nie wyłamuje się z tego trendu, co nie znaczy, że nie miałem uciechy przez większość odcinków – bo nie jest to anime akcji, nie jest to epicka przygoda pełna bohaterskich poświęceń, tylko przede wszystkim durnawa komedia, która najzwyczajniej w świecie mnie bawiła.

Główny bohater to Baron – nie taki z tytułu, po prostu tak się nazywa. Jest szermierzem, którego dopadła klątwa i jego ramię staje się demoniczne czy coś w tym rodzaju. Pomaga mu duch (a raczej duszek) rezydujący w jego mieczu, który (która!) niczym Navi z Ocarina of Time podrzuca mu jakieś porady, jak i wchodzi w innego typu interakcje. Szybko formuje się drużyna – loli czarodziejka, panna znająca sztuki walki, która jest niezwykle hojnie obdarzona przez naturę talentem i nie tylko, oraz gamoniowaty Capensis, który wymiata z broni palnej i jest dobry w obsłudze różnych maszyn, jednak nie chroni go to od bycia ofiarą znakomitej większości slapstickowych gagów.

Ta dzielna ekipa wikła się w szereg różnych działań: od spodziewanych, jak wybicie potworów czy wizyta u paladyna celem wyleczenia klątwy, po mniej spodziewane, jak relaks na plaży czy mecz piłki nożnej. W większości przypadków jednak sprawy nie idą tak, jak powinny i ktoś ucierpi, a zazwyczaj jest to Capensis.

Samo anime też raczej wie, czym jest i nie sili się na poważne treści... za wyjątkiem tego nieszczęsnego zakończenia, gdzie zdecydowano się postawić na dramat, którego wcześniej w anime w ogóle nie było i które w związku z brakiem podbudowania wypada bardzo tandetnie i może zostawić naprawdę kiepskie wrażenie. A szkoda, bo w zalewie przeciętnych anime to jakoś mi się spodobało, polubiłem postacie i pamiętam na tyle, by napisać o nim krótki tekst jakieś dziesięć lat po obejrzeniu. Mimo wszystko, jeśli ktoś cierpi na nadmiar wolnego czasu i chciałby obejrzeć coś głupiego, acz wesołego, to może spróbować.

You should probably watch this:

 

 

Repip

 

Achuj!

Skończyłem niedawno na PS2 Brave: The Search for Spirit Dancer i nieco mnie zainteresowały indiańskie legendy. Stąd dziś oko na JoseRealArt i jego Wendigo


 

Darek79r19

 

Heja, heja!

Witam kolegów i koleżanki. Zbliża się koniec roku oraz przerwa świąteczna. Może ktoś skusi się na wizytę w kasynie, a wtedy na pewno przyda się znać zasady gier i sposoby na ich wygrywanie.

W tym tygodniu polecam Wam książkę zgłębiającą temat kasyn od drugiej strony, czyli od strony krupiera. Autor wyjaśnia nam nie tylko zasady gry, ale również zdradza tajniki wygrywania w najbardziej popularnych grach oraz zasady działania kasyn z ich tajemnicami włącznie. Książka jest o tyle ciekawa, że została napisana przez naszego rodaka przystępnym językiem, bazując na osobistym doświadczeniu. Można powiedzieć: informacje z pierwszej ręki :) Polecam gorąco wszystkim miłośnikom gier hazardowych, zarówno tym szukającym jedynie rozrywki, jak i próbującym coś zarobić na hazardzie.

Pozostając w temacie kasyn, polecam w tym tygodniu również film "21". Jeśli już był polecany, to wybaczcie, ale jest to pozycja na tyle ciekawa, że warto ją co jakiś czas przypominać. I choć może w obsadzie mamy dziś mało popularnego Kevin'a Spacey, to nie przeszkadza on w żaden sposób w odbiorze filmu, a wręcz jest genialny w swej roli. Film opowiada o chęci łatwego zarobku, igraniu z losem, stawianiu na szali ogromnych pieniędzy a nawet czegoś więcej. Jeden z lepszych filmów 2008 roku. Polecam.

 

 

 

 

Gomlin

 

74 Kulturka dobiega końca. Niezmiernie mi miło na decyzje o powrocie jaką podjął zacny druh P-chan ;)  Doceniam też każdy występ i wsparcie pozostałych Współpracowników! A i to, że goście główni nie odmawiają ( THX BigPaws

Naturalnie też ogromne podziękowania dla WAS - czyli czytelników, bez których ten blog nie miałby racji bytu!

Widzimy się za tydzień!

Pozdr, Gom

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +21 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 25 Poziom: 77
PD: 58136
REPUTACJA: 35043