Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 21.09.2018, 12:56
Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #64
187V

Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #64

Kolejny piątek a zatem kolejna dawka blogowej kulturki - zapraszam do środka! :)



WEEKENDOWO - KULTURALNIE

Siemka!

Już 64 raz witamy się w tym blogowym cyklu a 8 po zaistniałej przerwie - czas leci nieubłaganie. Ciesze się, że kultura ma swoje stałe grono odwiedzających - bo to głównie dla Was też powstaje ten blog. Szacunek też dla współpracowników, którzy wciąż są ze mną i tydzień w tydzień dostarczają teksty :)

Dzisiejszy odcinek gości Legendę Retro Gamingu na PPE. Mowa oczywiście o RetroBorsuku, który jakiś czas temu przestał się udzielać na ppe na rzecz Repipowego RnG ( Retro na Gazie) oraz GnG ( Gramy na Gazie), który to prowadzi wraz z Larkiem - polecam kulturalnie zajrzeć w te miejsca :)

 

Zapraszam !



Tradycyjnie: Ode mnie parę słów na ten weekend:


CZYTADŁO


Zarówno Trottery jak i Pixele sprzed tygodnia przeczytane :) Zajrzałem do mojej skromnej biblioteczki co jeszcze mam odłożone na "później" i oto jest:

Ostatnio nawet chyba widziałem, że tytuł został wznowiony i znów trafił do druku i na sklepowe półki - ja jednak zapoznam się ze starą klasyczną wersją ;] Mam nadzieję, że historia będzie ciekawa ;) 


MUZYKA


Sum41 The Hell Song


FILM/SERIAL

Aktualnie jestem w połowie serialu Atypowy i muszę przyznać, że naprawdę przyjemnie się ogląda. Serial opisywany jest jako komedio-dramat, chociaż póki co tego dramatu tam za dużo nie widać ale jeszcze druga połowa przede mną.

W tygodniu natomiast obejrzałem świetne Coco.  Jeżeli ktoś oglądał wydaną wcześniej Księgę Życia i mu się podobała to Coco jest obowiązkowe ;) Piękna animacja, fajna i lekka historia - baja godna polecenia dla całej rodziny 

A co na sam weekend? Starszy klasyk : Lęk pierwotny

 



Ode mnie to na tyle tego weekendu i w tej chwili zapraszam do wypocin mojego gościa i 3-groszowiczów ^^



]


Witam serdecznie w piątkowe południe jest bardzo cudnie! Zostałem poproszony przez mojego przyjaciela Gomlina o napisanie paru kulturalnych tekstów do jego nietuzinkowego bloga artystycznego, którego zdarza mi się nieraz konsumować na kibelku z kiepem w gębie. Bardzo porządne czytadło, dzięki któremu nawet takie rozpikselizowane borsuki jak ja nabierają ogłady i mogą liznąć trochę literatury czy zapoznać się ze wspaniałymi dziełami kinematografii. Przyjaciołom się nie odmawia, więc postanowiłem, że skrobnę parę linijek do następnego numeru gomliniego bloga. Co tam u mnie? Kto wie gdzie mnie znaleźć, ten wie, że tak dobrze w życiu się jeszcze nie miałem! A wszystko dzięki zrezygnowaniu z PPE – buhahaha, zaprawdę powiadam ile czasu na inne aktywności można przeznaczyć po uwolnieniu ze szponów tego czasu pożeracza! Przyznaję bez bicia, blogi czytelników tutaj odwiedzam, czy aby jakaś retro perła się tutaj nie znajdzie. I nieraz zdarza mi się trafić na ciekawe treści. No i Kulturkę łykam, bom cham straszny, ale pracuję nad sobą!


CZYTADŁO


Dobra, bez przedłużania, co tam ostatnio czytałem? No, nic nie czytałem, bo czasu nie mam… Jednakże jak byłem w szpitalu powróciłem pamięcią do jednej z ulubionych lektur mojej młodości, którą chłonąłem jeszcze jako młody borsuczek w PRL-owskiej rzeczywistości. Po raz kolejny przeczytałem wspaniałe przygody Corwina, jednego z Dziewięciu Książąt Amberu oraz troszkę mniej fajne przygody jego syna Merlina. Czyli:

KRONIKI AMBERU – ROGERA ZELAZNY’EGO

Dwa wielgachne tomiska po pincet czy osiemset stronic, albo i więcej, będące zebranymi do kupy wszystkimi tomami wybornych (tylko w przypadku tomu pierwszego) przygód najznamienitszych Amberytów. Zacznijmy od autora, bo pewnie na portalu młode szczyle to chłopa nie znają… Roger Zelazny to klasyk nad klasykami, znany z takich powieści jak świetna postapokaliptyczna Aleja Potępienia, boski Pan Światła czy zapadająca w pamięć, zręcznie napisana przygódówka heroic fantasy – Trzy Serca i Trzy Lwy. Laureat wielu nagród Hugo i Nebula - najbardziej wartościowych swego czasu wyróżnień dla pisarzy sf/fantasy. Jego największym i chyba najlepszym dziełem pozostają do dziś Kroniki Amberu. Kurcze miało być krótko, a znowu się rozpisuje, więc zaciskam pasa i treść, bo będziecie czytać do rana…

Corwin, bohater pierwszego tomu, budzi się pewnego dnia w szpitalu, po wypadku, w którym cudem uniknął śmierci i nie pamięta nawet kim jest. Szybko odzyskuje siły, czym oczywiście wprawia w osłupienie piękne pielęgniarki i brzydkich pielęgniarzy i zaniepokojony faktem, że ktoś roztoczył nad nim bardzo troskliwą opiekę w tutejszej klinice (tak troskliwą by nie przebudził się ze śpiączki) – rozpoczyna śledztwo. Śledztwo, do rozwikłania którego niezbędne mu będą detektywistyczne zdolności porucznika Columbo, siła mięśni Conana Barbarzyńcy oraz umiejętności szermiercze i znajomość bestiariusza na poziomie Geralta z Rivii. Trafia do posiadłości swojej siostry, gdzie znajduje dziwną talię kart – Atutów, które przedstawiają znajome mu postacie. Zaczyna sobie powoli przypominać figury w talii – to jego kochana lub znienawidzona rodzinka. Dziewięciu Książąt Amberu czyli dziewiątka serdecznych bądź zajadle wrogich mu braci oraz ich piękne  i przebiegłe siostrzyczki. Familiada na bogato!

Atuty umożliwiają także komunikację między posiadaczami i nie tylko…

Wraz ze swoim bratem Randomem, który nagle wkracza w centrum wydarzeń, wyruszają w wielką wyprawę celem odbicia tronu centrum wszechświata - jedynej prawdziwej krainy zwanej Amberem, którą zawłaszczył sobie jego inny braciszek, znienawidzony uzurpator tronu Eryk. Wszystkie pozostałe światy, w tym nasza kochana Ziemia to alternatywne Cienie, które rzuca Amber, zaś Amberyci (Corwin i jego rodzeństwo) – to jedyni ludzie mający umiejętność podróży poprzez te alternatywne płaszczyzny, wykorzystujący do tego kształtowanie otaczającej ich rzeczywistości. Zaczyna się jedna z najlepszych wypraw i przygód jakie czytałem w swoim długim życiu!

Pełna niebezpiecznych potyczek, walk, rajdów poprzez Cienie, wielkich potworów, mrocznych bestii, wspaniałych miejsc, jakie odwiedzają bohaterowie. Wypełniona świetnie skonstruowanymi postaciami, które non stop knują, spiskują, zawierają sojusze, zdradzają czy oszukują naszego herosa albo bohatersko wspierają go do ostatniej kropli krwi i próbują pomóc mu w rozwikłaniu tej pajęczej sieci, pełnej tajemnic sprawnie utkanej przez Zelazny’ego. Tak sprawnie, że knowania postaci z serialu Gry o Tron wyglądają przy pomysłowości Amberytów jak zabawy w piaskownicy dla przedszkolaków.

Karabiny Avalonu – druga w kolejności część pierwszego tomu Kronik Amberu.

Wielbiciele akcji i magii także nie będą się tutaj nudzić. Mistrzowskie pojedynki na broń białą i nie tylko, awantury w podwodnym czy podniebnym mieście, skręcanie karków rogatym demonom, tranzyt ciężarówek wypełnionych karabinami i strzelanina z wywernami to tylko nieliczne plusy tej świetnej lektury. Największą atrakcją jest sama podróż przez Cienie,  tak zwane rajdy. Musicie wiedzieć, że Amber to świat typowo fantasy, zaś inne z alternatywnych miejsc mogą być  całkowicie odmienne pod względem rozwoju technologicznego czy praw fizyki, które nimi rządzą. Kiedy nasi bohaterowie niczym w najlepszym kinie drogi wyruszają w taką podróż swoim ziemskim samochodem, a ich miejscem docelowym jest ogromny las zamieszkały przez fantastyczne bestie – to wiecie, że po drodze na pewno będzie ciekawie! Kolejną wielką atrakcją książki oraz popisem wyobraźni autora jest Wzorzec, swoisty labirynt, diagram mocy wyryty w pradawnych czasach, który każdy członek królewskiej rodziny musi przebyć aby zawładnąć ponadnaturalnymi zdolnościami. Przejście go to śmiertelna próba, sprawdzian własnych umiejętności i opanowania bohaterów gdyż jeden nierozważny krok oznacza śmierć i każdy z opisów tego przejścia to pasjonująca lektura.

Wzorzec Amberu.

Jedyną wadą pierwszego tomu Kronik Amberu to lakonicznie opisana ostatnia bitwa – tylko kilkanaście stron i tutaj chciałoby się poczuć większą epickość tego starcia. Jednak dla tak wybornie przedstawionych charakterów postaci, całej intrygi, niesamowitych przygód i  zaskakujących zwrotów akcji, które występują tutaj jak w kalejdoskopie – warto sięgnąć po historię losów Corwina, i jego rodu. Szczerze polecam pierwszy tom Kronik Amberu.

OCENA: 10!/10

Drugi tom – to już trochę inna para kaloszy. Corwin znika ze sceny, a zastępuje go jego syn Merlin, który oprócz umiejętności zbliżonych do ojca (płynie w jego żyłach krew Amberytów) posiada także w sobie DNA ich odwiecznych wrogów – mieszkańców Dworców Chaosu i może używać charakterystycznych dla nich magicznych umiejętności. Nie będę wam spoilował, żeby nie psuć lektury pierwszego tomu, skąd się wziął nowy protagonista – autorowi wyszła tutaj całkiem zgrabna układanka.

To grubaśne tomiszcze zaczyna się także wybornie i wsiąkamy w lekturę jak wodą w gąbkę, kiedy nasz młody bohater wyrusza na poszukiwania ojca, a wszystko zaczyna się oczywiście na Ziemi. Zaznaczę jednak, że wielu z pamiętnych bohaterów pierwszego tomu, których zdążyliśmy bardzo polubić lub znienawidzić – tutaj jest tylko tłem i mają role epizodyczne. Młoda ekipa, która pojawia się w zamian na scenie (w tym Merlin) nie ma ani charyzmy swoich przodków, ani nawet ich jaj, żeby uraczyć nas bardziej emocjonującymi i groźniejszymi przygodami od poprzedników. Przez całą lekturę czytelnik po prostu tęskni za ojcem bohatera, który nawet z diabłami się w tańcu nie pierdolił lub jego bezwzględnymi i wyrachowanymi nieprzyjaciółmi. Dostajemy w zamian trochę rozmemłanego młodziana, który szukając swojej kobitki prowadzi wewnętrzną walkę, po której stronie się ostatecznie opowiedzieć. Czy po stronie porządku w postaci królestwa Amberu – czy przeciwstawnych Dworców Chaosu. Do połowy lektury jest wyśmienicie, czytamy z wypiekami na twarzy, później temperatura akcji spada, by na końcu okazać się letnią szklanką lurowatej herbatki, której dno ujrzeliśmy zbyt wcześnie. To już koniec? Poważnie? Szkoda. Drugi tom dzieła Zelazny’ego to w ogólnym rozrachunku pozycja dobra, niedopieszczona jednak wystarczająco przez autora.

OCENA: 7-/10

Ja pierdykam już mam tysiąc słów, a tu inne chłopy czy baby mają jeszcze w tym blogu ponoć wystąpić? Więc streszczę się teraz na maksa, bo na Atari chciałbym zdążyć pograć dzisiaj! Przy okazji słyszałem, że pięknymi paniami obrodziło na PPE, szkoda, że za moich czasów to same samce tu siedziały…

  

 


MUZYKA


JUDAS PRIEST – KONCERT 13.06.2018 – SPODEK KATOWICE

Judas Priest w Spodku. Będzie fajnie?

Na Judasów poszedłem w ciemno to znaczy na głucho. Nie przesłuchałem ich ostatniej płyty wcale, żeby mnie zaskoczyli. Szczerze to w nich nie wierzyłem, bardziej jarałem się supportem czyli Megadeth, których za młodu lubiłem bardziej od bandy łysego Halforda. Wyruszyliśmy z kumplem, maniakiem klasycznego metalu podobnym do mnie. Z maniakalności, nie z wyglądu. Zaczęli oczywiście Dave Mustain i jego ekipa, ale jakoś bez polotu. Scenografia na scenie niezmienna cały czas, zero efektów specjalnych, nagłośnienie z dupy za przeproszeniem. Myślę sobie, kurcze może ja już jestem za stary na ten heavy metal czy coś, nic mnie nie rusza…  A przecież na takich albumach jak Rust in Peace czy Youthanasia za młodu to nogi same do tańca chodziły i łeb się urywał. Popatrzyłem na kumpla, on na mnie z rozczarowaniem w oczach i oboje stwierdziliśmy, że kiepsko to wyglądało i brzmiało. Kasa w błoto jak na razie…  Megadeth rozgrzali nas na 6/10 (+1 do oceny za sentyment). Dobra czas na główne danie…

Megadeth nie porwali mnie wcale…

Nagle pojawiła się karmazynowa kurtyna, która zakryła całą scenę, w tle zagrała melodyjna muza, reflektory, judaszowy krzyż, klimacik się zrobił – myślę, fajnie się zaczyna! Bum i jebudu, kurtyna w dół, wielgachny telebim, bez ostrzeżenia ognie strzelają i wybuchają. Jeńców chłopy nie biorą! Na telebimie stare teledyski wymieszane z nowymi (świetny design robota promującego ostatni album, który tam napieprzał z minigunów). Nowy gitarzysta Richard Faulkner zapieprzający po całej scenie i uwijający się jak w ukropie ze świetnymi, szybkimi i melodyjnymi solówkami niczym z najlepszych lat zespołu i oczywiście dostojnie kroczący Rob Halford w ćwiekowanym płaszczu, który zaczyna śpiewać i … MASAKRA! Nagłośnienie najlepsze jakie słyszałem od lat! Halford ma prawie 70 lat?! Chyba kpi sobie z nas, bo głos jak dzwon, wyraźnie i ostro, z werwą niczym u dwudziestolatka. Wiadomo, że ze względu na wiek zmienił trochę sposób śpiewania, nie wyciąga jak kiedyś, ale to dalej jest pieprzony bóg metalu dostojnie kroczący po scenie. Wróciłem, przybyłem, zniszczyłem zdaje się śpiewać do wszystkich fanów. A te nowe kawałki? Zajebiste! Szybkie, pełne zadziornych riffów i nie pozbawione melodyjnych solówek połączone z agresywnym śpiewem frontmana, które słuchaczowi nie pozostawiają wytchnienia, ani miejsca na nudę. Jebudu, pierwszy utwór FIREPOWER trwa 3 i pół minuty i jestem dosłownie rozstrzelany przez nich na posadzce…  

Painkiller – jeden z największych przebojów zespołu. Prosto z Katowic.

Do tego wszystkie nowe utwory utrzymane w klimacie najklasyczniejszego heavy metalu, jakby będące hołdem dla tego nieśmiertelnego gatunku. Ale chłopaki nie przeciągają metrażu piosenek, nie zanudzają słuchacza. Ratatata, strzelają nimi jak z karabinu! Oczywiście przeplatają to swoimi nieśmiertelnymi hitami pokroju Painkiller’a (czad), Breaking the Law (sentymentalnie i buntowniczo) czy klasykiem Living After Midnight. Piekła nie ma, to jest niebo dla metalowca. Do tego wszystkiego bardzo klimatyczna scenografia, efekty stroboskopowe, wybuchające ognie i ten nowoczesny design teledysków przy nowych utworach plus wyborna forma zespołu i mamy najlepszy koncert na jakim byłem obok występów Rammstein’a (bodajże 1997 i 2016)  oraz Iron Maiden z 2016 roku.  Na koncercie Judasi dali taki wygar, że nie słyszę po nim dosłownie nic! Chcemy sobie z kumplem opowiedzieć wrażenia, ale tylko słyszymy wzajemnie – Co mówisz? Nic nie słyszę! Widzę w jego oczach to samo co on pewnie w moich – zajebiste spełnienie i radość. Znamienity koncert.

OCENA 10!/10.

 

JUDAS PRIEST – ALBUM „FIREPOWER” (2018)

Oczywiście na drugi dzień zdałem relację z tego prześwietnego koncertu mojej lubej, która pewnie zauważyła, że podjarany po nim jestem jakbym spożył kilo amfetaminy. Kochana z niej kobitka, bo zrobiła mi wielką niespodziankę i zaskoczyła mnie prezentem w postaci ostatniej płyty Judas Priest – zatytułowanej Firepower! Włączam to cudo w domu na full i znowu odpływam. Szybko, brutalnie i melodyjnie jednocześnie! Rach, ciach, paf lecą utwory znane mi z koncertu, będące kwintesencją heavy metalu, ale jakby żwawsze niż innych twórców, z szybszym łojeniem gitar i oczywiście ze śpiewem metalowego boga Rob’a Halforda. Na otwarcie najlepszy z całej płyty utwór tytułowy, który nadawałby się jako tło dźwiękowe do jakiegoś nowego shmup’a czy filmu akcji.

Na Firepower zaciął mi się przycisk repeat na bardzo dłuuuugo…

Po uderzeniu obuchem jeszcze nie otrzeźwiałem, a tu atakuje Lightning Strike ze świetnymi solówkami i epickim klimatem. Wiadomo jednak, że zło przecież nie umiera nigdy w Evil Never Dies i nie pozwala nam złapać wytchnienia – musimy ciągle być czujni by nie wpaść w jego szpony. W walce z nim pomogą nam bohaterowie, którzy zostali oszukani  przez wojnę w Never The Heroes – świetnej, przebojowej balladzie o smutnym antywojennym wydźwięku. Płyta zaczyna się jakby była matką wszelakich metalowych płyt, wzorcem klasycznego heavy metalu  i jednocześnie wzorem dla innych kapel jak w XXI wieku przebojowo grać ten gatunek muzyki. Trwa ona około godziny i zawiera aż 14 kompozycji, z których może dwie są tylko dobre, reszta zaś to klasyka od pierwszego przesłuchania. W drugiej połowie moją szczególną uwagę przykuły takie numery jak Rising From Ruins czy Spectre, zaś kawałkiem No Surrender – Judas Priest udowadnia, że metal nigdy nie umrze i oni przenigdy się nie poddadzą! Ależ brakowało mi takiej płyty będącej przede wszystkim powrotem do korzeni gatunku jak i wielką świeżością jednocześnie. Dziwne jak im się to udało…

Never The Heroes – żwawa ballada zawsze na czasie.

OCENA PŁYTY FIREPOWER 10=/10.

Miałem tu opisać jeszcze koncert Iron Maiden z 28.07.2018, ale może innym razem, jak jeszcze kiedyś mnie Gomlin zaprosi.


FILM


ZJAWA (THE REVENANT)

SPOILERÓW OD GROMA

Kiedyś byłem wielkim kinomaniakiem, obejrzałem w życiu dobre kilka tysięcy filmów wszelakich, ale teraz mocno zaniedbałem to hobby. Nie ma czasu na wszystko i są w życiu ważniejsze rzeczy niźli kolejny seans. Jednak obejrzenia ZJAWY, która leciała ostatnio w naszej telewizji nie mogłem przegapić. Bardzo napalony byłem na  ten film w dniu jego premiery, niestety pobyt w szpitalu uniemożliwił mi wtedy zapoznanie się z tym wybitnym ponoć dziełem meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzaleza Inarritu, z którego filmów w pamięci utkwiły mi najbardziej 21 gramów czy Amores Perros. Babel już mniej. Nie widziałem Birdmana jeszcze, ale nadrobię w wolnej chwili. Wróćmy jednak do Zjawy.

Zdjęcia to majstersztyk! Emannuel Lubezki to prawdziwy malarz, poeta, artysta kadru! Cudowne pejzaże niczym z najlepszych filmów podróżniczych czy przyrodniczych, przepięknie przedstawiona surowość przyrody zaśnieżonej, mroźnej Dakoty i jej lodowate piękno. Brawo. Do tego emocjonująco, niczym jednym ujęciem kamery prawie jak w filmach De Palmy, przeprowadzony atak Indian na obóz traperów i także wybornie nakręcona scena ostatniego pojedynku pomiędzy Di Caprio i Hardym. Udźwiękowienie obrazu jest także genialne i nie tylko je słychać, lecz wręcz można je poczuć.

Gra aktorska. Oglądałem film nie wiedząc nic o Oskarach, kto dostał i za co, zaś kogo pominięto w nagrodach. Powiem tak – Leonardo Di Caprio zagrał bardzo dobrze, ale niestety dla niego, zupełnie przyćmił go Tom Hardy, który zagrał wybornie, twardego i bezdusznego łowcę, chciwego i bez zasad, a jednocześnie trochę zagubionego człowieka. Zresztą Leo ma ostatnio niefart, bo tutaj stało się podobnie jak w Django, kiedy sam wzniósł się na wyżyny, a Christoph Waltz najzwyczajniej nakrył go czapką. Ulubiony aktor wszystkich kobiet w Revenancie świetnie sprawdził się we wszystkich scenach cierpiętniczych, pokazujących jego udrękę, męczarnie i chęć przetrwania. Był kapitalnym surwiwalistą ogarniętym żądzą zemsty. Jednocześnie nie było chemii w jego związku z synem, ani w scenach retrospektywnych z udziałem żony. Zdziwiłem się jak przeczytałem, że otrzymał Oscara, który wydaje mi się - był  bardziej zadośćuczynieniem za jego rolę życia jaką odegrał w Wilku z Wall Street - gdzie został pominięty, a był najlepszy. Wiecie nagroda za taki nieetyczny film, to przecież w Hollywood nie przystoi… Nie zrozumcie mnie źle - w Zjawie poziom jego aktorstwa był wysoki, jednak przerósł go jego adwersarz.

Film zahipnotyzował mnie i urzekł na tyle, że czas jego projekcji zleciał mi jak z bicza strzelił. Później dopiero zastanowiłem się, że był on wyjątkowo jednowątkowy jak na tak długi czas projekcji – motyw przetrwania głównego bohatera i jego chęć rewanżu przyćmiła wszystko. Watek córki indiańskiego wodza i jej ratunku oraz odegranie przez nią ważnej roli na końcu został potraktowany po macoszemu. Nie oczekiwałem tutaj żadnego love story, bo byłoby to nie na miejscu w przypadku tak bardzo kochającego swoją zmarłą żonę Leosia, ale sami powiedzcie czy historia Indianki nie pozostawiła u was niedosytu? Także wszystkie bardziej widowiskowe sceny w filmie zostały nam zaprezentowane we wcześniejszym trailerze (oprócz początku i końca) i trochę zabrakło mi tutaj elementu zaskoczenia. Wszelkie metafizyczne aspekty (sny, przychodząca żona) były także dosyć łopatologicznie zaserwowane. Podsumowując, po tym co czytałem oraz widziałem w trailerach spodziewałem się filmu, który mnie sponiewiera i zostawi na glebie, dostałem jedynie zaś bardzo dobre kino. Hipnotyzujące, pięknie nakręcone, ze świetną grą aktorską, ale jako całość niczym nie zaskakujące. Chyba, że…

Tak naprawdę nasz główny bohater przez większą cześć projekcji nie żyje. Umiera w momencie kiedy znajduje ciało swojego martwego syna i przytula się do niego. Jednakże chęć zemsty w nim jest tak wielka, że otrzymuje od losu / Boga drugą szansę. Mamy tutaj krótką symboliczną scenkę kiedy zza chmur wychodzi słońce i jakby przywraca go do życia. Tytułowa zjawa, ogarnięty żądzą zemsty upiór ściga swojego przeciwnika, aż na skraj świata, przetrwa wszystko, nawet upadek z kilkudziesięciu metrów, gdyż tak naprawdę dawno już jest martwy. Tylko tego nie zauważa. Symbolizuje mu to podana przez reżysera trochę zbyt wprost sfera duchowa: wizyty żony, mieszające przeszłość z teraźniejszością sny. Ona czeka na niego i dobrze wie, że on dawno powinien już do niej dołączyć, zaś jego niczym zombiaka na nogach trzyma tylko chęć odwetu. Jest to dla niego największa z możliwych prób, największy test jaki może przejść. Zobaczcie do jakiego poświęcenia zdolny jest człowiek, kiedy napędza go jakiś cel – zakrzykniecie zachwyceni jego wytrwałością i uporem! Kiedy Leo-człeko-upiór dopada swojego wroga w ostatecznej walce tutaj właśnie odbywa się jego największa próba. Co więcej, nawet sami widzowie kibicują mu żeby dopełnił zemsty! Przed zadaniem śmiertelnego ciosu nieprzyjacielowi jednak dzieje się coś nieoczekiwanego. Główny bohater odrzuca gniew, który do tej pory go napędzał i po ludzku wybacza oprawcy. Pozostawia resztę w rękach losu / Boga i dzięki temu odzyskuje swoje człowieczeństwo. Wraca do świata żywych i znajduje także odkupienie swoich win z przeszłości. Żona, która czeka na niego na brzegu odchodzi zadowolona, spotkają się pewnie, ale jeszcze nie teraz. Zjawa, duch, upiór w tym momencie znów stał się człowiekiem, dobrze wykorzystał daną mu ostatnią szansę i na końcu filmu uświadamia sobie przerażony, co tak naprawdę się wydarzyło…

Możliwe, że to tylko moja nadinterpretacja, zbyt symbolicznie przedstawiona  wewnętrzna, duchowa walka jaka zachodzi w bohaterze pomiędzy zemstą a przebaczeniem i tyle. Skoro film zmusił mnie jednak do takich przemyśleń i mam go w pamięci plus biorąc pod uwagę wszelkie plusy, które wymieniłem we wstępie oraz fakt, że jednak parę rzeczy tutaj nie zagrało do końca, podwyższę trochę ocenę końcową z ósemki na:

MOJA OCENA 9=/10.


 

W prezencie dla mojego druha ManoWara – smoczek do ubicia!

 


No i ciul, miałem się streszczać, a tu taaakie wypociny wyszły. Na koniec trochę prywaty. Pozdrawiam paru przyjaciół i znajomych z przeszłości, którzy całkiem możliwe, że jeszcze siedzą tutaj na PPE. Oczywiście ManoWara mojego towarzysza broni w heroicznych wyprawach i walkach ze smokami, Gab’a (jest tu jeszcze?), który chyba się na mnie obraził czy cuś bo się nie odzywa, Realistę, który jako jedyny człowiek na świecie przetrwał próbę przepicia mojego szwagra! Niestety zaliczając przy tym kilka knockdownów oraz Rolanda Ninję – spodziewaj się reaktywacji Twojego świetnego wpisu o Tenchu na Retro Na Gazie. Pamiętasz go jeszcze? Oczywiście z Twoim podpisem pod nim. Aha i mojego przyjaciela Szyszkę, ale my się zobaczymy niedługo. Karka Repip’a nie pozdrawiam, bo mam go na co dzień. :)

Pozdrawiam też całą resztę, którą miałem przyjemność tu poznać, a którzy nie wiem czy się tu udzielają, bo nie śledzę tej strony, a ksywy powyższych znajomków zauważyłem w komentarzach pod gomlińską Kulturą. No i Gomlina wiadomo, prezesa, pozdrawiam! No to teraz sobie w końcu zagram na Atari! River Raid i Montezuma’s Revenge czekają na mnie. Nie, dupa, nie zagram – 2:30 w nocy już! Idę spać… Dbajcie o Gomlina, wracam do Nory!

 

RetroBorsuk


 



W Gdyni trwa właśnie 43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. W planach mam zamiar wybrać się na dwa filmy. Niestety tylko na dwa, bo to albo nie ma czasu obejrzeć więcej, albo niektóre filmy są o tak absurdalnej porze, że bym musiał wziąć wolne w pracy, by móc się wybrać na seans. Za tydzień na łamach tego kącika filmowego na pewno opiszę jeden z tych filmów, a w tym tygodniu postanowiłem przedstawić film, który widziałem na zeszłorocznym festiwalu, mianowicie „Pokot” Agnieszki Holland.

Pokot – czyli tradycyjny obrzęd zakończenia polowania zbiorowego, podczas którego składany jest raport w przeprowadzonego polowania, ubitej zwierzynie i ogłoszenie kto został królem polowania (wikipedia).

Film powstał na podstawie powieści Olgi Tokarczuk pt. „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Akcja filmu dzieje się w małej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej. Ową miejscowością oraz jej okolicami rządzi grupa najbardziej wpływowych ludzi: prezes dużej firmy, komendant policji, ksiądz oraz właściciel lisiej fermy. Wszystkich ich łączy jedno hobby: polowanie. Przez cały rok urządzają polowania na różne gatunki zwierzyny w zależności od sezonu łowieckiego. Swój zdecydowany sprzeciw przeciwko tym działaniom głośno wyraża główna bohaterka filmu – Janina Duszejko, grana przez Agnieszkę Mandat. Jest ona emerytowaną inżynierką a obecnie nauczycielką angielskiego w pobliskiej szkole podstawowej. Janina jest ekscentryczką, nie boi się wyrażać głośno swojego zdania, przez co przez lokalną społeczność jest traktowana bardziej jako typowa wariatka. Dlatego też jej ciągłe donosy są zwyczajnie lekceważone przez stróżów prawa. Do czasu, gdy zaczynają ginąć myśliwi w tajemniczych okolicznościach.

W filmie następuje jasny podział między tych dobrych i tych złych. Źli to oczywiście myśliwi. Przeciwko nim staje grupa tych dobrych, na czele z główną bohaterką. Janinie Duszejko udaje się skupić wokół siebie grupkę ludzi podobnych do niej, czyli z dystansem traktowanych przez społeczeństwo. Mamy tutaj młodą dziewczynę pracującą w sklepie z odzieżą na wagę, która walczy o opiekę nad swoim bratem, mamy informatyka chorego na epilepsję, wreszcie mamy sąsiada Janiny, Matogę granego przez Wiktora Zborowskiego. Przekaz filmu jest jasny, mamy kibicować tym dobrym, a myśliwi to największe zło, które trzeba zniszczyć. Niestety nie bardzo w filmie jest wytłumaczone, co motywuje naszą główną bohaterkę, która tak radykalnie sprzeciwia się polowaniom i nazywa wszystkich biorących w tym udział mordercami. Na dodatek samo zakończenie filmu, jego ostatni akt – dla mnie bardzo mało wiarygodny. Zwykły informatyk okazuje się być wybitnym hakerem, jakakolwiek zapora nie stanowi dla niego problemu. Na dodatek końcówka zmienia się z dramatu przyprawionego kilkoma szczyptami kryminału na kino akcji połączonego z dreszczowcem. Moim zdaniem kompletnie to nie pasuje do reszty. Do plusów na pewno trzeba zaliczyć zdjęcia, za które odpowiedzialna jest Jolanta Dylewska. Pięknie ukazana jest Kotlina Kłodzka, jej krajobrazy i pejzaże (istna wizualna orgia dla Repipa).

Pokot był polskim kandydatem do Oskara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. Co z tego wyszło-każdy doskonale wie. Książki nie czytałem, więc nie mogę się tu odnieść do pierwowzoru. Poczytałem tylko opinie i komentarze i wychodzi na to, że kolejny raz potwierdza się teza, że książka lepsza od filmu. Początek filmu uważam za dobry, jednak im dalej w las, tym pojawia się nuda, a końcówka jest niestety skopana. Trochę szkoda, bo wydaje się, że można było z tego wycisnąć więcej, jakiś głębszy przekaz, a mamy tu raczej niewykorzystany potencjał. 

Moja ocena:

6/10.

 

Kulturalne siemano:)

Dziś krótko bo jestem na kulturalnym urlopie i kulturalnie odpoczywam od wszystkiego:)

Dorwałem w domu jakąś starą książkę, ciekawa tematyka , młodzieżowy styl ..na urlop jak znalazł:P

Paryski detektyw Behemot trafia na ślad tajemnicy sprzed stuleci. 
Dowiaduje się o istnieniu miecza obdarzonego niezwykłą mocą, który od 
wieków strzeżony jest jak źrenica oka. Nie może bowiem wpaść w ręce 
krwiożerczego boga ognia Surtra. Gdyby to się stało, między bogami 
rozpętałaby się śmiertelna walka, a świat przestałby istnieć… 
Zapierająca dech w piersiach powieść, w której współczesność ściśle 
wiąże się z zamierzchłą przeszłością, a życie mieszkańców świata 
realnego przeplata się z życiem postaci z mitologii nordyckiej.

"Strażniczka Miecza" autorstwa Greva Scotta to około 300 stron opowiadania które się lekko i przyjemnie czyta, zabrakło mi nieco mroczniejszego zabarwienia tej historii, ale może to jest właśnie wersja kulturalna i idealna na urlop:)

Pozdrawiam wszystkich kulturalnych czytelników i do następnego razu na Croma !

 


 



Płyta tygodnia: Alice in Chains - Rainier Fog

Czołem,

Nie spodziewałem się, że Alice in Chains wyda w 2018 nowy album, a tutaj proszę, takie zaskoczenie. No to pora odpalić krążek i można nasycić uszy nowymi dźwiękami jednej z ulubionych kapel. Na Rainier Frog nie ma odkrywania koła na nowo. AIC konsekwentnie podąża raz obraną ścieżką, szlifując do perfekcji swój niepodrabialny styl. Jerry Cantrell okrzepł na stanowisku głównego wokalisty, co już na poprzednim albumie było widoczne. DuVall jako wsparcie też świetnie ze swojej roli się wywiązuje. Warstwa muzyczna to stara, dobra Alicja. Ciężka, depresyjna, świetna instrumentalnie i lirycznie. No i solówki Jerryego - jak zwykle pierwsza klasa. Płyta równa, utrzymująca dobre tempo i bez zbędnych dłużyzn. Na wyróżnienie zasługują kawałek tytułowy, ciężki i mroczny Drone, Deaf Ears Blind Eyes z świetnym riffem przewodnim i hipnotycznym refrenem, czy So Far Under z ciekawym efektem zniekształcenia wokalu i instrumentów, który wywołał u mnie dziwny dyskomfort. Alice In Chains znowu się udało nagrać ciekawy materiał. Wracam do słuchania.

Do następnego!

 




P-chan pozostaje z nami w kulturze ale na chwilę obecną z powodu spraw prywatnych musi odpuścić kilka tekstów [dop. Gom]





Jedną z bardziej niesławnych cech anime od legendarnego studia Gainax są ich zakończenia. Po Evangelionie twórcy dostawali groźby śmierci. Po Abenobashi było generalne „uuuch”. Zakończenie Panty & Stocking celowo zrobiono złe, dla żartu. Dla kontrastu, Gunbuster ma zakończenie tak genialne, że aż zrobiono kolejną serię, Diebustera, by pokazać, jak do niego doszło.

No dobra, przesadzam trochę, jednak faktem jest, że Gunbuster to klasyk. Debiut reżyserski Hideakiego Anno (który później stworzył serię jakby nieco bardziej znaną: Neon Genesis Evangelion) musiał mieć świetną animację i wielkie stwory, ale fabuła jest dużo prostsza i dużo bardziej optymistyczna. Wykryto zbliżające się do Ziemi wielkie kosmiczne potwory i zdecydowano się zastosować jedyne sensowne rozwiązanie – zbudować wielkie roboty i wyszkolić pilotów do ich obsługi. Jedną z nich jest Noriko – dość ślamazarna młoda dziewczyna, której kiepsko idzie obsługa mecha, ale jednak trener Kouichirou Oota, zwany po prostu „Coachem”, wierzy w jej zdolności i dopinguje do treningu. I bardzo słusznie, bo jak się później okazuje, gdy Noriko zacznie walczyć w mechu, to miota nią jak szatan i może nawet komuś zrobić się żal tych kosmicznych potworów. Jest jednak jeszcze jeden myk – dylatacja czasu. Im obiekt porusza się szybciej, z prędkością dążącą do prędkości światła, tym czas dla niego upływa wolniej. Z jednej strony jest to najpraktyczniejszy wehikuł czasu, pozwalający zaglądnąć w przyszłość, z drugiej: masz świadomość, że ludzie na Ziemi, za których walczysz, starzeją się dużo szybciej od ciebie i może po twoim powrocie już ich nie być...

 

Ta sześcioodcinkowa OVA konsekwentnie wprowadza swoje pomysły, by kompletnie rozwalić widza w odcinku finałowym, który niemal w całości jest biało-czarny (w dosłownym znaczeniu tego określenia: nie ma żadnych innych kolorów) i przedstawia finałową bitwę z kosmicznymi potworami, która jest dosłownie o „być albo nie być”. Wielokrotnie mówiłem, że jestem fanem dobrych zakończeń, a porządne zakończenie jest w stanie uratować nawet przeciętną resztę. Gunbuster jest według mnie bardzo dobry, a zakończenie uważam za genialne, za jedno z najlepszych w anime i może nawet w ogóle – pobudzające wyobraźnię, sensowne i po prostu piękne. To właśnie dzięki niemu Gunbuster należy do grona moich czterech najulubieńszych anime w ogóle (oprócz Evangeliona, Gurren Laganna i Made in Abyss). Seria jest krótka, ale według mnie jest to pozycja praktycznie obowiązkowa. Gorąco polecam się zapoznać.


A w kolejnej odsłonie... Nanto kanaaare




Achuj!

A wy w ten weekend meldujecie się na szlaku? po takim obrazku aż chce się iść uphill od MK-NI


 



I to na tyle w tym odc! Borusk nam się rozpisał, że ho ho - także macie sporo kulturowej lektury ;) Dziękuję mu serdecznie na występ (zwłaszcza, że znalazł czas naskrobać taki kawał tekstu!). Dzięki również dla stałych współpracowników i dla Was jako stałych bywalców i komentatorów!

Do następnego!

Pozdr, Gom




 

Tagi:

Oceń notkę
+ +16 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +146 -
Gomlin
Ranking: 25 Poziom: 78
PD: 59631
REPUTACJA: 35594