SKLEP

Blog użytkownika krzychu007

krzychu007 krzychu007 07.06.2019, 01:10
Piątkowa GROmada #140
421V

Piątkowa GROmada #140

Kolejny piątek, kolejna „Piątkowa GROmada”. Dzisiejszy odcinek poprowadzi moja skromna osoba, która chce przedstawić Wam w kilku słowach dwie gry z gatunku RPG, czyli Fallout: New Vegas i Kingdom Hearts Re: Chain of Memories. Wszystkich fanów niniejszego cyklu zapraszam do lektury oraz dzielenia się swoimi growymi aktywnościami w ten weekend.

RPG – tuż obok bijatyk, platformówek, slasherów i survival-horrorów, mój ulubiony gatunek gier. Może i są one trochę czasochłonne (podwyższanie statystyk bohaterom, zbieranie wszelakiej maści przedmiotów/broni, aktywności poboczne), ale bardzo w nich lubię zwiedzanie różnych miejscówek, rozwój relacji między niektórymi postaciami, czy też specyficzną dla danego tytułu ścieżkę dźwiękową.

Ostatnimi czasy gram w dwie produkcje z niniejszego gatunku – jedna o pochodzeniu zachodnim (Fallout: New Vegas), a druga wschodnim (Kingdom Hearts Re: Chain of Memories z pakietu Kingdom Hearts HD 1.5 + 2.5 ReMIX). To właśnie o nich będzie poświęcony sto czterdziesty odcinek tegoż weekendowego cyklu blogowego na PPE. Żeby nie przedłużać, zerknijmy wpierw na dzieło stworzone przez Obsidian Entertainment i wydane w 2010 roku przez Bethesdę Softworks.

 

Fallout: New Vegas (PlayStation 3)

O serii Fallout co nieco się czytało bądź słyszało w latach szkolnych i późniejszych, jednakże moja „prawdziwa przygoda” z tym uniwersum zaczęła się dopiero 27 grudnia 2017 roku, kiedy to w czytniku mojego PlayStation 3 po raz pierwszy znalazła się płytka z Fallout’em 3 (edycja GOTY). Pomimo pewnych problemów technicznych (zawieszanie się konsoli czy spore spadki animacji), tytuł bardzo mi przypadł do gustu – eksploracja Ruin Waszyngtonu, dużo ciekawych side-quest’ów, wpływ radioaktywności na statystyki naszego bohatera, perki, dialogi z NPC... Zapewne bym jeszcze znalazł jakieś zalety, ale nie o tej grze mam zamiar tu pisać ;P

Po zrobieniu prawie wszystkiego co się da w Falloucie 3, pod koniec października zeszłego roku sięgnąłem po Fallout: New Vegas (oczywiście w wersji Ultimate), który według sporej ilości graczy jest znacznie lepszy od swojego poprzednika. Zgodzę się z tym, że pewne elementy w rozgrywce zostały tu znacznie bardziej dopracowane (chociażby opcje dialogowe), jednakże jestem jedną z tych osób (zapewne nielicznych), które aż tak wielkiej przepaści między dziełem Obsidianu, a „trójką” od Bethesdy nie odczuwają. No ale zacznijmy od początku, czyli od zarysu fabularnego.

Historia zawarta w Fallout: New Vegas dzieje się w roku 2281 roku (cztery lata po wydarzeniach z Fallouta 3) i obraca się wokół Kuriera (o płci oraz imieniu decydujemy my sami – ja stworzyłem faceta o imieniu James) pracującego dla Mojave Express. Podczas jednej ze swoich podróży, której celem było dostarczenie Platynowego Żetonu, zostaje napadnięty i zastrzelony prosto w głowę przez gangstera zwanego Benny'm. Zostawionego na pewną śmierć protagonistę znajduje robot Victor, który zabiera go do doktora Mitchell'a w miasteczku Goodsprings. Po wyleczeniu śmiercionośnej rany, nasz bohater wyrusza w głąb Pustkowii Mojave, by odnaleźć niedoszłego zabójcę oraz utraconą przesyłkę. Droga zaprowadza go do Strip (dzielnicy New Vegas), gdzie zostaje wplątany w konflikt między trzema frakcjami – NCR (New California Republic), Legion oraz Mr. House.

Jak widać, fabuła z początku wydaje się być bardzo ciekawa, ale dopiero po pierwszej wizycie w Strip nabiera ona dla mnie lepszych kształtów, ponieważ jej dalszy bieg zależy od tego, po której stronie konfliktu się postawimy. Każda frakcja ma swoje zalety i wady, więc wybór nie należy do najprostszych. W moim przypadku było tak, że chciałem działać po stronie NCR (Legioniści odpadli u mnie w przedbiegach z powodu bardzo brutalnych zasad), jednakże przez błąd techniczny związany z jakimś side-questem (nie pamiętam dokładnie który to był, ale był on chyba powiązany z kasynami New Vegas), musiałem odpuścić tą ścieżkę. Wydawałoby się, że ostatecznie skończę jako wspólnik Mr. House’a (gdyby nie jego Jane, to bym się nie dowiedział o śnieżnych kulach, które są warte 2000 kapsli za sztukę), lecz w trakcie wykonywania jego zadań przypomniałem sobie o jeszcze jednym, pewnym rozwiązaniu. Rozwiązaniu, które daje mi większą swobodę w podejmowanych decyzjach. Na coś takiego pozwala właśnie współpraca z robotem o nazwie Yes Man, dzięki któremu my sami wybieramy sobie zarówno sojuszników, jak i wrogów (pozostałe trzy grupy wyznaczają nam konkretne kryteria). Skoro jest to mój pierwszy raz z New Vegas, to ta opcja wydaje mi się być najlepsza.

I tu dochodzimy do kolejnego istotnego elementu gry, jakim jest wskaźnik reputacji. To właśnie on decyduje o tym, jakie są nasze relacje z daną frakcją. Możemy go podwyższać lub obniżać poprzez wykonywanie wszelakiej maści zadań, wybieranie odpowiedniej opcji podczas rozmowy z NPC, bądź też walkę z innymi grupami. Fajnie mieć jak największą ilość sojuszników, ponieważ mniej niebezpieczeństw będzie na nas czyhać podczas zwiedzania Pustkowi Mojave, no i od czasu do czasu możemy liczyć na jakiś mały bonus od mieszkańców danego przybytku (np. Freeside). Warto tu jeszcze wspomnieć o tym, że oprócz NCR, Legionistów, Mr. House’a i Yes Mana, wyróżniamy m.in. takie społeczności: Boomers, Followers of the Apocalypse, Crimson Caravan, Gun Runners, Van Graffs, Freeside, Goodspring, Novac, Primm, Powder Gangers, Great Khans, Omerta, White Glove Society, The Strip oraz dobrze znane z poprzednich części Brotherhood of Steel.

Pozostałe składowe rozgrywki są mniej więcej takie same jak w Falloucie 3 (wybaczcie, że nie wspominam o dwóch pierwszych Falloutach, ale jeszcze w nie nie grałem) – parametry S.P.E.C.I.A.L. (Siła–Percepcja–Wytrzymałość–Charyzma–Inteligencja–Zręczność–Szczęście), umiejętności (np. Barter, Medic czy Lockpick), perki (np. Animal Friend, dzięki którego zmutowane zwierzęta nie będą nas atakować), poziom radioaktywności (im wyższy, tym gorsze są statystyki naszej postaci), rekrutowanie kompanów (w New Vegas moimi ulubieńcami są bez wątpienia Rex, ED-E, Boone i Veronica), system karmy, możliwość słuchania radia podczas eksploracji, czy też tworzenie nowych broni. Oczywiście doszło parę zmian, chociażby nowa umiejętność Survival (tworzenie trucizn, chemikaliów i pożywienia), bardziej przejrzysta komunikacja z towarzyszami, nieobecni w poprzedniku adwersarze (np. gekony), wyzwania (np. zabij X przeciwników z broni białej), gry hazardowe (m.in. Black Jack i Karawana), bądź również rozbudowany Speech Challenge – by przekonać rozmówcę na naszą stronę, potrzebny będzie już nie tylko wysoki poziom Speech, ale też i innych parametrów (Science, Charisma, itp.). Przyznam szczerze, że wprowadzone tu niuanse bardzo mi przypadły do gustu (w szczególności porozumiewanie się z druhami).

Na osobny akapit zasługują DLC, które w ogólnym rozrachunku wypadają znacznie lepiej niż te z „trójki” (choć Point Lookout i The Pitt mają swój urok). Nie będę się o nich zbytnio rozpisywał, bo kiedyś bardzo fajnie zrobił to użytkownik BZImienny, więc napiszę tylko tyle – najbardziej podobał mi się Lonesome Road (uzupełnia on nieco historię naszego protagonisty), a najmniej Dead Money (klimat całkiem niezły, ale to ograniczenie swobody przez wybuchową obrożę potrafiło być nieraz irytujące). Honest Hearts i Old World Blues trzymały wysoki poziom (ten drugi potrafił mnie od czasu do czasu rozśmieszyć), natomiast Gun Runners/Courier’s Stash to raczej taka drobna aktualizacja niż pełnoprawny dodatek (nowe bronie, dodatkowe wyzwania).

Niby wszystko fajnie, ale dlaczego nie odczuwam tej rzekomej przepaści między Falloutem 3, a Falloutem: New Vegas (na korzyść tego drugiego)? Ogólnie są dwa powody – pierwszy z nich to miejsce akcji. Nie mam tu na myśli tego, że na Pustkowiach Mojave nie ma ciekawych miejscówek, lecz to, że takie Tenpenny Tower czy ruiny Kapitolu zapadły mi bardziej w pamięć niż post-apokaliptyczna wersja Las Vegas czy Zapory Hoover. Poza tym ta nieco mroczna stylistyka w „trójce” bardziej mi przypadła do gustu niż to, co zaserwowano w dziele od Obsidianu.

Drugi powód to oczywista oczywistość, czyli problemy techniczne. Owszem, Fallout 3 też się z tym borykał, ale to co zobaczyłem w Fallout: New Vegas przekracza wszystkie możliwości. Znacznie większa frekwencja spadków animacji, wychodzące spod ziemi postacie, problemy z niektórymi side-questami, i... jeszcze większa ilość zawieszek konsoli. Być może to tylko przypadek, ale uwierzcie mi, że nieraz miałem taką sytuację, że rzeczy, które można było zrobić w parę minut, przez takie cyrki wykonywałem prawie z godzinę... Ciekawe jest jeszcze to, że podczas niektórych bitew (dotyczy to głównie DLC) prawie każda broń biała zadaje dużo większe obrażenia niż jakakolwiek broń palna (zaznaczę, że umiejętność Guns/Explosives/Energy Weapons mam na wyższym poziomie niż Melee Weapons/Unarmed). Podobną sytuację miałem w poprzedniku, gdzie w Point Lookout maczeta od tubylca potrafiła czasem siać niezłe spustoszenie...

Gdybym tak połączył najlepsze elementy Fallouta 3 (stylistyka, miejsce akcji) z tymi w Fallout: New Vegas (lepsze dialogi, umiejętność Survival, reputacja), oraz usunął największe błędy techniczne, to miałbym wtedy do czynienia z grą idealną. W rzeczywistości mam jednak do czynienia z dwoma bardzo dobrymi tytułami, które wraz z dużą ilością zalet, zawierają też pewne bolączki... Ok, na dniach powinienem zakończyć quest zwany The Legend of the Star (po nim zapewne wyruszę na bitwę pod Zaporą Hoover), a teraz przyjrzyjmy się drugiej ogrywanej przeze mnie produkcji.  

 

 

Kingdom Hearts Re: Chain of Memories (PlayStation 4)

Do serii Kingdom Hearts przekonało mnie kilka rzeczy – nostalgiczna podróż po światach z bajek Disneya, postacie z serii Final Fantasy, muzyka Yoko Shimomury, rzekomo skomplikowana fabuła czy (przyznaję się bez bicia) sama Aqua, która to wystąpiła w moim wpisie o ulubionych bohaterkach z gier/anime i zdobi mój avatar (nie mam zamiaru sobie spoilerować czemu w „trójce” wygląda tak a nie inaczej, ale niniejsze zdjęcie nawet mi się podoba). Pod koniec lutego bieżącego roku nabyłem Kingdom Hearts HD 1.5 + 2.5 ReMIX, no i wsiąkłem w to uniwersum. Fabularnie „jedynka” już odbębniona, więc nadszedł czas na remake odsłony z Game Boy Advance, której tytuł brzmi Chain of Memories. Sporo osób twierdzi, że jest to najsłabsza część tegoż cyklu, i coś w tym może niestety być...

Akcja Chain of Memories dzieje się niedługo po wydarzeniach z pierwszej części serii. Sora, Donald i Goofy przybywają do Zamku Zapomnienia (Castle Oblivion), do którego przyprowadził ich tajemniczy mężczyzna w czarnym płaszczu. Ów nieznajomy poinformował naszych bohaterów o prawdopodobnej obecności w niniejszym przybytku Riku (nie mylić z Rikku z Final Fantasy X) oraz Króla Mickey, czyli poszukiwanych przez nich przyjaciół. Z jego ust padło też ostrzeżenie mające związek ze stopniową utratą wspomnień, gdy będą odwiedzać coraz to wyższe piętra – każde piętro odtwarza wspomnienia wędrującej po nich osoby (w tym przypadku Sory). Na swojej drodze protagoniści spotkają inne ubrane na czarno persony, a w tle przewijać się będzie motyw pewnej blond dziewczyny...

Odwiedzane przez nas piętra to nic innego jak światy z pierwszego Kingdom Hearts (za wyjątkiem dwóch, które w Chain of Memories pojawiają się po raz pierwszy) – mamy tu więc między innymi Traverse Town (pełni on rolę samouczka), Agrabah, Monstro, Wonderland czy Hundred Acre Wood, gdzie można wziąć udział w różnej maści mini-grach. Historie w nich zawarte to praktycznie kalki z „jedynki”, więc jest to pewnego rodzaju powtórka z rozgrywki (pamiętajmy, że każde piętro ukazuje wspomnienia Sory). Zupełnie inaczej jest z wspomnianym wcześniej wątkiem głównym (po ukończeniu danej krainy poznaje się dalsze szczegóły), gdzie przedstawieni zostają kluczowi antagoniści serii (Organizacja XIII) oraz tajemnicza nieznajoma ze szkicownikiem.

Do samej fabuły nie mam raczej żadnych zastrzeżeń (przynajmniej do momentu, w którym teraz jestem, czyli po pierwszej walce z Larxene), jednakże mam problem z rozgrywką, która się nieco różni od tej z pierwszej odsłony serii. System walki w Chain of Memories oparty jest na kartach, które decydują o naszych akcjach podczas pojedynków. Zarówno my, jak i przeciwnicy mamy do dyspozycji dwa typy kart: ataki fizyczne (w przypadku Sory mają one wizerunek Key Blade’ów) oraz magia (Cure, Fire, Blizzard, itp.). Każda karta oznaczona jest cyfrą (od 0 do 9), i naszym zadaniem jest przebicie ataku oponenta ruchem o wyższej wartości (gdy użyjemy niższej wartości, ciosu nie zadajemy i sami odnosimy obrażenia). Warto tu jeszcze wspomnieć o tzw. Kartach Przyjaciół i Slight’ach – to pierwsze to nic innego jak wsparcie Donalda oraz Goofiego podczas potyczek (zgadza się, ten sympatyczny duet nie porusza się swobodnie po arenie walki), a drugie natomiast polega na wyborze trzech odpowiednich kart w celu wyprowadzenia ataku specjalnego.

Co mi się na pewno nie podoba w tym systemie walki to to, że nie daje on aż takiej swobody w wykorzystywaniu technik jak poprzednia część cyklu. Gdy tylko się nam skończą karty (talię możemy powiększać wraz z kolejnym poziomem doświadczenia), to musimy je szybko „przeładować” – w trakcie pojedynku pierwsze przeładowanie jest zawsze najkrótsze, jednakże następne są coraz to dłuższe, przez co jesteśmy bardziej narażeni na ataki przeciwników. Spory problem może się pojawić podczas starć z dużą ilością przeciwników, gdzie myślimy że przebiliśmy ruch jednego oponenta, a nagle zostajemy dość szybko załatwieni podstępem innego (oddział Królowej Kier dał mi nieźle w kość). Jedynymi rozwiązaniami na taką niedogodność są cierpliwość oraz podpinanie kart o wyższych nominałach (które wpierw trzeba zdobyć).

Eksploracja pięter polega na tzw. tworzeniu pomieszczeń – dzięki specyficznym kartom (zdobywanych podczas pojedynków z przeciwnikami) nadajemy danemu pokojowi pewne cechy, np. mniejsza ilość wrogów, występowanie skrzyń czy lepszy efekt kart magicznych. Oczywiście czynność ta podlega warunkom (np. wartość użytej karty musi wynosić 6 lub więcej), więc nie ma tu mowy o całkowitej swobodzie podpinania atrybutów. W odróżnieniu od systemu walki, ten pomysł nawet mi się spodobał, tylko szkoda, że wszystkie te plansze są takie małe... W sumie opisywana przeze mnie tytuł to remake gry z Game Boy Advance, więc niektóre zaleciałości (w tym duża ilość dialogów w formie samego tekstu) z pierwotnej wersji powinno się traktować z przymrużeniem oka.

Fajna historia, ale niezbyt trafny system walki – w tych oto słowach mogę w skrócie przedstawić moje obecne odczucia wobec Kingdom Hearts Re: Chain of Memories. Na pewno nie jest to jedna z najgorszych produkcji, w jakie miałem okazję zagrać, jednakże bardzo dobrze wiem to, że czekają na mnie znacznie lepsze odsłony tegoż uniwersum (chociażby Kingdom Hearts II czy Birth by Sleep). Czy po przejściu ścieżki Sory zabiorę się od razu za scenariusz jego przyjaciela, który odblokowuje się po pierwszym ukończeniu gry? Na to pytanie zapewne sobie odpowiem gdy poznam więcej sekretów Zamku Zapomnienia...

 

 

Poza opisanymi wyżej tytułami pobawię się trochę edytorem postaci w Soul Calibur VI, powbijam rangi offline Heihachim w Tekkenie 7, bądź też pozbieram jeszcze więcej gwiazdek za DOA Quest w Dead or Alive 6. To tyle ode mnie, życzę wszystkim miłego weekendu. Oczywiście nie tylko przy grach.

 

Tagi: Fallout: New Vegas GROmada Kingdom Hearts HD 1.5 2.5 Remix Kingdom Hearts Re: Chains of Memories HD krzychu007

Oceń notkę
+ +40 -

Oceń profil
+ +129 -
krzychu007
Ranking: 28 Poziom: 75
PD: 53463
REPUTACJA: 33672
Miesięcznik PSX Extreme