Blog użytkownika pancho21

pancho21 pancho21 28.07.2013, 02:39
Recenzja Marvel vs. Capcom: Origins
430V

Recenzja Marvel vs. Capcom: Origins

W skład Marvel vs. Capcom: Origins wchodzą dwie gry, obie pamiętające jeszcze czasy świetności dziewiczej konsoli Sony. Chodzi o Marvel Super Heroes z roku 1995 oraz nieco nowszy, bo z roku 1998 Marvel vs. Capcom: Clash of Super Heroes.

Wyobraźcie sobie sytuację, iż jesteście bardzo, ale to bardzo głodni. Pech zaś chciał, że lodówka w domu stoi pusta. Pragnąc ulżyć mękom buntującego się żołądka, postanawiacie udać się do najbliższej knajpy. Nie liczycie na to, iż zastaniecie w niej dzieła wykwintnej kuchni, przeciwnie – zdajecie sobie doskonale sprawę z faktu, że serwowane żarcie będzie przeciętnej jakości. Po dłuższej chwili czekania urodziwa, acz doświadczona życiowo kelnerka podaje Wam zamówioną strawę. Obserwujecie załadowany jedzeniem talerz i pozytywnie zaskakuje Was estetyka całej kompozycji. Postanawiacie zatem czym prędzej skosztować tego, co leży na talerzu przed Wami. Niestety, wraz z próbą pokrojenia kotleta brutalnie powracacie do szarej rzeczywistości. Prawdziwą męką okazuje się być jednak staranie przełknięcie owego kawałka mięsa. Gdy w końcu uznajecie, że szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na Waszą stronę, w pewnym momencie żołądek decyduje się podpisać akt kapitulacji...

 

Pewnie zapytacie, czemu służyć ma przedstawiona powyżej historyjka? Otóż dostępny od pewnego czasu w cyfrowej dystrybucji dla Xbox-a 360 i PS3 Marvel vs. Capcom: Origins to właśnie rodzaj takiego odgrzewanego, niestrawnego kotleta. Warto o tym pamiętać, gdy najdzie Was nagłe pragnienie zakupu tegoż „dania” serwowanego przez Capcom.

 

W skład Marvel vs. Capcom: Origins wchodzą dwie mordoklepki 2D, obie pamiętające jeszcze czasy świetności dziewiczej konsoli Sony. Chodzi o Marvel Super Heroes z roku 1995 oraz nieco nowszy, bo z roku 1998 Marvel vs. Capcom: Clash of Super Heroes. Wydawać by się mogło, iż koniecznością czasów wspomniane tytuły zostaną podciągnięte do współczesnego standardu, jakim jest jakość HD. Niestety, obie gry to (zaledwie) perfekcyjne konwersje z automatów. Całe szczęście, że wzbogacone o pewne dodatkowe funkcje. Tym oto sposobem, poza trybem arcade mamy możliwość stoczenia pojedynku online, doskonalenia swoich możliwości za sprawą treningu, a także odkrycia szeregu bonusów w postaci artworków i dodatkowych zawodników. Do tego dochodzą oczywiście obowiązkowe już osiągnięcia/trofea. Prawdziwych maniaków „starej szkoły” zapewne ucieszy opcja scanlines, której to aktywacja jeszcze bardziej upodabnia oba tytuły do ich wyglądu sprzed lat. Istnieje również możliwość wyłączenia filtrów grafiki oraz wyboru formatu wyświetlanego obrazu – klasyczny („automatowy”) i współczesny. Na temat mechaniki samej rozgrywki nie ma sensu się rozpisywać, gdyż w tej kwestii nie zaszły absolutnie żadne zmiany. Pod tym względem to dokładnie te same tytuły, które święciły tryumfy w salonach gier i na stacjonarnych konsolach w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych.

 

Podsumowując: Minister Zdrowia i Czystości Wszelakiej ostrzega! Dłuższe obcowanie z produktem w postaci Marvel vs. Capcom: Origins może wywołać u Was niepożądane skutki, takie jak niestrawność czy ostra biegunka. W skrajnym wypadku skutkuje z kolei trwałym uszczerbkiem na psychice. Powoduje również poważne uszczuplenie Waszej kieszeni (1200 MP/15$) (!). Jeśli zatem lubisz retro nawalanki, to miast marnować kasę i nerwy na Marvel vs. Capcom: Origins, zainwestuj lepiej w Marvel vs. Capcom 2: New Age of Heroes, tytuł zdecydowanie lepszy i – pomimo upływu lat – nadal warty swej ceny.

 

Capcom znany jest ze swej polityki, której przyświeca hasło „wielokrotnej sprzedaży tego samego produktu (ewentualnie z dodaniem drobnych bonusów)”. Będąc konsumentami nie musimy stać się jednak (z automatu :P) ofiarami tegoż procederu. Wystarczy, że nie damy zarobić wydawcom na tytułach wpisujących się w powyższy trend. Niech dzięki temu dostaną oni jasny przekaz, iż oczekiwania ze strony rynku, a więc nas – fanów, są zupełnie inne; niech wiedzą, że pragniemy produktów kompletnych, dostosowanych w warstwie audio-wizualnej do współczesnych standardów.

 

P.S. W ubiegłym roku minął kolejny, piękny jubileusz marki Street Fighter, której stuknęło dokładnie 25 wiosen. Zdawać by się mogło, że była to wręcz idealna chwila na wydanie tytułu podsumowującego ów, jakby nie było, szmat czasu. Aż prosiło się o grę, w której pojawiłyby się wszystkie postaci, jakie do tej pory zaistniały w uniwersum Ulicznego Wojownika, najlepsze z dotychczasowych aren, cudowny, wciągający i wyczerpujący tryb story (na wzór tego z kapitalnego reboota Mortal Kombat), a do tego mechanika rozgrywki zawierająca dokładnie to, co w serii bijatyk od Capcom najlepsze. Wszystko to z kolei podane we współczesnym "sosie". Cóż, Japończycy po raz kolejny pokpili sprawę, serwując na talerzu dawno już przetrawioną, a następnie zwróconą strawę. Przecież, w przeciwieństwie do nikomu niepotrzebnego Marvel vs. Capcom: Origins, można było się chociaż pokusić o prawdziwe zremasterowanie serii Street Fighter Alpha (z kompletną „trójką”, taką, jaka została wydana ongiś na PSP) oraz trylogii spod znaku Street Fighter III w jakości HD, na modłę odrestaurowanego jakiś czas temu SSF2T. Te tytuły swą wybitnością zwyczajnie na to zasługują. Mija 25 lat i co dostajemy? Zestaw, który – niczym wspomniany kotlet – obserwując z zewnątrz wydaje się warty skonsumowania. Wraz z wgryzaniem się pod „panierkę” przekonujemy się jednak, iż to, co stanowić miało jego istotę, okazało się być na dłuższą metę niestrawne. Taką bowiem reakcję wywołać musi konsumpcja nieświeżego mięcha.

Tagi:

Werdykt
  • + Staroszkolna nawalanka?
  • - Archaiczna grafika, muzyka i ogólny gameplay;
  • - To powody wyszczególnione powyżej nie wystarczą?
5.0
pancho21
pancho21 Tytuł polecam tylko najwierniejszym, a do tego dzianym fanom old-schoolu. Pozostałym stanowczo odradzam.
Oceń notkę
+ +3 -

Dwie drogi: wybrałem tę mniej uczęszczaną
Oceń profil
+ +8 -
pancho21
Ranking: 402 Poziom: 53
PD: 19618
REPUTACJA: 3307