SKLEP

Blog użytkownika Tomasz Ambroziak

Enkidou
Tomasz Ambroziak Tomasz Ambroziak 09.10.2011, 19:55
Pierwsze kroki z Super Robot Taisen
1344V

Pierwsze kroki z Super Robot Taisen

Minęły dwa tygodnie, więc zgodnie ze złożoną 'reaktywacyjną' obietnicą przedstawiam Wam nowy wpis w kąciku. Napisałem wtedy, że chciałbym na tych łamach opisywać również mniej znane tytuły i w dzisiejszym wydaniu przeczytacie wrażenia z takiej właśnie gry. Autorem tekstu nie jestem ja, tylko Suavek, którego może kojarzycie z forum PE. Prowadzi też blog na ja.gram.pl, na który przy tej okazji Was zapraszam. Gra, jaką dziś się zajmiemy, to przedstawiciel serii Super Robot Taisen, która w Japonii jest całkiem popularna, ale na Zachodzie przechodzi bez większego echa (Endless Frontier to zresztą chyba jedyna część jaka się w naszym kręgu cywilizacyjnym ukazała).

Minęły dwa tygodnie, więc zgodnie ze złożoną 'reaktywacyjną' obietnicą przedstawiam Wam nowy wpis w kąciku. Napisałem wtedy, że chciałbym na tych łamach opisywać również mniej znane tytuły i w dzisiejszym wydaniu przeczytacie wrażenia z takiej właśnie gry. Autorem tekstu nie jestem ja, tylko Suavek, którego może kojarzycie z forum PE. Prowadzi też blog na ja.gram.pl, na który przy tej okazji Was zapraszam. Gra, jaką dziś się zajmiemy, to przedstawiciel serii Super Robot Taisen, która w Japonii jest całkiem popularna, ale na Zachodzie przechodzi bez większego echa (Endless Frontier to zresztą chyba jedyna część jaka się w naszym kręgu cywilizacyjnym ukazała). xxxxxSzczerze? Nie mam o niej większego pojęcia dlatego lepiej odsunę się już na bok, a Was odsyłam do czytania.  [Enkidou]

Super Robot Taisen OG Saga: Endless Frontier (NDS)

 

 

[Obiekt musi mieć rozszerzenie SWF. Kod zablokowany]

Z reguły jestem osobą sceptycznie podchodzącą do wszelkich produktów, które przy okazji reklamy próbują grać na najprostszych instynktach ludzkich, aby zwabić do siebie potencjalnych klientów. Jeśli jednym z podstawowych elementów przyciągających uwagę mają być półnagie kobiece ciała, to niemal od razu wyrabiam sobie negatywną opinię o danym tytule, wmawiając sobie, że jest to przykrywka dla kompletnego braku oryginalności i próba zbicia łatwych pieniędzy na naiwniakach i samotnych nerdach. I zapewne tak samo potraktowałbym Super Robot Taisen OG Saga: Endless Frontier, gdyby nie pierwszy człon nazwy. Otóż SRT wybitny może nie jest, ale stanowi przyzwoity cykl strategii turowych z udziałem bohaterów i mechów przeróżnych anime. Tym razem jednak Banpresto postanowiło stworzyć nie strategię, a grę jRPG, w dodatku luźno nawiązującą do dotychczasowych odsłon serii. Nowy świat, nowi bohaterowie, a tytułowe roboty sprowadzone na drugi plan. W takim wypadku do listy zarzutów muszę dopisać także żerowanie na popularności znanej marki. No ale mimo wszystko, uległem...

 


Uległem i bardzo się z tego powodu cieszę. Tak, oprócz pojedynczych nawiązań Endless Frontier nie ma zbyt wiele wspólnego z głównym cyklem Super Robot Taisen. Tak, jednym z kluczowych elementów zarówno reklamy jak i samej gry są atrakcyjne dziewczyny o nienaturalnie zachowujących się biustach. Mimo wszystko, ku memu własnemu zdziwieniu, zmuszony jestem stanąć w obronie tego tytułu. Do czynienia mamy bowiem z pozornie klasyczną produkcją jRPG o unikatowym systemie walki oraz fabule, która sama siebie nie traktuje poważnie, jeśli można to tak określić.

 


Tytułowy Endless Frontier to świat bardzo nietypowy. Składa się on tak naprawdę z wielu pomniejszych krain, połączonych ze sobą bramami międzywymiarowymi. Głównym bohaterem jest Haken Browning – łowca nagród o bardzo swobodnym nastawieniu do życia. Towarzyszy mu kobiecy android Aschen Brödel, która znalazła go jako niemowlaka i wychowała. Obie postacie poznajemy w momencie, gdy przemierzają ruiny rozbitego okrętu kosmicznego Mai Tierra. W jego wnętrzu spotykają Kaguyę Nanbu – hojnie obdarzoną przez naturę księżniczkę z sąsiedniego „świata” Kagura Amahara, poszukiwaną przez swego ojca, który wyznaczył za jej znalezienie wysoką nagrodę. Widząc szansę wzbogacenia się, Haken postanawia odeskortować dziewczynę do swego królestwa. Naturalnie już jednak dla gatunku jRPG, po drodze bohaterowie otrzymują informacje o serii nietypowych zjawisk nawiedzających Endless Frontier – pojawiających się wszędzie kryształach Mild Keli oraz tajemniczym humanoidalnym robocie o przydomku Phantom. W miarę postępującej przygody gracz poznaje spiski kolejnych postaci, prawdę stojącą za kryształami oraz bramami, a także wynikające z tego zagrożenie dla wszystkich połączonych światów. Po drodze do drużyny dołączą także kolejni bohaterowie – księżniczka Suzuka z plemienia Shiki-Oni; członkowie organizacji Shinra – Reiji Arisu oraz Xiaomu; a także KOS-MOS – kolejny kobiecy android. Oczywiście nie sposób przejść obojętnie obok faktu, że trzy ostatnie postacie mogą być znane pewnej części graczy. Reiji i Xiaomu skojarzy każdy kto miał styczność z Namco x Capcom, podczas gdy KOS-MOS to ten sam robot, którym pokierujemy w trylogii Xenosaga. Nietypowa natura świata Endless Frontier spowodowała, że i oni przypadkiem się w nim znaleźli, razem z odpowiadającymi im antagonistami – Sayą i T-elos.

 

 

 


Tak, wiem, że brzmi chaotycznie. Głównie ze względu na fakt, iż fabuła sama w sobie jest mocno zawiła i zakręcona. Ciężko mi jednak stwierdzić, czy należy to uznać za wadę, czy zaletę? Bohaterowie co krok poznają kolejne informacje na temat całego zamieszania, stale wdają się w walki z odpowiedzialnymi za nie osobami, a także niekiedy dowiadują się czegoś na temat swej własnej przeszłości. Sęk w tym, że połączenie klimatów science-fiction i fantasy dało pretekst dla absurdalnych ilości ciężkostrawnego technobełkotu. Choć gra z pewnością oferuje kilka ciekawych wątków i twistów fabularnych, tak wiele z nich to nic innego jak pretekst, aby rzucić gracza do kolejnej lokacji, z kolejnymi przeciwnikami i kolejnym zestawem bossów. Ogólnie rzecz biorąc, ukazana historia nie odrzuca, ale zarazem nie jest to nic co zapadnie na dłużej w pamięci. Ale mimo tego wszystkiego dialogi czyta się z zainteresowaniem. Powód? Jak już wspomniałem, gra sama zdaje się nie traktować swej fabuły zbyt poważnie, dzięki czemu do czynienia mamy albo z luźnymi i komicznymi konwersacjami między ekipą i z NPC, albo z wielokrotnym łamaniem oklepanych motywów znanych z innych jRPGów. Nie sposób przez to powiedzieć cokolwiek złego na temat przesadnej ckliwości czy naiwności, gdyż pomimo mocno specyficznej fabuły, między bohaterami czuć znacznie większą chemię, niż w wielu innych pozycjach tego gatunku. Perwersyjność Hakena, rozdwojona osobowość Aschen, wątpliwa bystrość Kaguyi, infantylność Xiaomu – te i wiele innych elementów spowodują, że wielokrotnie na twarzach graczy pojawi się przysłowiowy banan. Także właśnie z tego względu usprawiedliwić muszę choćby po części wszechobecny fanservice, gdyż wiele żartów i osobistych docinek zahacza o podteksty seksualne i erotyczne. Poziom tego typu humoru z pewnością jest kwestią dyskusyjną, ale osobiście powodów do śmiechu miałem wiele, w związku z czym ogół muszę zaliczyć na plus.

 

 


Jedni w gry jRPG grają głównie dla fabuły, podczas gdy inni dla systemu rozgrywki. Tak jak ci pierwsi nie będą jakoś szczególnie zachwyceni, tak na tych drugich czeka naprawdę smakowity kąsek. Na pierwszy rzut oka Endless Frontier przypomina klasycznego do bólu przedstawiciela gatunku, wyrwanego niczym prosto z ery SNESa. Perspektywa „z góry”, przemierzanie korytarzy, okazyjne wykonanie absurdalnie prostej zagadki, podróżowanie po „mapie świata” itp. Urok gry tkwi jednak w naprawdę oryginalnym systemie walki, który łączy ze sobą elementy typowego jRPG z bijatyką oraz grą rytmiczną. I zapewniam, że w praktyce wygląda to o wiele lepiej niż brzmi w powyższym zdaniu. Starcia podzielone są na tury, w których drużyna i wrogowie obierają określone akcje w kolejności zależnej od współczynnika zręczności. Każda postać posiada na początku 100 punktów COM, które wykorzystać może na określone czynności. Jeśli tylko starczy nam punktów, to podczas jednego ruchu możemy zarówno korzystać z przedmiotów, rzucać czary (osobna pula SP) jak i atakować. Ostatnia akcja wiąże się ze swego rodzaju „żonglerką” wrogiem. Maksymalnie przeprowadzić można pięć serii ciosów, pobierających określoną ilość COM. Każdy atak to kwestia wciśnięcia jednego przycisku, a urok tkwi we właściwym wyczuciu oraz zgraniu tego ze wsparciem postaci z tylnego rzędu. Im dłużej „żonglujemy” przeciwnikiem w powietrzu, tym większe obrażenia zadajemy, pozbawiając go możliwości obrony i szans przerwania tury. Co więcej, podczas walki wykorzystać możemy także wsparcie stopniowo zdobywanych robotów (o nieco mniejszym rozmiarze niż te znane z reszty serii, gdyż każdy ma około 3 metry), a także przeprowadzić rozmaite ataki specjalne. Sama efektywność naszych postaci zależeć będzie od tego jak je wyekwipujemy i jaką kolejność ruchów/ciosów przypiszemy w głównym menu. Wszelkie starcia są przez to długie, nierzadko wymagające, a przede wszystkim widowiskowe. Szkoda tylko, że gra oferuje niewiele jeśli chodzi o jakąkolwiek dodatkową zawartość. Całość jest dosyć liniowa, pozbawiona zadań opcjonalnych, lub też bardziej swobodnej eksploracji, a ogół sekretów policzyć można na palcach jednej ręki. W związku z tym, okazyjnie może o sobie dać znać monotonia, szczególnie podczas dłuższych i częstszych walk z bossami, posiadającymi olbrzymie ilości HP. Brakuje także bardziej wymagających odskoczni, gdyż wszelkie „zagadki” w grze są tak banalnie proste, że wręcz obrażają inteligencję gracza. Niemniej jednak gra zbyt długa też nie jest, gdyż całość można ukończyć w niecałe 30 godzin, co przy takiej formie zabawy uważam za jak najbardziej odpowiedni czas.

 


Oprawa wizualna gry jest ciężka do uogólnienia. Z jednej strony mamy bardzo widowiskowe i świetnie animowane (jak na DS) walki, a z drugiej mocno przeciętny wizerunek eksploracji, który może i wygląda znośnie, ale nie prezentuje sobą niczego nadzwyczajnego, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę możliwości konsoli. Szczególnie mapa świata wypada bardzo ubogo, przypominając twór powstały w jakiejś starej wersji RPG Makera. Okazyjnie można dostrzec parę ciekawszych animacji bądź efektów, a na plus zaliczyć przedstawienie wizerunków postaci podczas dialogów, lecz ogólnie widać, że większość funduszy poszła na efektowne potyczki. Te natomiast należy zdecydowanie pochwalić. Choć do czynienia mamy z dwuwymiarowymi sprite'ami, to ich animacje prezentują się bardzo okazale. Czujne oko niekiedy dostrzeże nawet takie drobiazgi, jak rękę postaci sięgająca za broń u pasa. Całość wypełniają krótkie wstawki w klimatach anime, towarzyszące atakom specjalnym i niektórym zdolnościom. Co więcej, wrogowie wcale nie odstają pod tym względem od głównych bohaterów, gdyż choć na przestrzeni całości gry znajdzie się kilka podmienionych palet kolorów, to i oni posiadają przyzwoitą ilość klatek animacji. Wizerunek walk w połączeniu z oryginalnym systemem stanowi tym samym zdecydowanie najmocniejszy element całości produkcji.

 


Kwestii dźwiękowej należy się wyjątkowo osobny akapit. Przede wszystkim zaznaczyć trzeba obecność pokaźnej ilości voice-actingu. Zarówno bohaterowie jak i bossowie oraz część wrogów posiada swoje określone kwestie, wymawiane podczas przeprowadzania ataków. Oprócz tego nasza drużyna przed i po walce wymienia się rozmaitymi, mniej lub bardziej luźnymi komentarzami. Te ostatnie jednak nie są w pełni zrozumiałe, gdyż Atlus USA zdecydował się pozostawić oryginalne japońskie głosy w grze, nie oferując jakiegokolwiek dubbingu. Raz jeszcze muszę zasłonić się kwestią osobistych preferencji w tej dziedzinie, gdyż pomimo tego, że większości okrzyków i komentarzy nie rozumiałem (brak napisów w ich trakcie), nadal wolę słuchać oryginalnych lektorów, aniżeli jakichś amerykańskich „zamienników”.

 


Na uwagę zasługuje także muzyka. Poszczególne utwory (których większość stanowią remiksy motywów z innych odsłon SRT, Namco x Capcom i Xenosagi) może i nie grzeszą jakością wykonania, ale cechuje je melodyjność. Choć kartridż NDS nie jest wystarczająco pojemny aby pomieścić bardziej bogate aranżacje, to jednak pokaźna ilość muzyki Endless Frontier potrafi zapaść w pamięci. Tyczy się to przede wszystkim motywów przewodnich danych postaci, których każda posiada przynajmniej jeden. I tutaj pochwalić muszę nietypowy zabieg twórców, gdyż podczas starć nie mamy do czynienia – jak to często bywa w jRPG – z jednym oklepanym motywem walki, ale szeregiem zapuszczanych losowo energicznych melodii. Jako osoba, dla której muzyka podczas batalii odgrywa w grach tego gatunku ogromne znaczenie, rozwiązaniem Endless Frontier byłem wręcz zachwycony, gdyż nie tylko niwelowało ono jakąkolwiek monotonię, to jeszcze niemal każdy motyw wręcz idealnie komponował się z walką. Cała reszta muzyki też nie pozostaje w tyle, gdyż bardzo często potrafiłem się podświadomie irytować wyskakującą walką, która przerywała mi w połowie lecący w tle utworek. I aż sam nie mogę się nadziwić w tym momencie, że w samych superlatywach odnoszę się do „prostych pobrzdękiwań” gierki na NDS. Nie są to utwory, których by się chętnie słuchało samodzielnie, ale nie zdziwcie się jeśli kiedyś przypadkiem zaczniecie je sobie nucić pod nosem.

 


Super Robot Taisen OG Saga: Endless Frontier był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż otrzymałem naprawdę przyjemną i wciągającą grę jRPG od produktu, który nie tylko żerował na popularności znanej marki, ale także próbował zwabić klientów obecnością przesadnej ilości skaczących biustów. Dowód na to, że pozory mylą? Niekoniecznie, ale przynajmniej Endless Frontier daje tej ilości fanservice'u konkretny pretekst. Gra może i ma swoje wady, a w wielu aspektach mogła zostać o wiele lepiej dopracowana, ale jeśli szukacie czegoś oryginalnego, efektownego, a przy tym potrafiącego rozśmieszyć, to zdecydowanie polecam, gdyż pomimo okazyjnej monotonii zabawy przy grze jest co niemiara. [Suavek]

 

Tagi:

Oceń notkę
+ 0 -

Oceń profil
+ +14 -
Tomasz Ambroziak
Ranking: 694 Poziom: 45
PD: 12233
REPUTACJA: 409
Miesięcznik PSX Extreme