Blog użytkownika Brolin

Brolin Brolin 01.10.2019, 11:06
Wolfenstein 2 na Mein Leben
940V

Wolfenstein 2 na Mein Leben

Mein Leben to jeden z poziomów trudności w drugim Wolfie. Studio wpadło na diabelski pomysł aby nie tylko był tym najtrudniejszym samym w sobie ale i aby trzeba było przejść go na jednym życiu. Jak rogalika. I bez jakichkolwiek save exploitów. [Spoilery]

W pierwszej chwili jak dowiedziałem się o tym, chwyciłem się za głowę: „What where they thinking!?” przemknęło mi przez myśl. Już na normalu ta gra nie jest sielanką i są miejsca, gdzie zginąć bardzo łatwo. A już na pewno nie jest to radosna młócka z dwoma gnatami w łapach i parciem na pałę przed siebie z szerokim bananem na ustach. O nie nie, takie coś właściwie tylko na easy. Choćby z tego powodu, że zbieranie apteczek czy amunicji nie jest automatyczne a wymaga manualnego podnoszenia każdej rzeczy z osobna. Samo to już zwalnia tempo. Na easy nie trzeba szczególnie martwić się o to pierwsze, przypuszczam, że o drugie również. Tam to w ogóle o nic nie trzeba się martwić ;)

 

Przygotowania
Więc jak takiego potwora ugryźć? Tekst ten piszę kilka miesięcy po tym jak przestałem go cisnąć a wszystkie notatki skasowałem więc będzie mocno z pamięci. Na pewno nie pamiętam dlaczego w ogóle zdecydowałem się na to, aby zdobyć osiągnięcie za Mein Leben. Musiałem być szalony. Natomiast doskonale wiedziałem co robić i od której strony zacząć. Już wcześniej grałem trochę w rogaliki, przeszedłem też Deadlight na jednym życiu. Przy Deadlight robiłem sobie notatki na komputerze. Przechodząc bardzo skrupulatnie kolejne levele, testowałem różne sposoby pokonywania przeszkód, najbezpieczniejsze ścieżki, itd. Trudne lub podejrzane momenty powtarzałem wielokrotnie aby mieć pewność, że ich pokonanie nie jest tylko dziełem przypadku a zimną, chłodną kalkulacją. W ten sposób i dzięki zapiskom ukończyłem tą zombie przygodę na poziomie nightmare za pierwszym razem. W jednym okienku na kompie mając odpaloną grę a w drugim okno notatnika z kolejnymi krokami.

Mając to doświadczenie, do Blazkowicza podszedłem identycznie. Miałem go już za sobą zarówno na normalu jak i najwyższym z tych zwyczajnych poziomów trudności, więc spokojnie mogłem przystąpić do rozmontowywania poszczególnych poziomów. Zajęło to kilka dni oraz cztery strony A3 zapisane w zeszycie maczkiem. Plus cenne uwagi na marginesach (np. „jak się włączy alarm to spier...lać!!!”). Tym razem grałem na konsoli więc zapiski musiałem robić już odręczne. Przy tym wszystkim nie oglądałem żadnych przejść na YouTube. Chciałem mieć ogarniętą własną ścieżkę, dopasowaną do mojego stylu gry. 

W odróżnieniu od Deadlight, w W2 było znacznie więcej bardzo trudnych momentów. Takich, które należało doprowadzić do perfekcji. Były to m. in.: sam początek, gdy zasuwa się na wózku inwalidzkim; zasadzka w Penthousie na końcu etapu rozgrywającego się na Manhattanie; jeden wielki kill room w sądzie gdzie BJ ma wizję wyrwania się z kajdan i wydaje hitlerowcom swój własny wyrok; oraz ostatni level, na statku powietrznym, praktycznie w całości. 

Po kolei opiszę jak wyglądała ta zabawa więc ciekawych zapraszam do lektury!

 

Gorszego początku być nie mogło
Chyba w żadnym innym miejscu nie zginąłem więcej razy niż w pierwszym levelu gry. Jakąś połowę z wszystkich podejść. Protagonista ma wtedy zaledwie 50 punktów życia i mało ruchliwy wózek a przeciwnicy strzelają celnie jak diabli. Tutaj, jak w żadnym innym fragmencie da się poczuć, że do porażki wystarczy ułamek sekundy i jedna celna seria wroga. Są takie momenty jak nieroztropny zjazd na taśmie produkcyjnej, gdzie u końca przejażdżki, zza rogu wyskakuje dwóch Niemców. Mobilności brak, celność zmniejszona bo celownik się trzęsie, tylko moment na reakcję. Problemem jest pewna dziwna przypadłość, która sprawia, że w chwili kiedy żołnierz zaczyna w nas strzelać, nasze celne strzały jakby nie dochodzą celu. Ile razy zdarzyło mi się w opisywanym zjeździe wystrzelać do frędzla pół magazynka a ten siekał we mnie kompletnie nie reagując. Tylko dlatego, że w wymianie ognia odrobinę mnie ubiegł. To była jedna z pierwszych, trudnych lekcji, że gra oszukuje. Tak tak, pierwsza i nie jedyna.

Kiepski motyw, kiepska jakość ;) Połowa zgonów odbyła się na wózku

 

Może dodam tutaj, że początek gry to także około 8 minutowa scenka, której nie da się pominąć. Oraz, po pierwszym levelu, kolejna niepomijalna 5 minut. Na czas tej pierwszej wyłączałem TV aby w kółko nie oglądać tego samego i zajmowałem się czymś innym. Sprawdzianem czy można zaczynać była chwila kiedy młody William musiał z rozkazu ojca zastrzelić swojego psa. Okrutnego wyroku należało już dokonać samodzielnie, naciskając prawy spust pada. Jeśli ten zawibrował, znaczyło to, że moment był właściwy i scenka zbliżała się do końca. Jeśli nie, trzeba było poczekać chwilę dłużej. Na początku jeszcze odchylałem gałkę ku górze aby piesa oszczędzić, wiadomo, ludzi odruch. Po kilkunastu razach było jednak mi już wszystko jedno. Tak się chyba rodzi znieczulica ;)

 

Pierwsza połowa gry

Pozornie bezpieczny spot a w gruncie rzeczy zabójcza zasadzka

 

Pierwsza połowa jest, pomijając samą końcówkę gry, zdecydowanie tą trudniejszą. Jest mniej możliwości skradania się a tam gdzie skradać się można to albo ono szwankuje albo łatwo dać się zobaczyć i wszcząć alarm. Wymagająca część jest w misji na łodzi podwodnej, bazie naszego ruchu oporu. W pewnym momencie aby przejść dalej należy wystrzelać wszystkich przyzywanych przez generała nazistów, będąc w niewielkim pomieszczeniu (patrz screen). Niby wszystko spoko ale możliwość wychylania się jest ograniczona bo w ścianach są wyrwy, do środka wpadają granaty a bywa i jednoczesny atak z dwóch ścieżek, które do pokoju prowadzą. I nawet możliwość wycofania się do bezpiecznego, przestronnego gniazdka wcześniej może nie pomóc kiedy wszystko rozgrywa się błyskawicznie. Kilka razy zjadłem tam zęby. Zwłaszcza kiedy okazało się, że najlepszy spot do wychyleń zza rogu ma newralgiczny punkt. Punkt, z którego momentalnie można zginąć, nawet nie zauważając kiedy to się stało. To była jedna z chwil kiedy musiałem wrócić do grania na przygotowanych wcześniej save'ach i ponownie przeanalizować co też tam się dzieje. Po odkryciu felernego spotu było łatwiej ale i tak za każdym razem starcie to podnosiło mi ciśnienie.


Druga nieszczęsna konfrontacja to sam początek Manhattanu. Nie wiem jakim cudem ale jak podczas rekonesansu robiłem tą miejscówkę bezbłędnie tak później prawie za każdym razem byłem wykrywany! Co wymagało niestety bardzo dużo strzelania, straty czasu i narażania się na łatwą śmierć. Tutaj też przekonałem się o drugim cheacie jaki robi gra. Mianowicie im dalsza odległość na jakiej znajduje się przeciwnik, tym celniej on strzela. Nawet będąc wielkości główki od szpilki, kryjąc się gdzieś w oddali, jest cholernie niebezpieczny. Nauczyłem się najlepiej w ogóle nie dopuszczać do takich sytuacji bo z żadnej nie udało mi się wyjść cało. Przez brak osłon nie mogłem zbliżyć się do takiego delikwenta a sam nie miałem wystarczająco celnego strzału. 


W lokacji zaś gdzie przechodzi się pierwszy zniszczony budynek i trafia na większy obszar strzeżony przez drona... można zapomnieć o jakimkolwiek logicznym myśleniu. Dron raz zauważa nas a raz nie, niezależnie od swojej pozycji, zupełnie jak mu pasuje. Podobnie dwójka rozmawiających przeciwników na dole, którzy mogą usłyszeć kroki Blazko chyba zależnie od tego jak wiatr zawieje. Co lepsze, wbiegając na początek tego obszaru odpowiednio szybko, dron może nie pojawić się wcale xD Jest to oczywiście miły bug ale nie zdarza się za każdym razem. Jest jeszcze kilka motywów jak choćby zryte starcie z 5-ma psami naraz w stacji metra ale poza tym jest w miarę spoko.

Finał Manhattanu i moment tuż przed starciem, widziałem go ze setkę razy...

 

Zwieńczeniem Manhattanu jest natomiast kill room w Penthousie gdzie trzeba przetrwać do czasu ratunku z helikoptera. Ten punkt analizowałem bardzo długo ponieważ jest porządnie skopany. Przede wszystkim, jak się okazało, przybycie ratunku nie zależy od jakiegoś limitu czasu. Próba ukrycia się przed wzrokiem przeciwników nic nie daje, oni mają znaleźć gracza i już. Inna sprawa, że ukryć się cholernie trudno i wykrywają nas nawet kiedy nie powinni. Czasem można przyczaić się przed wzrokiem gałgana będąc kilku metrów na wprost i bez żadnej osłony. A czasem widzi ze znacznie większej odległości gdy kitramy się w ciemnych rogu i za półkami. Losowość w ich punktach startowych oraz przyjętych trasach też nie pomaga. Działanie stealth więc odpada

Sposobem jaki uznałem za najbardziej sensowny było wyeliminowanie pierwszego przeciwnika po cichu po czym chyżo dostanie się w jedyny, osłonięty z 3-ech stron kąt na tyłach. I naparzanie z niego. Obszar będący jednocześnie gwarantem najmniejszej ilości spawnujących się niemców. Tak jest, będąc gdzieś indziej, przeciwników pojawia się znacznie więcej i akcja trwa dłużej. Łatwo i tak nie jest ale ostatecznie Penthouse można naprawdę porządnie opanować.

 

Wspomniane "prowadnice" windy ciągnącej do serca bazy w Roswell


Może nie będę wszystkiego dokładnie opisywał bo widzę, że już robi się opaśle. Nie mogę jednak nie wspomnieć o pewnej sytuacji z Roswell, która sprawiła, że zrobiłem sobie przerwę w próbach na 2 tygodnie. Roswell jest ogólnie bardzo fajnym poziomem, można przejść go prawie w całości po cichu a sekcje gdzie jest wyrzynka są łatwe do zaliczenia. Można się w nich dobrze kampić i grać całkiem bezstresowo. Jest jednak pewna wroga instalacja gdzie po wyjściu z pociągu przyjeżdża potężna winda i należy wjechać nią wyżej. Na samej zaś górze czeka komitet powitalny, który może łatwo wykryć naszą eskapadę więc lepiej go uniknąć. Miałem opanowany bardzo prosty sposób jak to zrobić. Polegał na tym aby na odpowiedniej wysokości zeskoczyć na jedną z prowadnic (czy jak to się nazywa), po których winda się porusza i resztę drogi pokonać już piechotą. Na próbach robiłem to dziesiątki razy. Jakie było moje zdziwienie kiedy pewnego razu na tą prowadnicę skacząc, zginąłem. Czerwony ekran wyrwał mnie jak ze snu, jak mokry gumiak leniwym porankiem w twarz. Byłem w takim szoku, że nawet specjalnie się nie zdenerwowałem. Pomyślałem, cóż, nie mam pojęcia co się stało ale nie ma co się przejmować, jakiś niefart i tyle. Na drugi dzień spróbowałem ponownie... i zginąłem dokładnie tak samo xD Tego było dość, poczułem się jakby gra śmiała mi się prosto w twarz, jakby to był jakiś chory żart. I dałem sobie spokój. No ale nie pisałbym tego bloga gdybym jednak do jej pokonania nie wrócił. Wykorzystałem po prostu nieco bardziej ryzykowną ścieżkę z windą ale po kilku próbach na savie była opanowana.

 

Punkt przegięcia – sąd

Sąd - miejsce największe jatki w całej grze

 

Zdecydowanie najgorszy moment w grze, oddzielający mężczyzn od maminsynków. To jedna wielka i długa młócka bez trzymanki i (prawie) bez bezpiecznych miejsc. Naziole napierniczający z balkonów wokół sporego okrągłego pomieszczenia; zjeżdżający na linach w jego różne zakątki; prujący ze stacjonarnych działek na obrzeżach; biegający w te i we wte. Choas. Następnie desant dwóch UberSoldatów, szarża psa i szybkich robotów. I jeszcze z tuzin kolejnych przeciwników. 

Na początku jest się bez dotychczas zdobytych broni, trzeba szybko skonfiskować karabin oprawcy i jakoś przetrwać z kilkunastoma nabojami. Po wielu próbach w końcu uznałem, że najbardziej rozsądna będzie jednostronna walka pozycyjna, w okopie. Znalazłem jedno jedyne bezpieczne miejsce pod  czymś w rodzaju rozległych ław sądu z ukrytym tam działkiem typu mega shotgun. I po kolei wybijałem stamtąd niczego nie spodziewających się, szukających mnie przyjemniaczków. W zależności od szczęścia trwało to od 5-ciu do 10-ciu minut. Oczywiście nie dało się tak ukończyć całej sieczki, nie ma tak dobrze. Po około piętnastu killach rozpoczynał się desant UberSoldatów i wtedy już trzeba było szybko znaleźć się przy jednych z drzwi prowadzących do zewnętrznej części wnętrza sądu. A znaleźć się dlatego, że po ubiciu Uberów momentalnie drzwi te, uprzednio zamknięte, otwierały się i wypadała z nich kolejna fala. Z psełem i robotami na czele. Jak pies dorwał to był prawie pewny zgon. Podobnie jak brakło amunicji a na tym etapie już mogło. Albo jak był taki niefart, że jeden opancerzony przeciwnik wybiegał zza drzwi tuż za drugim, czego w wąskim przejściu nie było jak dojrzeć. I pierwszy dostawał shota i padał, ale w tym czasie drugi traktował z kopniaka i po zawodach. Czy się tak wydarzy czy nie było czystą losówką. Mnie przydarzyło się dwa razy aż w końcu przyjąłem strategię aby po otwarciu się drzwi mimo wszystko nie uciekać w nie od razu przed psem ale chwilę wyczekać i oczyścić sobie przedpole. Dalej już był pikuś.

 

Druga połowa gry

Miło, słonecznie i całkiem bezpiecznie, jak to w Nowym Orleanie

 

Od obcięcia Williamowi główki i dostania nowego ciała robi się trochę, ale odczuwalnie, łatwiej. Po części dlatego, że można wybrać sobie dodatkowy sprzęt w postaci szczudeł i powiązanego z nimi perka zwiększającego energię do 200. Mając rozwiniętą zdolność Overdrive energia na tym poziomie utrzymuje się. Chyba, że otrzyma się obrażenia, wtedy spada powoli do 100, zatrzymując ponownie dopiero przy podniesieniu apteczki. Jest też łatwiej dlatego, że ponownie mamy sporo miejsc, które można ukończyć po cichu. Oczywiście z paroma małymi wyjątkami, o których nie omieszkam wspomnieć.

Nowy Orlean, bardzo fajny i wręcz odprężający etap z dosłownie zaledwie kilkoma głupimi motywami. Pierwszy rozgrywa się w hali produkującej tramwaje. Spaceruje tam dwóch generałów, teren jest dosyć spory, posiada wiele odnóg. Należy albo bardzo szybko znaleźć i wyeleminować przywódców albo skampić się w średnio bezpiecznym miejscu i wystrzelać kolejne fale przeciwników. Wolałem to pierwsze rozwiązanie bo będąc już tak daleko w grze, każda dłuższa chwila ciągłego napięcia dawała się we znaki. Presja i tętno, jak nie jest się Bondem czy innym agentem służb tajnych, naturalnie wraz ze zbliżaniem się ku końcowi idą w górę. Uznałem więc, że nie ma co dolewać oliwy do ognia. 
Stresujący jest również koniec tego podetapu, tuż przed spotkaniem z amerykańskim ruchem oporu. Naziole są z jakiegoś powodu bardzo celni i trzeba być jeszcze bardziej niż zwykle ostrożnym. Na próbach ginąłem tam wiele razy. Z poczuciem, że jakiś suwak został tu przesunięty chyba za daleko.

Jazda na pełnym psie

 

Tuż po nawiązaniu współpracy z amerykańcami jest sielanka i palec w tyłku w postaci rajdu na wielkim, rzygającym ogniem robo-psie zwanym Panzerhund... Uwierzyłeś? To błąd xD Psa trzeba zostawić, nie ma opcji aby przejść z nim kilka pierwszych ulic nie ginąc. No dobra, jest, bo widziałem później na YT, że niektóre warioty dawały radę. Dla mnie to jednak było za trudne. Cichaczem więc przekradałem się obok wrogów a tuż przed budynkiem z generałem, biegłem już tylko ile sił w nogach do checkpointu. Bo przekroczenie go sprawiało, że wszyscy żołnierze zostawieni w tyle znikali :D No, prawie wszyscy, czasem zostawał UberSoldat ale lepsze to niż nic. Wtedy można było wrócić po robo-psa i dalej już, bardzo ostrożnie ale jednak, pogalopować na nim do końca. Zaznaczyć jednak muszę, że wyrobienie sobie właściwej ścieżki do pierwszego checkpointa zabrało mi najwięcej czasu z całej analizy gry. Sposobów na przejście próbowałem masę ale zawsze coś nie wychodziło. Jestem prawie pewny, że szwankowały tam skrypty dot. pola widzenia wrogów i za chiny nie szło ich ominąć albo wybić skradając się. Gdy już jednak wiedziało się co robić, całość trwała może z minutę.

Na Wenus przeciwnicy widzą dopą. Dosłownie. Zwłaszcza UberSoldaty wyrobiły sobie tę niecną zdolność. Co za tym idzie zachodzenie ich od tyłu jest ryzykowne i może skutkować nieoczekiwanym zwrotem akcji. Na szczęście tylko na otwartych przestrzeniach. Atmosfera Wenus najwyraźniej musi mieć w sobie jakiś tajemny wpływ na te części ciał niemców. Ale mniejsza już z tym. Nieraz po prostu się tam z tego powodu zdenerwowałem. 

W startowym obszarze należy wszystkich skrupulatnie posłać do wenusjańskiego nieba. Stealth jest prawie niewykonalny a fail skutkuje znalezieniem się w centrum samego piekła. Po dotarciu na powierzchnię planety i dalej, w kilku kondygnacyjnym kompleksie fabrycznym z sekcjami na zewnątrz, klucz to jak najszybsza i omijająca zagrożenia trasa. Jest wręcz trochę platformówkowo. Rodzynka na torcie to powtórny zjazd na taśmie, swoiste deja vu z samego początku eskapady. Zresztą równie wpieniające bo losowe. Otóż czasami pewien niemiaszek w trakcie zjazdu, może pojawić się nam za plecami. I nie ma się na to wpływu. Ot akurat tam jest. I jest bezlitosny. Na samym końcu planety miłości zaś pokój, w którym lepiej się nie zatrzymywać a błyskawicznie ustrzelić centralnie stojącą w nim sporych rozmiarów kulę/mapę i wskoczyć do szybu poniżej. Jedyne miejsce, w którym musiałem posiłkować się YouTubem bo zwyczajne oczyszczenie pomieszczenia było o wiele za trudne i zwykle udawało mi się raz na 6,7 razy.

 

Finał

Poglądowa lokacja ostatniego etapu, w grze niestety nie robi aż takiego wrażenia


Ostatni etap to w gruncie rzeczy w dużej mierze odwrócony drugi, z samego początku gry. Tylko solidnie podkręcony. Zdarzyło mi się tam jednak zginąć, w trakcie właściwego przechodzenia Mein Leben, zaledwie raz. Zdziwieni? Sam byłem zdziwiony. Bo to hardkor w czystym wydaniu i miałem baaardzo wiele szczęścia przeżywając mimo, że mogłem był przy różnych okazjach pewnikiem zejść.

Już samo wejście jest grube i właśnie tam ten jedyny zgon miałem. Desant na statek powietrzny rozpoczyna się otwarciem pokoju z kilkoma mocno opancerzonymi naziolami. Za plecami mając  panoramę miasta hen daleko w dole oraz urwany kawałeczek zerwanej kładki. Gdy udało mi się już dojść tak daleko, wpadłem tam pewny swego na Rambo 5, a co. I zginąłem od wybuchu gaśnicy xD Kolejnym więc razem zostałem już na kładce leżąc z dyndającymi na krańcach kładki stopami i wabiąc tatałajstwo do siebie. 

Kawałek dalej byłoby znowu po mnie. W tym samym pokoju, po krótkiej wymianie zdań z Anią, otwierają się dwie pary drzwi i trzeba przez chwilę się bronić. Nie potrafiłem znaleźć tam wcześniej dobrego dla siebie spotu i improwizowałem. Naimprowizowałem tak, że w połowie potyczki wylądowałem z 20-ma punktami energii. Brawo ja! Nie mam pojęcia jak udało się to przejść. Chwilę dalej włączył się alarm tam gdzie nie powinien był się włączyć. Stało się to bo zamiast grzecznie czekać aż śluza wrót do kolejnej sekcji spokojnie się otworzy, parłem na nią aby przebiec jak najszybciej. I ni z tego ni z owego łiiii łuuuuu łiiii łuuuuu. Serce jak poszło w gardło tak już tam zostało. 

Dwa felerne pokłady przedostatniego sprawdzianu

 

Ostatnia miejscówa przed bossem to sporych rozmiarów pokład pod gołym niebem. Z dwoma UberSoldatami, dwoma generałami w oddali i mechem jeśli włączy się alarm. To, rzecz jasna, na dolnym pokładzie. Na górnym kolejny Uber, kolejny generał i jeden lub dwa szybkie, opancerzone, znienawidzone przez mnie psy, o których wcześniej nie wspominałem. A znienawidzone bo atak takiego, zanim samemu się go z zaskoczenia ubije, przeważnie równy jest ekranowi game over (gwoli ścisłości to na Mein Leben nie ma ekranu game over, od razu wywala do menu, ale to taki szczegół ;))

Ten fragment to trochę taki rzut na taśmę. Nie miałem go opanowanego na 100% bo po prostu się nie da. Zbyt wiele zmiennych, gdzie coś mogło pójść nie tak. I poszło. Po pozbyciu się dwóch pierwszych UberSoldatów, jeszcze z dość sporej odległości i przed aktywowaniem się generałów, chwilę później i tak zostałem wykryty. Pojawili się żołnierze, wjechał mech. Byłem jednak na to przygotowany. Nigdzie indzie nie ćwiczyłem tak wiele wariantu alarmowego jak tutaj. Dostało mi się po tyłku ostro ale pokonałem wszystkich. Byłem też baaaaaardzo miło zaskoczony, że na górnym pokładzie, z osobną, nieaktywną zanim do niej się nie dojdzie strefą alarmową, generał był w dobrze widocznym miejscu do odstrzału. Bo do tej pory zawsze gdy na dole było larum, to u góry przywódca przebywał w miejscu niewidocznym. Radość była jednak przedwczesna. Ucieszony nie zauważyłem, że nagle ruszył na mnie, choć nie powinien mnie dostrzec, opancerzony pies... Nie tylko ruszył ale i przewrócił, i po poczęstowaniu ołowiem wybuchł w twarz. To, że tam przeżyłem, było cudem o jakim nie śmiałem marzyć. Uciekłem oczywiście, syrena się włączyła, nie było co tam zostawać. Strategią na tę chwilą było wrócić na dół, zebrać apteczki i pancerz po czym pojedynczo pozbywać się przeciwników ze ścieżki u początku górnego pokładu. Tylko był mały haczyk, pociski wrogów przenikały tam przez osłonę. Tak na odległość około półtora metra. Tak mi się przynajmniej wydawało. Bo tym razem było to już jakieś 2 i pół i ponownie o mało nie przypłaciłem tego restartem. Nie mogąc już ryzykować, wróciłem na dół aby przemyśleć co robić. Tam byłem bezpieczny. 

Myślałem i myślałem, szukałem niczym w Last of Us na Grounded jeszcze choć skrawków jakichś pomocy. Aż wreszcie mnie olśniło. Z mojej pozycji, patrząc w górę, można było zwabiać nazistów i spokojnie posyłać im headshoty bez odpowiadania ogniem z ich strony! To była pierwsza chwila, kiedy poczułem się przez grę mile nagrodzony, wręcz połechtany. Jakby odwzajemniając wyczuła to bo niedługo później nagle zniknęła ikona alarmu. Mimo, że wodzem nie zdążyłem jeszcze się zająć. Po uspokojeniu sytuacji i wyjściu na górę okazało się, że ten zginął w skutek szarży szalejącego na oślep UberSoldata xD To. Było. Piękne.

Jeden z dwóch ostatnich szefów

 

Finalna potyczka z bossem, co tu dużo mówić, też nie była w pełni opanowana. Zwykle na próbach przechodziłem ją tak 6 na 10 razy. Pierwsza faza walki poszła mi perfekcyjnie. Polegała ona na błyskawicznym spopieleniu sześciu Uberów wystrzeliwanych na pokład parami. Zachodząc ich od tyłu i strzelając w maszynerię noszoną przez nich na plecach, tuż po ich wylądowaniu. Zwykle trzeba było zwracać też uwagę na biegających tu i ówdzie, i czasem napataczających się regularnych żołnierzy. Tym razem jednak nie było tego problemu. 
Druga faza to szybka ucieczka w wewnętrzne, wąskie tunele i stamtąd wyeleminowanie całego pozostałego, spawnującego się ścierwa. Około 30, 40 sztuk komandosów wbiegających z 3 różnych stron. Właściwie to z 4-ech ale nie trzeba było pilnować wszystkich ze względu na konstrukcję korytarzy. Strategia? Bieg na pełnej petardzie od jednego końca tunelu do drugiego w te i nazad, z obserwacją czy coś nie pojawia się w bocznym łączniku. Tam już adrenalina tylko ułatwiała sprawy. 
Faza kończąca to właściwi bossowie czyli dwa ogromne roboty z dwoma równie potężnymi działami, których lepiej było unikać. Zginąłem tam nieraz, obrażenia bowiem zadawali okrutne. Tym razem też było blisko bo brakło mi amunicji do najlepszej do tego starcia broni energetycznej i musiałem posiłkować się rakietnicą. Lekkomyślnie wychyliłem się za bardzo i oberwałem. Ale przeżyłem. Bo musiałem. Aby wykończyć tego skur... kobańca.

I jeśli ktoś by pomyślał, że na tym koniec to mógłby grubo się pomylić. W epilogu również udało mi się umrzeć. Na szczęście! Bo zupełnie go nie doceniłem. Polega on dosłownie na podbiegnięciu do strzelającej do nas Frau Engel aby zapoznać ją z naszym toporkiem, przyciskając button odpowiedzialny za atak melee. Jeśli jednak nie zrobi się tego szybko, biegnąc wprost na nią a próbując omijać pociski, pokona nas. Współczuję temu kto po całym runie zginął właśnie w tamtym miejscu.

 

Tadaa
Po wszystkim, w ciągu kilku dni, dostałem trochę wiadomości od nieznajomych. Z gratulacjami, z pytaniami, z propozycjami. Choć nie mam pojęcia jak się dowiedzieli. Jednemu z nich, pytającemu o moją strategię tak w dwóch zdaniach (!) obiecałem, że napiszę tego bloga. Inny, prezes jakiejś firmy z Indii, chciał abym mu to osiągnięcie zrobił. Zaproponował nawet zapłatę. Ale stawka 250 euro była najwidoczniej dla niego zbyt odczuwalna :P 

No i taka to historia. Po tym wszystkim poczułem się z jednej strony spełniony a z drugiej wypalony. Nie mam już kompletnie ochoty grać w gry aby coś sobie udowadniać bo udowodniłem sobie wszystko co mogłem. Teraz jak coś to już tylko lajcik, poznawanie historii a najlepiej to walking sim ;)

Całość zajęła ponad miesiąc po kilka godzin dziennie z dwutygodniową przerwą. Około 50-60 podejść choć może więcej, nie liczyłem. To tak gwoli statystyki.

Na sam koniec dodam, że w grach fps wcale nie jestem jakiś rewelacyjny, raczej bardzo średni. Są osoby, które jak później widziałem, przechodzą Mein Leben na czystego skilla i wygląda to pięknie. Ja przechodziłem na rozpracowanie gry, metodycznie i spokojnie. Z okazjonalnymi tylko, wymuszonymi skillowymi fragmentami. 

A tak się czułem po wszystkim ;)

 

To tyle, dziękuję za przeczytanie i nie polecam nikomu takiego hardkoru ;) Pozdrawiam! 
 

Edit. Podziękowania za wszystkie gratulacje, nie spodziewałem się aż tak fajnego odzewu :)

Tagi: hardkor mein leben Wolfenstein 2: The New Colossus

Oceń notkę
+ +49 -

Oceń profil
+ +17 -
Brolin
Ranking: 1308 Poziom: 39
PD: 8306
REPUTACJA: 2085