SKLEP

Blog użytkownika Brolin

Brolin Brolin 06.12.2018, 14:03
The Binding of Isaac - na 100%
730V

The Binding of Isaac - na 100%

Isaac jest jedną z najtrudniejszych współczesnych gier. Jest też jedną z tych bardziej wciągających jeśli dać jej szansę. A do tego szalonym wyzwaniem dla masochistów chcących ją skompletować na 100%. Czyli w sam raz dla mnie. Było ostro, były przekleństwa, sukcesy, porażki i mindfucki ale udało się. Będzie więc o osiągnięciach.

Wstęp o samej grze

Dla jasności nadmienię, że jest oryginalny flashowy, wydany na PC The Binding of Isaac i szerzej znany następca/remake The Binding of Isaac: Rebirth. Ten wpis dotyczy głównie tego pierwszego dziadostwa.

Isaac to sztandarowy przedstawiciel gatunku rogue z wszystkimi jego podstawowymi cechami. Są generowane losowo lochy, rozkład przedmiotów, przeciwników i bossów. Są runy (jedna rozgrywka to inaczej jeden run), jest permanentna śmierć. W Rebirth jest save pozwalający kontynuować grę po wyjściu z niej. W oryginalne nie ma żadnych save'ów. Jedzie się z koksem do końca, nie ma, że boli i skończymy sobie jutro. Pewne odblokowania zostają jednak na stałe, w sensie, że jeśli zrobimy coś co sprawi, że dany przedmiot stanie się dostępny to już zawsze będzie można go znaleźć. Niektóre z nich będziemy nawet mieć przy sobie od razu. Poczucie progresu jest więc bardzo silne.

Jeśli chodzi o samą rozgrywkę to mamy perspektywę z góry i kolejne rozdziały, składające się po dwa etapy na każdy. Te z kolei są różnej wielkości labiryntami pokoi. Pokój to jeden ekran (w Rebirth zdarzają się są już wielkości większej niż widzialny ekran) i brak możliwości opuszczenia go dopóki nie wyeliminuje się wszystkich zagrożeń. Strzelamy łzami, przynajmniej zaczynając. Za energię odpowiadają serduszka. Można zdobywać zarówno je same jak i sloty na nie. Mając np. 3 sloty możemy mieć max 3 serca. Zwiększanie ich ilości jest więc konieczne.

Pierwszy kontakt – ble

Zanim pojawił się Rebirth, czyli ta najbardziej znana odsłona, w 2011 roku na Steam wyszedł oryginalny Binding of Isaac, wykonany jeszcze w technologii... flash. Co za tym idzie, przy większej zadymie potrafił skubaniec zwalniać nawet na całkiem niezłym kompie za to miał lepszą od sequela, bo skalowalną, grafikę. Przez skalowalną mam na myśli to, że bez względu na wielkość okna/ekranu nie było żadnych pixeli. Jak wygląda Rebirth na 50 calowym tv to w pierwszej chwili oczy krwawią. Podobnie jak czasem bohaterowi gry.

Pierwszy kontakt z Isaaciem miałem u kolegi gdy na drugi dzień po ostrej popijawie chciał pokazać w co tam ostatnio ciora. No i zaczyna zachwalać i włącza to coś i widzę taką popierdółę i myślę sobie „Bosze, do czego ten świat zmierza”. Takie to jakieś proste i strzela się do dziwnych stworków i to jakimiś łzami. W pierwszym pokoju ze skarbem item jaki zebrał był nożem matki. Co jeszcze bardziej popsuło mi wtedy wrażenie bo już nawet nie było strzelania a tylko tym rzucanie nożem. Zapomniałem co widziałem i żyłem dalej.

Prosta rozgrywka z dużą głębią (której na obrazku nie widać ;))

Kontakt drugi – fajne!

Minęło może nawet i pół roku. Nie mam pojęcia jak znowu trafiłem na tego rogalika. Prawdopodobnie zobaczyłem gdzieś na wyprzedaży na steamie, a że akurat nie miałem w co grać a chciałem coś prostego, kupiłem. I wsiąkłem. Od tego momentu rozpoczęła się jazda na całego, po kilka godzin dziennie. Gra wciągnęła mnie tak, że kompletnie nie zwracałem uwagi na jakieś tam osiągnięcia. Odkrywanie nowych itemów, kolejni bossowie i etapy, stałe poczucie progresu, ciągle coś nowego w rozgrywce. Tam po prostu co chwilę pojawiało się coś świeżego i zajawkowego, nie sposób było się nudzić.

Tytuł ukończyłem wielokrotnie bo każdą z postaci, przynajmniej w początkowej fazie danego runa, szarpało się inaczej. Niektórymi ze względu na swoje unikalne cechy, nawet do końca. Kiedy ten etap się już zakończył, miałem oczywiście ochotę na więcej. Tym co to „więcej” miało nakręcać stały się osiągnięcia.

Osiągnięcia - wielokrotne przechodzenie gry

Isaac ma 99 osiągnięć. Wiele wpada same za kolejne runy. Grę należy ukończyć mniej więcej ze 20-30 razy aby odhaczyć przejście wszystkimi postaciami. Jest ich 7 ale nie wszystkie są od razu dostępne, podobnie jak nie wszystkie rozdziały. Początkowe to Basement, Caves oraz Depths. Każdy składa się z dwóch pomniejszych jak już wspominałem etapów, zakończonych bossem. Na końcu Depths jest zaś pierwszy boss do pewnego momentu kończący grę jakim jest... Matka. Oj ile ona krwi napsuła to ciężko określić. Pierwsze kilka razy z nią to jest chaos i przerażenie. Co się tam odpitala. Z każdego rogu pomieszczenia są drzwi, z których co chwila albo wyłazi oko i spawnuje potworki albo wyciąga się i rani potężna łapa. A z sufitu? Z sufitu mamuśka nawala buciorem aż miło. Atak jest więc prawie z każdej strony, tylko z podłogi brakuje. W tej walce nie ma ani chwili wytchnienia, trzeba być w ciągłym ruchu a do tego błyskawicznie ogarniać co się dzieje. Trzeba co najmniej dobre kilka podejść aby zacząć się w tym odnajdywać. No chyba, że akurat ma się i użyje itema Biblii, wtedy Matka pada z miejsca. Za co zresztą jest osiągnięcie „The Halo”. A to dopiero początek.

Przejście bossa odblokowuje bowiem kolejny rozdział, Womb. Tam kończą się żarty. O ile wcześniej za hita zwykle traci się pół serduszka tak od tej pory jest to zawsze już jedno całe. Innymi słowy trudność zwiększa się co najmniej dwukrotnie. A Womb przejść należy 10 razy... aby odblokować jeszcze jeden etap. Za każde przejście wpada osiągnięcie i nowe itemy więc jest motywacja. Dziesiąty raz odblokowuje trofik „???”, dodatkową postać Blue Baby, która nie może leczyć się standardowymi czerwonymi serduszkami a tylko specjalnymi niebieskimi, oraz Sheol czyli finalny epizod gry. Sheol to kosmos. To znaczy jeśli chodzi o poziom trudności bo odniesienie jest do miejsca pobytu zmarłych w religii chrześcijańskiej. Są tu nie tylko najtrudniejsi przeciwnicy ale i w dowolnym z pokojów można natknąć się na któregoś z szefów. Ubaw po pachy. Finalnym jest zaś sam szatan, trzy-etapowa walka, z nawalającymi kopytami w towarzystwie kierowanych bomb w tle. 7 razy. Każdą postacią.

Pisałem, że trzeba na to wszystko jakieś 20-30 razy. Zapomniałem dodać, że chodzi o runy zakończone sukcesem. Wliczając te, w których się ginie, może być ich spokojnie i ze 100. Zresztą „The Shears” wpada za śmierć 100 razy. Nie trzeba się o to jakoś specjalnie starać. Za pozostałe runy wpada za to masa fajnych itemów i sporo achievementów.

Ekran statystyk, tak wygląda po 396-u śmierciach

Osiągnięcia – różne z tyłka

O „The Shears” za stukrotnego zgona już wiesz. Pozostałe osiągnięcia dodatkowe są w większości dosyć proste i wpadają same z biegiem czasu. Jest kilka za pokonanie wszystkich możliwych bossów występujących w danym rozdziale i kilka za niektórych rzadkich. „Mom's Pill Bottle” za 20 krotne za użycie maszyny zamieniającej serducha na monetki czyli walutę w grze. Taki bardziej opłacalny masochizm. Posiadając przy sobie co najmniej 55 tych monetek, co wbrew pozorom jest większą ilością, odblokowuje się „Cain's Eyepatch”. A mając naraz 7 miejsc na serduszka „Maggy's Wig”. Odrobinę trudniejsze jest „Eve's Dead Bird”, które wymaga dwukrotnej wymiany miejsc na serduszka za przedmioty w tzw. Devil Roomach. Pokoje te otwierają się wyłącznie po walkach z bossami a i to nie zawsze, trzeba wiedzieć co robić. Ewentualnie korzystając ze specjalnej karty co upraszcza sprawę. Na koniec zostawiłem jednak „The Bandage”. A to dlatego, że w dużej mierze zależy od losowości. W jednym runie należy bowiem pokonać 4-ech bossów z grupy Jeźdźców Apokalipsy. Bez przedmiotu zwiększającego prawdopodobieństwo ich wystąpienia raczej się nie obędzie. A i to nie zawsze wystarcza. Umilają ten czas pomysły ala „The Bean” za zniszczenie 50 kup. Nie pytaj.

Osiągnięcia – DLC 1, kolejne przejścia i challenge

Rok po premierze podstawki wychodzi DLC Wrath of the Lamb. Wprowadza sporo nowych rodzai pokoi, przeciwników, bossów i jedną ostateczną lokację. Czy muszę mówić, że lokację tą trzeba przejść każdą postacią? Challenge są natomiast dodatkowymi runami, z odgórnie narzuconymi zasadami lub przedmiotami. Jest ich 10 i są całkiem przyjemne choć na pewno nie tak wyszukane jak w następcy. Przykładowo może to być strzelanie bombami, bardzo miłe. Albo ujemne szczęście i zwiększone występowanie klątw w etapach typu widocznej brak mapy. To już miłe nie jest. Jest run z itemami „pajęczymi” - włącza od początku poczwórny strzał z efektem spowalniania celów. Albo jeden z itemami „muszymi” - w skrócie, spawnujemy muchy, które dziabią przeciwników aż miło. Prawie za każdy jest osiągnięcie, tym chętniej się je robi. Jedno ma ciekawe nawiązanie. To „Super SMB Fan”, za które dostępna staje się piła zwiększająca wszystkie statystyki. Należy ukończyć run ze znanym skądinąd Super Meat Boyem jako towarzyszem.

Osiągnięcia - DLC 2 i tryb Hard

Kiedy w 2014 roku na rynku pojawił się już Rebirth, stała się rzecz dosyć niebywała. Właściciele oryginału nie zostali z ręką w nocniku a cały rok później dostali DLC Wrath of the Lamb Eternal Edition. Choć być może byłoby lepiej aby nie było go wcale. Bo to dodatek iście hardkorowy. Wprowadzający w sumie nie tak wiele bo zaledwie tryb Hard. Za to hard z prawdziwego zdarzenia, który nawet weteranom namieszał. O ile gra jest trudna sama w sobie, tak tryb ten miejscami zamienia ją w typowy bullet hell. Przerąbane białe wersje przeciwników i szefów z nowymi atakami i zwiększoną wytrzymałością nie cackają się. Ginie się się czasem całkiem niezłą postacią i z dużą ilością energii dosłownie w jednym pokoju.

Przyznam, że trochę oszukiwałem zaliczając harda. Kupiłem akurat nowy komputer, notabene za dobre 5k, ale okazało się, że gra strasznie zwalnia kiedy dzieje się dużo na ekranie. Bardziej niż na zabytku, który miałem do tej pory. Działała jak w zwolnionym tempie, tak bardzo, że... w końcu miałem szansę z tym trybem! A wcześniej nie mogłem go podejść od żadnej strony, wpiernicz momentalny. No więc grałem tak i zrobiłem go wszystkimi postaciami. Wstyd. Później wyszło, że zwolnienia były bo w BIOSie domyślnie ustawiona była jakaś dziwna opcja, która miała zapobiegać męczeniu się procesora. Wyłączyłem to dziadostwo ale już po wszystkim.

Najprostszy przeciwnik w wersji Eternal jest teraz szybszy, robi kamikaze z większym zasięgiem a dodatkowo wyrzuca z siebie eksplodujące kule rozpryskujące po podłodze raniącą krew...

Ostateczny hardkor

Czyli no damage. Zostawiłem to sobie na samiuteńki koniec. Konkretniej chodzi o przejście każdego z 4-ech rozdziałów nie dostając żadnego hita. Na szczęście nie całej gry, za każdy z rozdziałów jest osobne osiągnięcie. Ale i tak piecze. O ile dwa pierwsze są nawet spoko i właściwie to wpadły mi same tak Depths i Womb napsuły krwi. Przede wszystkim trzeba do nich za każdym razem dotrzeć a więc każdy run to w pewnym sensie strata czasu. Dwa, trzeba zdobyć jak najlepsze przedmioty. Latanie i bardzo duży damage to podstawa. Im dłużej w danym pokoju czy walce z bossem tym większa szansa na pomyłkę i koniec zabawy. Głęboki oddech przed wejściem do każdego nowego pokoju stał się nieodłącznym elementem tamtych prób.

Tutaj już procek działał jak należy, nie było żadnego oszukiwania. Były to dwa ostatnie osiągnięcia jakie potrzebowałem. Zacząłem próbować i... dosłownie chyba za drugim albo trzecim razem wpadł mi cudowny run gdzie zaczynając Womb miałem odkrytą mapę pokoi oraz klątwę XL. Innymi słowy zamiast dwóch kolejnych labiryntów składających się na rozdział, był jeden, z dwoma bossami jeden po drugim. A miałem do nich całe 3 pokoje :D Jeden był chyba nawet pusty. I „Mamas Boy” wskoczył jak złoto.

Zostało ostatnie, Depths. Po poprzednim podchodziłem już jak koks, na luzie i z palcem w du. Przeliczyłem się... Powiem tylko tyle, że zabrało mi to ponad 20 godzin. Miałem wiele rewelacyjnych runów ale zawsze znalazł się jakiś patafian, który mnie zdzielił. Albo sama Matka, bo ona kończy ten rozdział. Dziesiątki prób i ponad 20 godzin. W końcu miałem taki run, jaki nigdy wcześniej ani później już się nie zdarzył. Najmocniejsze przedmioty jakie tylko mogły wpaść, wpadały. Prawie dostałem zawału serca gdy Matka wyszła w najtrudniejszej, z tych podstawowych, wersji. Co chwilę spawnująca mocne potworki i z dwukrotną ilością energii. Gdy było po wszystkim spadł mi ogromny ciężar z serca a duma urosła do rozmiaru balona turystycznego. Kilka dni później dowiedziałem się, że kumplowi również się udało, tylko tak po paru próbach...

Osiągnięcia - DLC 2 i tryb Hard - rehabilitacja

To jeszcze jednak nie był koniec. Pisałem już o tym jakim podstępnym szczurkiem byłem robiąc harda na zwolnionym tempie. Pewnego dnia pomyślałem sobie, nie może tak być. Muszę przejść ten tryb normalnie i basta. I tak też zrobiłem. O dziwo, zadziałały chyba wszystkie te 150+ godzin spędzonych w grze bo poszło wcale nieźle. Wszystkimi postaciami oczywiście, udało się w ciągu kilku dni. Finalnie więc zrehabilitowałem się i mogę podzielić teraz swoimi wrażeniami z czystym sumieniem.

Chwalę się a co ;)

Polecam dzieciom

Do dzisiaj czasami odpalam Isaaca. Czasami na normalu, czasami na hard mode. Nie ma już takiego zaskoczenia i zajawki ale rozgrywka wciąż miła a muzyka wciąż powala. Kto jeszcze nie grał, polecam z czystym sumieniem. Dostępny na konsolach Rebirth jest dużo przystępniejszy i ma bardziej responsywne sterowanie. Tego zresztą też mam scalakowanego, tylko tak gdzieś od półtora roku jest bug, który nie pozwala wskoczyć ostatniemu trofikowi mimo, że zdobyty. Nikomu na świecie. Prócz tych, którzy kupili wersję pudełkową. Nie ważne, grać.

Mini lista osiągnięć:

  • 10 za kolejne przejścia rozdziału Womb
  • 8 za kończenie rozdziałów oraz zabicie w nich wszystkich możliwych bossów
  • 5 za ukończenie gry wszystkimi postaciami, kolejne 6 za Sheol i kolejne 6 za final chapter
  • 4 za ukończenie rozdziałów bez damage
  • 9 za challenge
  • 15 za zaliczanie hard mode
  • i trochę innych
  • wszystkich: 99

Przykładowy gameplay jakiegoś youtubera

Tagi: Binding of Isaac hardkor osiągnięcia Roguelike the binding of isaac

Oceń notkę
+ +16 -

Oceń profil
+ +12 -
Brolin
Ranking: 1647 Poziom: 34
PD: 5801
REPUTACJA: 880
Miesięcznik PSX Extreme