Okiem Guile'a

Przemyślenia, rozkminy i wspominy, to właśnie tutaj znajdziecie. ;)

Guile Guile 03.02.2015, 05:38
Czy handheldy umierają?
1794V

Czy handheldy umierają?

Konsole przenośne, zwane handheldami, są w moim życiu obecne od czasu, gdy pierwszy GameBoy trafił na Polski rynek, więc prawie od początku. Od tego czasu grałem na przenośniakach więcej i mniej, ale w praktyce były ze mną zawsze gdy ich potrzebowałem. Najlepiej wspominam NDS-a, który zjadał hurtowe ilości mojego wolnego czasu, jednak od jakiegoś już czasu odnoszę wrażenie, że konsole przenośne powoli padają, czy słusznie?

Gdy zaczynałem pisać tę notkę, dochodziła 4:30 rano. Standardowo nie mogę spać i wzięło mnie na pisanie. Pewnie to dlatego, że jestem w trakcie sesji na studiach i nie chce mi się już gapić na kolejne notatki, które by mnie przygotowały do ostatnich egzaminów. Obok mnie stoi napoczęta flaszka babcinej wiśniówki, która powoli się opróżnia i to bynajmniej nie w wyniku działania sublimacji. Ostatnim razem pisałem tutaj bloga prawie rok temu. Na jego końcu zaznaczyłem, że prędko nie nastąpi moment, w którym napiszę coś nowego, ale szczerze mówiąc nie sądziłem, że aż tyle czasu minie. Niemniej jednak pojawił się temat. W dodatku taki, który jest bardzo bliski memu sercu, więc piszę.

Mimo prawie 26-ciu lat na karku nadal lubię grać na konsolach przenośnych. Kilka miesięcy temu kupiłem sobie 3DS-a, na którym gram prawie codziennie. Ogółem jestem zadowolony z zakupu i widzę, że nadal mam jeszcze kilka gier przed sobą, zanim będę mógł szczerze powiedzieć, że "nie mam w co grać". Nie zmienia to jednak faktu, że zaczynam dostrzegać koniec, a to jest trochę dziwne jak na kogoś kto cieszy się sprzętem od tak krótkiego czasu, więc o co biega?

Gdy mój brat dostał swojego GameBoya (wersja classic), miałem możliwość zagrania w trzy gry, a mianowicie Super Mario Land, James Bond: 007 i F1 Race. Innych gier nie było, a w zasadzie były, ale strasznie drogie i ciężko dostępne, poza tym mój brat był zadowolony z tej małej kolekcji i ani myślał kupować sobie coś nowego, a mi się z kolei mało kalkulowało proszenie/kupowanie gier na zabawkę brata. To jeszcze był ten okres w moim życiu, gdy nawet kieszonkowego nie dostawałem, bo za młody byłem. W każdym razie miałem dostęp do trzech gier i to w dodatku takich nie do końca trafiających w mój gust. Wyścigów nie lubiłem, a Marian i Bond byli wtedy dla mnie zbyt skomplikowani, by móc coś więcej zdziałać. Niemniej jednak grałem w to co było, bo już nie mogłem wytrzymać tylko z pongiem wbudowanym w telewizor.Te trzy gry były moim pierwszym oknem na świat wirtualnej rozrywki. Nie było tego dużo, ale grunt, że było.

Jakiś czas minął zanim dorwałem się do GBC. Kupiłem go wraz z Mortal Kombat 2 za pieniądze z komunii. Dopiero kilka miesięcy później rodzice na imieniny kupili mi Pokemony Yellow, które swoją drogą były moim pierwszym RPG. Jako rozrzutny dzieciak, który rzadko się zbierał na zbieranie kieszonkowego, czy zarabianie w sposób dla mnie możliwy (np. zbieranie puszek/butelek), kolejny raz miałem konsolę z niewielką ilością gier. MK2 z czasem został wymieniony na Earthworm Jima, którego kojarzyłem jeszcze z PC-ta, do kolekcji doszła bootlegowa wersja Pokemonów Gold, ale poza tym bryndza. Miałem niewielki wybór gier, ale jakoś ciągle wracałem do grania na swoim "kolorku", w szczególności gdy brat albo ojciec okupowali komputer. Jak tak patrzę na te lata z perspektywy czasu, to stwierdzam, że nie wykorzystałem potencjału konsol, które miałem. Fajnych gier im nie brakowało, ale mi brakowało dostępu do informacji co faktycznie jest fajne i warte tego, żeby trochę pozbierać kasy, tudzież wyprosić u moich starszych na jakieś urodziny, czy inną okazję gdzie dzieci się obdarowuje prezentami. W praktyce jednak, myślę że wiele by to nie dało.

To były początki kapitalizmu w Polsce. Dostęp do praktycznie wszystkich zabawek z zachodu sprawiał, że decyzje czasem były podyktowane tym, że coś wydaje się fajne, a nie tym, że może dać dużo frajdy na dłuższą metę. Osobiście winię katalogi zabawek firmy Mattel, które ojciec przywoził z Niemiec, bo pokazywały tyle różnych zabawek znanych z oglądanych przeze mnie bajek, że po prostu o grach się nie myślało, ale mniejsza z tym. Chcąc nie chcąc na własne życzenie ograniczyłem sobie wybór gier. Sytuacja uległa dopiero zmianie gdy kupiłem sobie GBA. Choć początki zabawy z tą konsolą nie były łatwe o czym pisałem we wcześniejszej notce, to już jako młodzieniec miałem więcej możliwości do kombinowania. Sam sobie jeździłem na giełdę komputerową i wymieniałem/kupowałem gry. Jestem pewien, że nie ograłem wszystkich znaczących produkcji na GBA, ba wątpię bym w ogóle sprawdził chociaż z 1/10 znaczących produkcji na tę konsolę, ale w porównaniu do starszych braci tej maszynki po raz pierwszy miałem konkretny wybór. Do tego jeszcze dochodziło granie na emulatorze GBA na kompie, żeby móc sprawdzać tytuły, których nie można było znaleźć na giełdzie, tudzież były za drogie. Choć na swoją obronę powiem, że znaczną większość gier na GBA, które mi się spodobały po ograniu ich na emulatorze, potem starałem się zgarnąć na giełdzie. Inna sprawa, że znalezienie oryginalnej gry na giełdzie graniczyło z cudem.

Mniej więcej w momencie gdy kupiłem sobie GBA, zacząłem się mocniej interesować tym co wychodziło na poszczególne konsole, a i obeznanie z emulatorami pozwalało mi ograć te klasyczne tytuły, na które nie mogłem sobie pozwolić wcześniej. Gry były cały czas pod ręką, a na horyzoncie wciąż czekało ich więcej. W końcu nadszedł ten moment, w którym w moim życiu pojawiła się prawdziwa miłość. Wtedy jedyna słuszna konsola, przy której klękało nawet PS2, Nintendo DS.

Konsolę tę kupiłem jakiś czas po tym jak pojawiły się wersje lite, wraz z Final Fantasy III. To był dobry dzień, w którym mogłem bez przeszkód mogłem oddawać się grze. FF3 pękło przez to w zaledwie kilka wieczorów. Kupiłem kilka innych gier, a samego Fajnala sprzedałem znajomemu, żeby mieć kasę na coś innego. Później pojawiły się tzw. programatory, które sprawiły, że piracenie stało się jeszcze łatwiejsze. Nie jestem dumny, że z takiego korzystałem, ale faktem jest to, że dzięki temu urządzeniu byłem w stanie sprawdzić dosłownie wszystko co chociaż trochę wydawało się ciekawe. W ten sposób trafiłem na wiele perełek, które do dziś są na mojej półeczce z grami. NDS to była magiczna konsola, na którą w pewnym momencie co tydzień pojawiała się przynajmniej jedna ciekawa gra. Nie zliczę ile nocy zarwałem i ile razy wagarowałem, żeby mieć więcej czasu na ogrywanie gier. Nadal mam jeszcze kilka tytułów, które chcę przejść, ale już mi trochę brakuje czasu, żeby wszystko ze sobą pogodzić. Niemniej jednak to jest nadal sprzęt, który pewnie nadal nie opuszczałby kieszeni mojego plecaka, gdyby nie fakt, że go zajechałem na śmierć, ale czyż takiej śmierci nie życzylibyśmy wszystkim naszym konsolom? Gdyby nie fakt, że jeszcze do reszty mnie nie pojebało, to pewnie bym wyprawił mojej ukochanej konsoli prawdziwy pogrzeb z rodziną i przyjaciółmi, bo na to zwyczajnie zasługiwała.

W tak zwanym między czasie do mojej kolekcji dołączyło PSP, które nigdy nie stała się tą najlepszą. To trochę jak w haremie, gdzie dba się o i "bawi" się ze wszystkimi kobietami w nim obecnymi, ale tak naprawdę tylko jedna z nich jest ta najlepsza. Nie zmienia to faktu, że był to całkiem niezły kawałek sprzętu. Jednak tylko kilka gier nań mi się naprawdę spodobało. To nie był ten sam rodzaj magii, która była obecna w produktach Nintendo. Inna sprawa, że sprzęt Sony cierpiał na to, że miał znacznie mniejszy przypływ gier, a w połączeniu z tym, że wiele z nich niewiele było w stanie zaproponować ponad ładną grafikę, to sprzęt szedł szybko w odstawkę. Mimo to na PSP pojawiało się sporo fajnych gier, bym wręcz powiedział, że w porównaniu do Vity, a nawet 3DS-a było lepiej, ale o tym za chwilę. Sony miało jakiś pomysł na swojego przenośniaka i nie był on zły. Może i PSP przegrało z NDS-em pod kątem ilości sprzedanych egzemplarzy, ale przecież te 80 mln po stronie Sony, to też ogromny sukces. Pozostaje więc pytanie co poszło nie tak w przypadku ich młodszego rodzeństwa?

Vitę dostałem chyba z dwa lata temu. Dzięki PS+ miałem od razu ogromny wybór gier na tę konsolę i to w dodatku bardzo dobrych. Niestety tak się składa, że po ich ograniu w zasadzie nie mam w co grać. Jeszcze jakiś czas temu częściej potrafiła się pojawić porządna produkcja niż te 1-2 razy do roku jak mamy teraz. Zasadniczo konsola się kurzy, ale raz na jakiś czas do niej wracam. Szkoda, że obecnie jest tak słabo, ale powiedzmy, że można to zwalić na relatywnie wysokie koszta produkcji na tę konsolę, a biorąc pod uwagę jej nędzną sprzedaż, to raczej nie ma co liczyć na odmianę. Już nawet samo Sony chyba nie wierzy w sukces swojego ostatniego przenośniaka. Troszkę lepiej ta sytuacja się przedstawia w przypadku 3DS-a. Jak już wspominałem jestem szczęśliwym posiadaczem tej konsolki od kilku miesięcy. Mimo to, że na razie nie narzekam na ilość i jakość dostępnych mi gier to dostrzegam, że przy tempie mojego grania w ciągu roku dojdę do momentu, gdy nie będę miał w co grać i będę tylko czekał na kolejną dobrą premierę. Najgorzej ma się sprawa z tym felernym Region Lockiem, bo mógłbym przynajmniej sobie sprowadzić jakieś fajne gry z innych części świata, ale w tym przypadku to jakoś średnio mi się uśmiecha do gier kupować sobie jeszcze nowe 3DS-y. Nie śpię na forsie i jeśli jest to możliwe, to wolałbym wydawać jej jak najmniej. Co się dzieje?

W przypadku Vity jest kilka czynników wpływających na fakt, że ma relatywnie mało gier, natomiast w przypadku 3DS-a jest takowych znacznie mniej. Sprzedaje się dobrze, nie tak jak jej starsza siostra, ale wystarczająco dobrze, by odnosić znaczący sukces. Gry są raczej tanie w produkcji, a poza tym jest to konsola, która z miłą chęcią przyjmuje gry z ładną grafiką 2D. Oczywiście jest drożej niż w przypadku NDS-a, ale nadal uważam, że łatwiej wyjść na swoje w przypadku gier na 3DS-a niż w przypadku gier na Vitę, czy stacjonarne konsole obecnej i przeszłej generacji. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to fakt, że sporo firm, które niegdyś trzepało gierki na NDS-a, teraz je trzepie na komórki. Koszty produkcji mogą być te same, ale możliwości zarobku są znacznie większe. Wypuszczanie popierdółek za dolara, albo wręcz za darmo (lub "darmo") z reklamami lub mikrotransakcjami stało się obecną modą i choć niewiele gier potrafi się na komórkach wybić, to uzyskanie zysku małym kosztem jest znacznie prostsze niż na przenośniaku Nintendo. Sam jeszcze swego czasu grałem sporo na swoim androidowym tablecie i wiem, że można znaleźć dobre gry na komórki, ale niewiele z nich jest takich, że wciągną na naprawdę długo, a i wiele z nich jest dość krótkich (jeśli ma koniec).

Obecnie sporo się słyszy o niezależnych deweloperach, którzy potrafią zbić majątek na swojej popierdółce, jednakże poza nimi są również ci, którzy po prostu zaliczają zysk. Wynika to z tego, że te ich popierdółki są proste. Teoretycznie byle kto byłby w stanie je zrobić, ale w praktyce oni często nie zarabiają na grze jako takiej, ale na fajnym pomyśle, który wcielili w życie przy użyciu jak najmniejszych środków. Niezależnie od tego jak tania byłaby produkcja gier, to w praktyce konsole przenośne nie są w stanie wygrać z tym kolosem. Obecnie co czwarta osoba na świecie ma smartfona i prawie każdy ma jakiś komputer osobisty. Co ciekawe żeby w coś zagrać niczego więcej nie potrzeba. No dobra, potrzeba internetu, ale nawet jeśli się nie ma do niego stałego dostępu, to są miejsca gdzie można z niego za darmo skorzystać i dopakować się kolejnymi grami. Jeśli nie masz takiego miejsca w pobliżu, to raczej dostępu do konsol przenośnych też mieć nie będziesz. Konsole przenośne stały się swego rodzaju ekscentrycznym luksusem. Nie są specjalnie drogie, a jednak ludzie się decydują na prostszą rozrywkę tylko dlatego, że jest darmowa.

Niestety, choć z trudem mi to przechodzi przez palce piszące ten tekst, przenośne granie na konsolach w formie którą znamy i kochamy się kończy i już nie wróci. To nie jest chwilowy kryzys, czy moda, to jest kierunek, w którym zmierza branża. Nadal będą się pojawiały porządne gry, ale z czasem będzie ich coraz mniej, aż w końcu mianem oldschool nie będziemy nazywać tych gier, które wychodziły w czasach naszej młodości, ale te, które będą robione na modłę tych, które teraz wychodzą. Jest to smutne i może dla niektórych kompletnie niemożliwe, ale wydawcy pewnego dnia dodadzą jeden do jednego i w końcu im wyjdzie, że profity leżą gdzie indziej, a ciągłe pakownie niebotycznych sum pieniędzy po to, żeby sprzedać kilka milionów danej gry nie będzie się już opłacało. Pociesza mnie tylko fakt, że nadal mam mnóstwo gier do ogrania i na horyzoncie wciąż widzę porządne tytuły, które zasilą moją kolekcję, więc na razie się nie martwię tym, że nie będę miał w co grać. Szkoda tylko, że moje dzieci, albo ich dzieci już nie będą miały tak fajnie i będą łykać to co zostanie im podstawione pod gębę, bo to będzie w tym czasie trendy, a ten oldschool to jest dobry co najwyżej dla dziadka, który nie nadąża za czasami na swojej emeryturze.

To żem się rozpisał i jeszcze w dodatku kończę tak negatywnym akcentem, ale cóż począć? Jak bardzo bym nie chciał, żeby mój scenariusz się ziścił tak wiem, że są na to raczej marne szanse. Tym czasem idę się przespać, bo już mi się gały kleją, a i zawartość babcinej flaszki powędrowała do żołądka, a nie chcę otwierać kolejnej. Na koniec tylko dodam, że sami jesteśmy kowalami własnego losu i choć kierunku czasów, w które wkraczamy raczej nie zmienimy, to przynajmniej możemy zadbać o to, by nasze dzieci miały przynajmniej dobry gust do gier. Ja zamierzam zacząć od swojego bratanka jak tylko trochę podrośnie, póki nie doczekam się jeszcze swoich potomków. Mam nadzieję, że moje rozkminy się Wam spodobały i standardowo nie zapraszam na więcej, bo znowu nie wiem kiedy mnie najdzie na pisanie. W końcu świat się sam nie uratuje, nie? ;)

P.S.
Wiem, że chłopak u góry gra na GameBoyu bez gry, ale spodobało mi się to zdjęcie, więc cii. ;)

Tagi: 3ds GBA gbc handheld konsola przenośna nds przyszłość ps vita PSP

Oceń notkę
+ +24 -

HAPTYCZNE WIBRACJE!!!
Oceń profil
+ +56 -
Guile
Ranking: 22 Poziom: 80
PD: 63538
REPUTACJA: 31289