SKLEP

Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty
Darek Darek 04.11.2013, 21:14
Dlaczego Pierwszy Epizod Gwiezdnych Wojen zawiódł?
721V

Dlaczego Pierwszy Epizod Gwiezdnych Wojen zawiódł?

Jako ogromny fan wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z uniwersum Gwiezdnych Wojen lubię wszystkie sześć dotychczas wypuszczonych epizodów sagi. Ciężko jednak nie zauważyć, że drugiej trylogii, a w szczególności Mrocznemu Widmu, czegoś zdecydowanie zabrakło. No właśnie, czego?

 

Kiedy po szesnastu latach od premiery poprzedniego filmu, na ekrany kin wejść miał nowy obraz z uniwersum Gwiezdnych Wojen, wszyscy, począwszy od zagorzałych fanów, a na przypadkowych entuzjastach kina przygodowego skończywszy, siedzieli jak na szpilkach. Przez wspomniane szesnaście lat, trzy nakręcone do tej pory filmy obrosły legendą, stając się epicentrum ogromnej eksplozji materiałów związanych z uniwersum. Pojawiły się zabawki, gadżety, jedna okrutnie zła, krótkometrażowa historyjka o gwiazdce u Chewbacci, gry, komiksy i, przede wszystkim - pojawiły się książki. Dziesiątki książek rozwijających praktycznie wszystkie zapoczątkowane w filmach motywy. Dzięki nim fani wiedzieli, co wydarzyło się wcześniej, co wydarzyło się później, a nawet co działo się w międzyczasie. Materiału na świetne filmy nie brakowało. Lucas postanowił jednak skupić się na niedalekiej przeszłości i postaci Dartha Vadera, chcąc pokazać publiczności, jak to się stało, że praworządny rycerz Jedi przeszedł na ciemną stronę i stał się postrachem całej galaktyki. Pomysł jak najbardziej trafiony, niemniej jednak wymagający delikatnego podejścia, zanurzenia się w psychikę postaci i pokazania jej stopniowej przemiany. Czy George podołał zadaniu? Może połowicznie, ale nie wybiegajmy za daleko, jako, że w pierwszym epizodzie de facto nie ma mowy o żadnej ewolucji postaci, a w pewnym sensie, nie ma nawet mowy o "postaci" jako takiej.

 

Streszczanie fabuły Gwiezdnych Wojen ma tyle samo sensu, co streszczanie Królewny Śnieżki - przecież i tak każdy wie o co chodzi. Niemniej jednak dla tych dwóch osób, które filmu nie oglądały,  oto krótki opis filmu. Jeśli ktoś nie widział, to uwaga na spoilery.

 

Galaktyczna Federacja Handlowa blokuje wszelkie dostawy na małą planetę Naboo. Aby pomóc poszkodowanym, zakon Jedi wysyła dwóch rycerzy - Qui Gon Jina i jego ucznia Obi Wana Kenobiego - aby przekonali Federację do zaprzestania działań przeciw Naboo. Do rozmów nie dochodzi, a Jedi uciekając natrafiają na armię droidów, szykujących się do ataku na stolicę planety. Jedi odbijają pojmaną królową i wraz z nią uciekają na Coruscant - planetę będącą siedzibą zarówno galaktycznego senatu, jak i Jedi. Po drodze mają niestety awarię, więc lądują na małej, pustynnej planecie Tatooine, gdzie udaje im się pozyskać nowe części, a także odkryć Anakina Skywalkera - niezwykle czułego na moc chłopca, którego zabierają ze sobą. Odlatując, dochodzi do krótkiego, nierozstrzygniętego pojedynku między Qui Gonem, a polującym na królową sithem, Darthem Maulem. Na Coruscant, Qui Gon przedstawia Anakina radzie i domaga się treningu Jedi, a królowa Amidala wraz ze swoimi senatorami domaga się odwołania wielkiego kanclerza. Następnie królowa wraz z rycerzami i Anakinem wracają na Naboo, aby podjąć walkę z armią Federacji. Królowej udaje się pojmać przywódcę federacji, Anakin niszczy satelitę sterującego armią, a Qui Gon i Obi Wan pokonują mrocznego Dartha Maula. Niestety, w trakcie walki Qui Gon traci życie. Mistrz Yoda godzi się, aby Anakin został uczniem Obi Wana i zastanawia się, czy zabity sith był mistrzem, czy uczniem, jako, że zawsze występują oni parami. Koniec.

 

Tak, w dużym skrócie przedstawia się fabuła "Mrocznego Widma". Pierwszym, rzucającym się w oczy mankamentem filmu, jest zdecydowanie zbyt duże skupienie historii na politycznych intrygach. Oczywiście, oryginalna trylogia (epizody od czwartego do szóstego) również podejmowała tematy polityczne, jednak tam były one jedynie tłem dla wydarzeń w filmach, podczas gdy w pierwszym epizodzie odnosi się wrażenie, że to polityczne machlojki są głównym bohaterem opowiadanej historii, napędzając wszystkie pozostałe wątki. Na dobrą sprawę, wszystkie wydarzenia z filmu mają związek z główną polityczną intrygą, bądź też są jej efektem. Rycerze pojawiają się na ekranie, ponieważ mają być mediatorami między dwiema zwaśnionymi stronami. Następnie uciekają na Coruscant, ponieważ muszą udać się do senatu, a później wracają na Naboo, aby powstrzymać blokadę handlową. Cóż, przynajmniej na końcu filmu widz dostaje około dwudziestu minut "wojny" w "gwiazdach", no ale tytuł zobowiązuje, więc coś wydarzyć się musiało. Tym niemniej w filmie brakuje większej ilości akcji. Nikt nie idzie do kina na Gwiezdne Wojny, aby posłuchać o traktatach pokojowych.

 

Kolejnym dużym problemem jest wprowadzenie przez Lucasa do świata Gwiezdnych Wojen nowej rasy - Gungan. Byli oni wodno-lądowymi wojownikami żyjącymi pod wodami Naboo. Sam pomysł brzmi nawet interesująco. Podwodne miasto i wykorzystywana przez nich technologia nawet dziś robią spore wrażenie, więc co nie zagrało? W pewnym stopniu pokpiono design rasy, lecz nie jest to nic szczególnie gryzącego w oczy, jako, że uniwersum Gwiezdnych Wojen pełne jest dziwnie wyglądających kosmitów. Głównym problemem z Gunganami jest ich zachowanie. W szczególności jeden przedstawiciel gatunku, który plącze się przez większość filmu za Qui Gonem - Jar Jar Binks - sprawia wrażenie wrzuconego do filmu na siłę. Można odnieść wrażenie, że wprowadzenie Gungan miało skojarzyć się widzom ze znanymi z Powrotu Jedi Ewokami, czyli słodkimi, ale i wojowniczymi, małymi, kudłatymi miśkami pomagającymi głównym bohaterom na Endor. Tyle, że miśki, być może na szczęście, były tubylczą rasą porozumiewającą się ze sobą w nieznanym widzowi języku, a Gunganie komunikują się ze światem czymś w rodzaju mieszanki angielskiego mówionego przez małe dzieci, z angielskim mówionym przez osoby, które tydzień wcześniej zaczęły uczyć się języka. Ciężko się tego słucha, zwłaszcza w połączeniu z piszcząco-skrzeczącym głosem Jar Jara. Lecz nawet pomimo tego, mogła wyjść z tego ciekawa postać, gdyby nie to, że Lucas postanowił spłaszczyć go do poziomu pseudo-zabawnego idioty, który "bawi" widza wchodząc bosą nogą w kupę, albo paraliżując sobie język pchając go tam gdzie nie trzeba... Ha... Ha... Zwróćcie uwagę, że w skrócie filmu nie wspomniałem ani słowa o Gunganach, a i tak nie pominąłem żadnego ważnego wydarzenia. Tak na prawdę jedynym momentem, w którym Gunganie robią cokolwiek, jest walka z robotami pod koniec filmu. A i z tej sceny można by ich spokojnie wyciąć, zastępując rybo-ludzi ludzkimi mieszkańcami Naboo. Mówiąc krótko - w filmie mogłoby ich zwyczajnie nie być, co z resztą skutkowałoby mroczniejszym i ciekawszym obrazem.

 

 

Kolejnym problemem są postacie i grający je aktorzy. Przez ponad dwie godziny czasu projekcji, ani Obi Wan, ani Anakin, ani w sumie nikt, nie przechodzi żadnej ewolucji jako postać. Qui Gon jest upartym, ale mądrym Jedi od początku do końca. Królowa Amidala jest... dziwna od początku do końca. Anakin, którego przemianę w Dartha Vadera ma oglądać widz w nowej trylogii jest irytującym, zadającym dużo pytań dzieckiem i tak już zostaje do końca filmu. Nic nie wskazuje na to, że ten mały chłopiec mógłby kiedyś zostać bezwzględnym lordem sith. Wszystkie te postacie łączy jeden wspólny czynnik - są nudne. Obi Wan zostaje mistrzem Jedi, ale widz wie o tym tylko dlatego, że ktoś w filmie o tym wspomina. Może utrata Qui Gona spowodowałaby jego ewolucję jako postaci, stałby się dojrzalszy, czy bardziej zgorzkniały, ale film kończy się dziesięć minut później, więc tego już osoba oglądająca film się nie dowie.

 

Dużym problemem jest też sam natłok postaci na ekranie i brak jednego konkretnego głównego bohatera. Teoretycznie, głównym bohaterem nowej trylogii jest Anakin, chłopiec którego w Mrocznym Widmie poznaje się... w połowie filmu. Prócz niego, jedną z wiodących postaci jest Obi Wan, który był przecież zarówno mistrzem, jak i przyjacielem Anakina. I można odnieść nawet wrażenie, że to on jest wiodącą postacią pierwszego epizodu, tyle, że przez cały epizod na Tatooine, czyli nie małą część filmu, znajduje się on na pokładzie zepsutego statku, a więc z dala od akcji i, przez to, od widza. Poza nimi, film często skupia się również na Amidali oraz Qui Gonie, lecz ich również ciężko nazwać wiodącymi postaciami. Oryginalna trylogia to historia Luke'a Skywalkera i to ewidentnie on jest głównym bohaterem filmów, podczas gdy Leia, Han i pozostali bohaterowie, są ewidentnie jego towarzyszami, pomagającymi mu w osiągnięciu celu. W Mrocznym Widmie zdecydowanie brakuje większego skupienia.

 

Prócz kiepskiego rozpisania postaci, jest jeszcze jeden problem - grający je aktorzy.  A w szczególności grająca Amidalę Natalie Portman i młody Anakin, czyli Jake Lloyd. Rozumiem, że Anakina gra młody aktor, ale są przecież na tym świecie dobrzy dziecięcy aktorzy. Wszystko co mówi Lloyd brzmi jak dzieci w szkolnych teatrzykach. Nie dość, że przeczytane, to jeszcze kiepsko przeczytane. To samo, w mniejszym stopniu tyczy się zdobywczyni Oskara (!) Natalie Portman, jednakże w jej przypadku nie można zwalić wszystkiego na młody wiek, czy brak doświadczenia, więc co się stało? Kiepski aktor, czy kiepska reżyseria? Być może to i to. Potencjalnie najciekawsza postać w całym filmie - genialnie wyglądający Darth Maul ma może ze trzy kwestie, a na koniec zostaje przecięty w pół i tyle go było. Na szczęście autorzy książek mają więcej oleju w głowie i koniec końców okazuje się, że Maul przeżył.  Trochę wyżej narzekałem, że w filmie jest za mało akcji. Nadal podtrzymuję swoje zdanie, niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że niewielka ilość akcji (dłuższej i ciekawszej niż dwie minuty rozrzucania na bok droidów) nie byłaby niczym złym, gdyby w zamian widz dostał porywającą historię, w której to postacie kradną swoim rozbudowaniem cały show. Tak się jednak nie stało i koniec końców w pierwszym epizodzie nie ma ani ciekawej akcji, ani nawet ciekawych dialogów.

 

[Obiekt musi mieć rozszerzenie SWF. Kod zablokowany]

 

Kiedy w lecie 1999 roku Mroczne Widmo uderzyło do kin, ludzie nie wiedzieli czego mogli się spodziewać. Oryginalna trylogia to kino przygodowe na najwyższym poziomie. Trochę śmieszne, trochę mroczne i stu procentowo niesamowite. Epizod czwarty zachwycił widzów świeżością. Część piąta jest zdecydowanie najmroczniejsza, a przez wielu fanów uznawana za najlepszą w serii. Epizod szósty z kolei był chyba najbardziej widowiskowy, nadal jednak pozostając zwartą, interesującą historią. To jednak były inne lata. Na końcu lat dziewięćdziesiątych filmy kręciło się zupełnie inaczej niż jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wtedy filmy były brudniejsze, brutalniejsze, bardziej dosadne. Nowa trylogia jest z kolei bardziej kolorowa, przystępna, dziecinna wręcz. Nie byłoby w tym nic złego, w końcu kino przygodowe powinno nadawać się do oglądania dla dzieci, gdyby nie to, że Lucas zrobił film do bólu infantylny, nie szanujący inteligencji widza. Wszystko w nim jest czarno białe, dosłowne i co najgorsze, często również nudne. Fani oryginalnej trylogii w chwili premiery Mrocznego Widma byli już dawno dorosłymi ludźmi, a dostali film celujący typowo w młodego odbiorcę. Od premiery szóstego epizodu na rynku ukazały się niezliczone ilości gier, noweli graficznych i książek, które swoim poziomem nierzadko przebijały wręcz oryginalne dzieła Lucasa. Świat Gwiezdnych Wojen stał się domem dla wielu poważnych, niejednoznacznych powieści, w których bohatera można było opisać na tysiąc różnych sposobów. Mroczne Widmo to z kolei bajka dla dzieci. To był, w mojej opinii, główny powód, dla którego film został przyjęty chłodno. Pierwszy epizod może jak najbardziej się podobać, nie był to jednak film, którego fani oczekiwali.

 

Na koniec kilka luźnych uwag:

 

- O co chodzi z tymi wszystkimi dziwnymi ciuchami, które nosi Amidala?

- Dlaczego Amidala w makijażu nie umie się uśmiechnąć? To ma być ciepła wybrana przez ludzi królowa?

- Natalie Portman ma niby być czternastolatką? Serio?

- W jakim celu do historii wpisany został Qui Gon skoro nikt już później o nim nigdy nie wspomni?

- Dlaczego Qui Gon i Obi Wan nie pokonali Dartha Maula od razu na pustyniach Tatooine? Przecież to sith, tak czy siak trzeba by się go pozbyć, a jak widzimy w dalszej części filmu, we dwóch radzą sobie z nim całkiem nieźle.

- Dlaczego potężny sith nie zrobił nic, aby zabić bezbronnego rycerza Jedi skaczącego mu nad głową?

- Jakim cudem Palpatine łączy obowiązki senatora planety z trenowaniem Dartha Maula i generalnie byciem złym?

- Skoro celem Palpatine'a było zostanie kanclerzem, to po co męczyć się dodatkowo z ganianiem za królową po całej galaktyce i czemu w żadnym momencie nie zdradził niszczących atakujących jego planetę Neimodian, których już de facto nie potrzebował?

 

Tagi: analiza film Gwiezdne Wojny lucas mroczne widmo phantom menace recenzja Star Wars

Oceń notkę
+ 0 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +72 -
Darek
Ranking: 80 Poziom: 66
PD: 36555
REPUTACJA: 15856
Miesięcznik PSX Extreme