Blog Urala

i Prowokatora

Ural Ural 30.04.2010, 12:33
Historie pewnych znajomości cz. 3
307V

Historie pewnych znajomości cz. 3

Przed Wami trzecia część mojego małego przeglądu konsol, na których przez te wszystkie lata się wychowywałem. Tym razem na tapetę idą aż cztery, przynajmniej moim zdaniem, kultowe sprzęty. Natomiast jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z poprzednimi częściami materiału, to odsyłam do pierwszej odsłony, którą znajdziecie tutaj.

Przed Wami trzecia część mojego małego przeglądu konsol, na których przez te wszystkie lata się wychowywałem. Tym razem na tapetę idą aż cztery, przynajmniej moim zdaniem, kultowe sprzęty. Natomiast jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z poprzednimi częściami materiału, to odsyłam do pierwszej odsłony, którą znajdziecie tutaj.xxxxx

 

SEGA SATURN

 

 

W okolicach 1995 na rynku pojawiły się dwie konsole nowej generacji - Sega Saturn i Sony PlayStation. Obie jednostki były wręcz rewolucyjne jeśli chodzi o gry konsolowe i przemysł elektroniczny w ogóle. A to wcale nie miało tak być... Sega Saturn była pierwszą konsolą w Polsce, która była promowana w mediach - głównie w gazetach komputerowych. Kampania reklamowa była całkiem nieźle zorganizowana, bowiem duży nacisk kładziono w niej na przedstawienie gier 3D, którymi Sega zawładnęła na maszynach arcade (coin-up). Wystarczy wspomnieć choćby o takich tytułach jak Sega Rally, czy Virtua Fighter - gry, które rozpoczęły swoistą rewolucję na rynku.

 

Zupełną ironią losu jest tutaj fakt, że Sega Saturn nie była w założeniach konsolą wspierającą akcelerację grafiki 3D. Konstruktorzy z Segi nie planowali umieszczać tego rodzaju chipu, gdyż nie spodziewali się, że tego rodzaju gry mogą stać się popularne. Sega pracowała wtedy nad kilkoma projektami, które miały zastąpić Genesisa - były to Saturn, Neptun, Mars i Jupiter - ale wszystkie w założeniach były konsolami do gier 2D. Trudno powiedzieć co było powodem tego rodzaju podejścia. Możliwe, że doświadczenia firmy Commodore, która wypuściła wcześniej konsolę CD-32. Fakt, firma Commodore zbankrutowała, ale CD-32 sprzedawało się świetnie - na tyle, że Commodore nie nadążało z produkcją. Na szczęście kiedy do prasy wyciekła informacja, ze Sony planuje wypuścić na rynek maszynkę, która przede wszystkim będzie sie opierać na grach trójwymiarowych, Sega szybko zrewidowała swoje zdanie i dołożyła do Saturna chip 3D. A że zrobiła to w zasadzie w ostatniej chwili i naprędce, to programiści mieli wiele kłopotów z pisaniem gier na tę konsolę. Odbiło się to czkawką w przyszłości i pośrednio na pewno sprawiło, że dziś Sega nie produkuje już sprzętu.

 

Ale mało którego gracza to interesowało - najważniejsze były gry. A te na początku były bardzo dobre. Niemniej z wiadomych powodów było ich mało. Programiści dopiero z biegiem czasu nauczyli się korzystać z możliwości Saturna, które, co do czego ludzie w branży są zgodni, były większe od możliwości PlayStation - tyle, że trzeba było masy nakładu pracy by to wykorzystać.

 

I tak w dwóch pierwszych tygodniach od premiery (listopad 1994), w Japonii sprzedano 2,5 miliona tych konsol - cały nakład produkcyjny! Ale dla Segi tylko początki były tak różowe. Parę tygodni później na rynku zadebiutował, zdawać by się mogło, totalny outsider w tej dziedzinie - firma Sony ze swoim PlayStation - i to ona zaczęła zdobywać rynek. Sprzętowo niewiele gorsza, ale wspierająca firmy trzecie w robieniu gier na swoją platformę, która była wyjątkowo łatwa w programowaniu.

 

Warto odnotować, że Sega nie radziła sobie dobrze na amerykańskim rynku. Powodem była nakładka, jaką Sega wypuściła dla konsoli Genesis, znanej u nas pod nazwą Mega Drive. Przystawka zwana 32x (pisałem o niej tutaj) przemieniała konsolę Segi w pełni 32 bitową maszynkę, w dodatku radzącą sobie nieźle z grami pokroju Virtua Fightera. Niestety wskutek premiery Saturna Sega całkowicie odstawiła na bok Segę 32x, przez co wszyscy producenci przestali pisać na nią jakiekolwiek gry - wszystkie dotąd pisane zaczęto pośpiesznie konwertować na Saturna. Oburzeni fani odwrócili się od Segi i zaczęli kupować masowo Sony PlayStation - co było spotęgowane faktem, że użytkownicy amerykańscy nie byli tak bardzo przywiązani do danej marki konsoli i z dużą otwartościa powitali na rynku Sony - podobnie jak jakiś czas temu Microsoft i jego Xboxa.

 

Sega Saturn umarła śmiercią naturalną, zaś jej sukces był ledwie umiarkowany. Ale z trzech konsol z tamtego okresu, czyli PlayStation, Nintendo 64 i Saturna, to właśnie tę ostatnią wspominam najmilej. Pierwsza rzecz, która mi się bardzo w niej podobała to rozwiązania techniczne. Była nie tylko jedną z pierwszych konsol z zainstalowanym CD-ROMem, czego nie miało np. dzieło firmy Nintendo. Ale to co równie istotne - miała wbudowaną kartę pamięci pozwalającą na zapisywanie stanu gry. W innych konsolach tego rodzaju kartę trzeba było dokupić osobno. Konsola obsługiwała także wyższe rozdzielczości - nawet 704x480, czyli w zasadzie pełną rozdzielczość ekranu telewizyjnego!

 

Konsola była także wyposażona w bardzo wygodnego pada - trochę podobnego do tego z Mega Drive'a. Ale najważniejsze były gry. A te na Segę po raz kolejny okazały się wyjątkowo miodne. Choć fakt faktem nie było ich zbyt dużo. Niemniej takie tytuły jak wspomniany Virtua Fighter, Sega Rally, Daytona USA, Virtua Cop, czy Die Hard 3 dotąd wzbudzają u niektórych dreszcze. Przyznam szczerze - żal mi było ją sprzedawać, bo o ile na PS gier było więcej, o tyle od gier na Saturna oderwać było się ciężko. Tym bardziej, że wyszły na nią pozycje, które były podwalinami takich tytułów jak np. słynna Ikaruga.

 

 

NINTENDO N64

 

 

Reality - tak nazywał się początkowo projekt, który miał dać dziecko w postaci konsoli Ultra 64. Miała ona (później przemianowana na Nintendo 64) zrewolucjonizować (który to już raz) rynek. I rzeczywiście - Nintendo 64 było rewolucją - bezapelacyjnie technicznie była to najlepsza konsola na rynku w dniu premiery (1997 rok), wielokrotnie zresztą przesuwanej - konsola miała się pojawić 2 lata wcześniej niż nastąpiła oficjalna premiera. I może dlatego nie osiągnęła ona większego sukcesu, bo rynek podzieliły już między siebie Sony i Sega... a raczej opanowało go Sony zostawiając Sedze ochłapy ;). Drugim powodem mizernej sprzedaży (jak na plany Nintendo) mogło się okazać zastosowanie kartridży. Nintendo tłumaczyło to tym, że gracze nie chcą czekać aż gra im się załaduje. Coś w tym jest, bo nikt tego nie lubi. Ale szefowie dużego N zapomnieli, że graczy kręci doskonała grafika w renderowanych filmikach. A tych w grach na Nintendo było jak na lekarstwo - bo po prostu nie było dla nich wystarczająco miejsca.

 

Niemniej nowa konsola Nintendo (w skrócie N64) miała kilka bardzo mocnych atutów. Przede wszystkim szefowie Nintendo przewidzieli, że gracze coraz bardziej są zainteresowani świetną grafiką w grach. Nawiązano więc współpracę z firmą Silicon Graphics, słynącą z przeolbrzymich stacji graficznych, celem sprostania wymaganiom rynku. Efekt ten było widać już po pierwszych grach - Mario 64 stał się kultową wręcz platformówką, z oszałamiającą i bajkową grafiką. Ale czemu się dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że wszystkim kierował 64-bitowy procesor RISC z zegarem 93,75 Mhz! Sega miała wprawdzie 3 procesory - z czego 2 typu RISC - Hitachi 28,6 Mhz, ale nie mogły się one równać z N64, bo były 32-bitowe. Jeszcze gorzej na tym tle wypadało Sony PlayStation - zaledwie jeden procesor 30 Mhz.

 

Konsola ta jednak mile mnie zaskoczyła. Pierwszą rzeczą, która mi się spodobała był fakt, że metodą łopatologiczną udało mi się ją podpiąć do monitora :). Drugą był charakterystyczny pad, bardzo wygodny w trzymaniu i co istotne, pierwszy seryjnie dodawany do konsoli z wbudowanym swoistym joystickiem, w dodatku reagującym na siłę nacisku. Teraz to już standard, ale w 97 roku był to ewenement.

 

Drugą rzeczą, która każdemu musiała przypaść do gustu były gry. Ja miałem niestety tylko 3 - m.in. Mario 64 i świetną ścigałkę ze skuterami wodnymi (nazwy niestety nie pamiętam - w końcu minęło już trochę lat) - dopracowanie graficzne porażało! Gry były wyjątkowo miodne... ale tylko 3. Cóż, co tu ukrywać, w Polsce gry na N64 były trudne do zdobycia, wszak to były jeszcze czasy, kiedy konsol Nintendo nie dało się kupić bezproblemowo w sklepach, a co dopiero gier...

 

 

SONY PLAYSTATION

 

 

Dane sprzed 5 lat mówią o ponad stu milionach sprzedanych konsol PlayStation - to chyba świadczy samo za siebie! Liczba wprost niewyobrażalna, nawet na dzisiejsze czasy - konsola ta (nieformalny skrót PSX - o którym za chwilę) była sprzedawana przez ponad 10 lat od dnia premiery (w późniejszym okresie w odchudzonej wersji, zwanej PS One). Niewiarygodny sukces, pobite wszelkie rekordy... przez zdawało się zupełnego ignoranta jeśli chodzi o rynek konsol, bo firmę Sony... - fakt, faktem - lider rynku RTV, firma innowacyjna, stylowa, obecna na każdej półce (w ujęciu marketingowym), ba, produkująca także specjalistyczny sprzęt elektroniczny (wystarczy sprawdzić kto wyposaża większość stacji TV). Ale konsole? Dla Sony to była czarna magia!

 

A jednak nie do końca. Prawda jest taka, że Sony zainteresowało się rynkiem konsol już w 1985 roku. Bez wątpienia to co wpłynęło na decyzję Sony, to wynalezienie przez tę firmę (w kooperacji z Philipsem) płyty CD 3 lata wcześniej. W tymże 85 roku szefem projektu dotyczącego opracowania multimedialnej konsoli został Ken Kutaragi (pamiętacie tego pana?). Największego przyśpieszenia projekt doznał w 88 roku. Wtedy bowiem Nintendo rozpoczęło prace nad czytnikiem CD dla konsoli SNES (Super Nintendo Entertainment System), który miał być odpowiedzią na podobny produkt Segi - Mega CD. Tyle, że Nintendo do prac nad napędem zatrudniło Sony. Współpraca początkowo układała się dobrze. Jednakże w 1991 roku, kiedy to miał pojawić się prototyp współpracę przerwano, gdyż Nintendo zaniechało projektu. Powodem sporu był fakt, że Sony chciało stworzyć zupełnie nową jednostkę, zaś Nintendo jedynie czytnik do SNES'a. Sony zostało więc na lodzie, ale jak to w biznesie bywa tego rodzaju decyzje potrafią się mścić - Nintendo sobie wyhodowało olbrzymiego konkurenta. Sony ogłosiło bowiem w 1991 roku, że pracuje dalej nad konsolą PlayStation X. Konsola ta miała być swoistą hybrydą - korzystać z architektury SNES'a, tym samym być z nim kompatybilna. Miała posiadać zarówno czytnik CD, jak i slot na kartridże. Właśnie od nazwy PlayStation X wziął się słynny skrót PSX. Sony wyrzuciła z czasem z nazwy owego "X"'a, ale w nieformalnym skrócie nadal on pozostał - (potem zresztą Sony wypuściło na rynek konsolę, którą nazwało PSX). Natomiast jeżeli chodzi o samą maszynkę, to projekt przeszedł wiele modyfikacji i w grudniu 1994 roku, doczekaliśmy się urządzenia nieco innego od planów koncepcyjnych.

 

Największym atutem PSX'a były gry. Na konsolę powstała ich cała masa - był to efekt doskonałej polityki firmy Sony, która jako pierwsza zdała sobie sprawę z faktu, że to co liczy się najbardziej dla graczy, to nie tylko dobra technicznie konsola, ale przede wszystkim gry. Dlatego tez Sony nie prowadziło restrykcyjnej polityki w tej kwestii - grę mógł wydać praktycznie każdy, kto tylko zakupił odpowiedni SDK (przygotowano także specjalną wersję konsoli - tzw. Sony Net Yaroze - PSX'a z ograniczonym SDK, na którego każdy za pomocą zwyczajnego PeCeta mógł pisać gry). Powstała wskutek tego oczywiście cała masa niegrywalnych pozycji, ale również powstały gry kultowe. Developerzy bali się ryzyka, że ich gra nie zostanie wydana np. na Saturna - woleli więc od razu pracować z myślą o PSX'ie. Najdziwniejsze jest jednak to, że niektóre firmy dalej prowadzą politykę - "mało gier, ale same dobre", która nie sprawdza się w rzeczywistości.

 

Po raz pierwszy z konsolą miałem styczność na targach PlayBox 95. O dziwo zarówno Sega, jak i Sony pokusiły się o wybudowanie całkiem pokaźnych stoisk. Jak na polskie targi był to na tamte lata ewenement. Zwłaszcza wrażenie robił punkt Sony, w którym można było pograć na kilkunastu konsolach. Były to same początki obecności tej konsoli na rynku, zatem na targach królował wtedy nieśmiertelny Destruction Derby. Wtedy również konsole zaczęły sobie wywalczać należne im miejsce na polskim rynku - przed 95 rokiem mało kto o konsolach słyszał, bo czy poczciwego Pegazusa można nazwać konsolą z prawdziwego zdarzenia?

 

Pograć na PSX'ie miałem okazję niewiele później - w 95 roku konsola ta nie była jeszcze oficjalnie dostępna w Polsce, ale mój dobry znajomy zamówił ją sobie z zagranicy. Po dokupieniu odpowiedniego kabla konsola odtwarzała także gry sprowadzane z USA. A że był to pierwszy model konsoli, to - mała ciekawostka - odpalały się na niej bez problemu wersje pirackie - do "przerobienia" wystarczała zwykła... sprężynka!

 

W końcu i ja nabyłem parę lat później ową konsolę - kiedy używana staniała do rozsądnej kwoty ok. 500 PLN (co i tak jak na owe czasy było niemałą kwotą). 

 

Pojawiło się wiele kultowych pozycji - Soul Edge, Tekken, Battle Arena Toshinden - to chyba najsłynniejsze bijatyki z PSX'a. Jeśli do tego dodać takie gry jak Loaded, Gran Turismo, Ridge Racer, Crash Bandicoot, czy wspomniany wcześniej Destruction Derby, to daje nam to pewien obraz jak wiele kultowych pozycji na tę konsolę się pojawiło. Do dziś gry te wzbudzają emocje, zaś konsola PSX pobiła wszelkie rekordy popularności. Dziś można ją kupić za grosze na Allegro, ale wkrótce pewnie dojdzie do trendu, który dotyka wszystkie kultowe maszynki - ceny tych w dobrym stanie zaczną znacznie rosnąć...

 

 

NINTENDO GAME BOY ADVANCE

 

 

Zawsze dużą słabość miałem do konsol przenośnych. Jak wiemy w życiu jest cała masa sytuacji, kiedy choćby dla zabicia czasu chciałoby się załączyć jakąś gierkę, a nie ma się konsoli stacjonarnej pod ręką. Przenośna maszynka jest w takich sytuacjach rozwiązaniem wręcz doskonałym - zmieści się w kieszeni, jest niepozorna, mobilna, łatwo ją ukryć (np. na zajęciach ;). Teraz wprawdzie są zaawansowane komórki, jest iPhone, ale kilka lat temu tak różowo nie było. Zresztą koniec końców najważniejszą kwestią zawsze były same gry. Stąd zapewne tak duży sukces oryginalnego Game Boy'a, czy Segi Game Gear (na którą gry były kolorowe i na której można było oglądać TV).

 

Nintendo długo czekało z odmłodzeniem Game Boya. Jeśli mnie pamięć nie myli, to ta nowa konsolka pojawiła się w sprzedaży dopiero na początku XXIw. Jednakże Nintendo było firmą urodzoną w czepku - po pierwsze Game Boy Advance (w skrócia GBA) doskonale się przyjął na rynku, pomimo, że jak to zawsze w wypadku Nintendo bywało, produkt daleki był od doskonałości (o tym za chwilę). Po drugie wreszcie na rynku nie było żadnej konkurencji. Ta miała się dopiero pojawić w postaci Nokii N-Gage, ale można było się spodziewać, że nie będzie ona w stanie zagrozić pozycji Nintendo na rynku konsol mobilnych. Swą przenośną konsolę ogłosiło wprawdzie Sony, przebąkiwał o takowej także Microsoft, ale tym ostatnim nie należało się wtedy przejmować, bo na rynku nie było nawet Xboxa. Gorzej sprawa wyglądała jeżeli chodzi o Sony - gdyby ta firma wypuściła swoją przenośną konsolę, to istnienie całego Nintendo stanęłoby pod dużym znakiem zapytania - musimy pamiętać, że wypuszczony wkrótce potem na rynek Game Cube sprzedawał się słabo, więc to poczciwe konsole przenośne ciągnęły finansowo całe Nintendo. Ba, dziś wielu twierdzi, że gdyby nie sukces NDS i Wii, to firma hydraulika podzieliłaby los Segi...

 

Trudno powiedzieć, czy GBA było konsolą rewolucyjną w dniu swojej premiery. Była to maszynka 32 bitowa, ale daleko jej do możliwości 32 bitowego PlayStation. Posiadała bardzo małą ilość pamięci - 128kb pamięci w procesorze oraz 256kb WRAM. Jak na dzisiejsze czasy nie jest to ilość imponująca. Nareszcie natomiast zastosowano dobry wyświetlacz - w pełni kolorowy, potrafiący wyświetlić na ekranie 32 tysiące kolorów przy rozdzielczości 240x160 pikseli. Cóż jednak z tego, kiedy na wyświetlaczu mało co było widać, bo wykorzystano technologię z Game Boya Color. Grać można było albo w słoneczne dni, albo do ekranu trzeba było przystawiać sobie lampę.

 

Konsolkę tę jednak kupiłem, bo nie było nic lepszego. Poza tym była tania - kosztowała mnie jakieś 300 PLN (rzecz jasna używana). Miłym zaskoczeniem były na szczęście gry. Pojawiło się kilka naprawdę dobrych pozycji, w tym kilka spin-offów serii znanych z konsol stacjonarnych Sony - takich jak choćby Tekken, czy Crash Bandicoot. Ponadto GBA miał dodatkowy atut - działały na nim gry poprzednich wersji Game Boya. Jednakże to, co sprawia, że konsolkę tę wspominam z sentymentem, to doskonała i genialna w swej prostocie gra: Kuru Kuru Kurin - przesiąknięta japońskim klimatem gierek typu arcade. Niestety brak podświetlenia ekranu był wadą nieznośną i konsolkę w końcu z żalem sprzedałem.

 

Ale w końcu i Nintendo poszło po rozum do głowy. Sprzedaż GBA zaczęła drastycznie spadać, więc należało coś z tym zrobić. Wypuszczono nową wersję GBA - wersję SP. Usunięto całą masę wad poprzednika, najważniejszym atutem nowej odsłony był podświetlany ekran. Wersja ta jednak była jak na nasze ówczesne warunki droga - prawie 500 PLN to wydatek na który mało kogo było stać. Ale w Japonii, czy Stanach Zjednoczonych nowy GBA sprzedawał się doskonale - ustępując w sprzedaży tylko Sony PlayStation 2!

 

Jednakże pomimo to Game Boy jako konsola odszedł do przeszłości. Nintendo porzuciło tę konsolkę i wszystkie jej odsłony (a zatem nazwę - choć po drodze pojawił się GB Micro). Na rynku już w 2004 roku pojawiła się nowa konsola tej firmy - Nintendo DS - przenośna konsolka posiadająca 2 kolorowe ekrany (w tym jeden dotykowy) i co ważne wreszcie pozwalająca na granie w gry 3D. Na GBA co prawda było parę podejść z grami trójwymiarowymi, ale powiedzmy sobie szczerze - GBA jest na gry 3D za słaby. Nintendo natomiast się doczekało - konkurencji na tym polu. Również w tym roku swą premierę miała przenośna konsola ze stajni Sony - czyli model PlayStation Portable (PSP). Ale kto wie, może Nintendo znów kiedyś powróci do owej kultowej nazwy?

 

koniec części trzeciej

Tagi:

Oceń notkę
+ +4 -

Oceń profil
+ +4 -
Ural
Ranking: 8946 Poziom: 19
PD: 1188
REPUTACJA: 421