SKLEP
Piotr Rozbicki Piotr Rozbicki 22.07.2017
Dunkierka - recenzja filmu. Jak w szwajcarskim zegarku
3460V

Dunkierka - recenzja filmu. Jak w szwajcarskim zegarku

W kinie wojennym królowały do tej pory dwa sposoby filmowej ekspresji, jeśli chodzi o II wojnę światową. Mieliśmy z jednej strony spielbergowską dosłowność, z drugiej język poezji Malicka. Inne obrazy w mniejszym bądź większym stopniu po prostu pomiędzy nimi lawirowały. Christopher Nolan, tymczasem, wraz z "Dunkierką" poszedł zupełnie inną drogą.

Widać to w zasadzie już od pierwszych minut filmu i czuć aż do ostatniej sceny. Jak na kino gatunkowe, zaskakująco mało tu krwi. Nie ma też wroga, przynajmniej nie w bezpośredniej odległości. Przez cały film dosłownie na sekundę pojawiają się niewyraźnie sylwetki Niemców. Zagrożenie dla ok. 400 000 alianckich żołnierzy czekających na plażach Dunkierki na ewakuację jest niewidoczne, nieopisane i potęgowane oczekiwaniem na cios jakby spoza kadru. Można powiedzieć, że zagrożenie jest bezosobowe, obrazowane co najwyżej konturami niemieckich samolotów oraz dziurami po kulach. W filmie brakuje wreszcie słów. Te, które się pojawiają, są jedynie skromnym dopełnieniem akcji, albo z rzadka informują o szerszym kontekście sytuacji. Historia klęski francuskich i brytyjskich sił z początku II wojny światowej, które zepchnięte zostały do defensywy w najbardziej wysuniętym na północ miasteczku Francji, jest więc jedynie narracyjną ramą.

Zamiast tego przemawia do nas obraz misternie zsynchronizowany z dźwiękiem oraz mistrzowsko zaprzęgnięty w służbie nielinearnej kompozycji. Akcja rozbita jest na trzy niezależne linie fabularne: jedna ukazuje grupę młodych żołnierzy próbujących za wszelką cenę dostać się na jeden ze statków mający zabrać ich do Anglii, druga skupia się na właścicielu cywilnej łodzi, który wraz z synem i jego przyjacielem wyrusza na ratunek uwięzionym w Dunkierce wojakom. Wreszcie trzecia śledzi dwóch brytyjskich lotników. Żeby było ciekawiej, wszystkie te trzy perspektywy nie tylko przeplatają się ze sobą, ale podane są w innych przedziałach czasowych i innym tempie: tygodnia, dnia oraz godziny. Co jeszcze ciekawsze, reżyserowi nie tylko udaje się losy tych wszystkich postaci (i nie tylko ich) ze sobą zazębić, ale utrzymać w tym wszystkim żelazną logikę. Nie jestem fanem narracyjnej ekwilibrystyki Nolana, bo często się w tym w swoich filmach gubił, ale w Dunkierce stworzył z tego prawdziwy szwajcarski zegarek.

Zresztą porównanie do zegarka ma tu sens - dominującym przeciwnikiem bohaterów filmu nie są, jak wspomniałem, spersonifikowani naziści, tylko czas. Dwaj żołnierze pędzą z noszami z rannym, żeby zdążyć na statek, zanim odpłynie. Pilot walczy z czasem pozostałym mu do momentu, w którym skończy się paliwo. Bezbronny oficer biernie wyczekuje chwili, w której nadlatujący szturmowiec zrzuci bombę. Napięcie budowane jest czekaniem i to w taki sposób, że widz siedzi przyspawany do kinowego fotela. Zwłaszcza, że nad tym wszystkim dominuje Hans Zimmer i  jego “tykająca” muzyka. Tykanie nadaje rytm akcji na ekranie. Nolan, choć nie unika szerokich, efektownych i pięknych ujęć, całą dramaturgię pompuje właśnie w takie sceny. Zwłaszcza że kamera jest wtedy zwykle blisko postaci, skupiając się na szczególe, a nie ogóle. Nie uświadczycie tu np. przesiąkniętych efektami specjalnymi walk powietrznych rodem z “Pearl Harbour”. Zamiast tego, ujęcia z przytulonej do kadłuba, zawieszonej nad głową pilota lub tuż obok przyrządów celowniczych kamery. Działa to wszystko naprawdę mistrzowsko. 

Podobnie zresztą, jak oszczędna, ale bezbłędna w gruncie rzeczy gra aktorska. Nie ma nadmiernej ekspresji, zbytniego dramatyzowania, czy udawania. Wprawdzie aktorzy kalibru Kennetha Branagha czy Toma Hardy’ego nie mają zbytniego pola do popisu w swoich rolach, ale dzielnie trzymają się ram narzuconych przez reżysera. Genialny jest młody Fionn Whitehead, doskonale grający twarzą i gestami. Zastrzeżenie mogę mieć jedynie do Cilliana Murphy’ego, chyba ulubionego aktora Nolana, który nie jest zbytnio przekonujący w roli ogarniętego paniką żołnierza.

Czy wspominałem już, że nie jestem fanem Christophera Nolana? No więc, nie jestem, bo jego filmy mają stały zestaw wad, których zdają się nie dostrzegać jego najwierniejsi wyznawcy. Tym razem posypuję głowę popiołem z pokorą, ponieważ “Dunkierka” jest dziełem niemal doskonałym, zaś jego twórca wykazał się kunsztem, jakiego próżno szukać w dzisiejszym Hollywood. Mało tego - reżyser uniknął swojej najbardziej karygodnej przypadłości, czyli zbytniego wydłużania filmu. “Dunkierka” trwa zaledwie godzinę i 46 minut i jest to czas wykorzystany perfekcyjnie. Ze wszystkich “nolanizmów” obrazowi nie udało się uniknąć tylko jednego - przy całym nagromadzeniu napięcia, film pod koniec traci impet. Reżyser celowo wyhamowuje, bo za dramatami żołnierzy uwięzionych na plaży Dunkierki musi przecież w końcu iść pozytywny, podnoszący na duchu przekaz. Nie każdy musi zgodzić się z tą wadą, jestem tego świadom. Mimo to uważam, że gdyby Nolan dodał gazu na ostatnim zakręcie i bardziej dokręcił śrubę niektórym swoim bohaterom, to stworzyłby dzieło mroczniejsze, ale za to wiekopomne. Tak czy inaczej, “Dunkierka” to film wojenny, którego nie sposób porównać z niczym innym. I ciężko też zapomnieć.

Tagi: dunkierka film recenzja

Werdykt
  • + Mistrzowska kompozycja i narracja
  • + Zdjęcia
  • + Muzyka
  • + Trzyma w napięciu
  • + Powiew świeżości w kinie wojennym
  • - Budowane napięcie nie do końca znajduje ujście pod koniec
8.5
Piotr Rozbicki
Piotr Rozbicki Mimo że końcówce zabrakło odpowiednio mocnej kulminacji, "Dunkierka" jest ambitnym, niemal perfekcyjnie skonstruowanym filmem. Kino wojenne o zupełnie nowym obliczu, którego się nie spodziewasz.

Miesięcznik PSX Extreme