SKLEP
Jędrzej Dudkiewicz Jędrzej Dudkiewicz 13.03.2017
Kong: Wyspa Czaszki – recenzja filmu
2840V

Kong: Wyspa Czaszki – recenzja filmu

King Kong jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych – obok Godzilli – wielkich monstrów, które od wielu lat rozpalają wyobraźnię filmowców. Wszystko wskazuje na to, że najnowsza odsłona historii gigantycznego goryla, w reżyserii mało znanego Jordana Vogta-Robertsa, jest jednocześnie wstępem do szykowanego w przyszłości uniwersum potworów. Na szczęście Kong: Wyspa Czaszki funkcjonuje też jako osobna, pełnoprawna produkcja.

Jest rok 1973, trwa zimna wojna, a Amerykanie zaczynają ewakuować się z Wietnamu. W takim klimacie niejaki Bill Randa próbuje przekonać jednego z senatorów, by pozwolił mu polecieć na ostatnie niezbadane miejsce na naszej planecie – Wyspę Czaszki. Jak jednak wiadomo, przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę. Trafiają do niej między innymi oddział żołnierzy pod dowództwem Packarda, świetny tropiciel Conrad oraz antywojenna fotografka Weaver. Po dotarciu do celu szybko okaże się, że nie jest to najprzyjemniejsze miejsce do spędzania wolnego czasu.

Bo chociaż najważniejszy jest tu oczywiście King Kong, to jednak Wyspa Czaszki zamieszkana jest też przez inne stworzenia – na przykład gigantyczną ośmiornicę, równie wielkie pająki oraz przede wszystkim czaszkołazy. Kong, który ma tu całkiem nieźle zarysowany charakter, tak naprawdę jest najmniejszym zmartwieniem naszych bohaterów. To w sumie sprawiedliwy władca wyspy, istota dość introwertyczna i wrażliwa. Co nie znaczy, że każdy może przyjechać do jego domu i zrzucać bomby, bo wtedy spotka się z dziką furią goryla. A ta wygląda na ekranie fenomenalnie. Co prawda zdecydowanie najlepsze jest tu jego pierwsze starcie z helikopterami pełnymi żołnierzy, ale i kolejne walki będą cieszyć oko. Zrealizowane są pomysłowo, ze świetnymi efektami specjalnymi, dobrze zmontowane i zwyczajnie… ładne. Kong: Wyspa Czaszki ma bowiem bardzo dopracowane zdjęcia i tylko czasem trafiają się takie, które są już tak wystylizowane i podkręcone, że aż wyglądają nienaturalnie. Na szczęście zdarza się to rzadko.

Tym, co stanowi największy atut oraz, paradoksalnie, największy problem filmu są postacie. Zacznijmy od tego, że jest ich zdecydowanie za dużo. A skoro film trwa niecałe dwie godziny, nie zaś ponad trzy, zwyczajnie nie ma czasu na to, by większość z nich porządnie rozwinąć. O dziwo najsłabsi są teoretycznie główni bohaterowie, czyli Conrad i Weaver. Ten pierwszy jest szlachetny i doświadczony, ta druga nienawidzi wojny. I w zasadzie tyle można o nich powiedzieć. Sprawdzają się za to żołnierze, ale tylko wtedy, gdy potraktuje się ich jako jedną, zbiorową postać. Ich relacje mają odpowiednią dynamikę, można uwierzyć, że to kumple, którzy niejedno już razem widzieli i przeżyli. Tylko dlatego, gdy któryś z nich ginie pojawia się smutek. Intrygujący potrafi być też Randa, który jednak w drugiej połowie filmu trochę znika z ekranu. No i szkoda, że tak często zachowują się oni wszyscy nielogicznie.

Dlatego też najciekawsi wydają się Packard i Marlowe (tego weterana II wojny światowej pozostali spotykają już po wylądowaniu na miejscu). Dla Konga: Wyspy Czaszki kluczowe znaczenie mają bowiem wojna i jej konsekwencje. Packard wyraźnie zdradza objawy problemów psychicznych – krótko rzecz ujmując, jest uzależniony od walki i nie wydaje się, by był w stanie wrócić do społeczeństwa i normalnie w nim funkcjonować. Z tego powodu w każdych warunkach potrafi znaleźć, albo nawet stworzyć konflikt, który dostarczy mu odpowiednich emocji. Marlowe z kolei pokazuje, że czasem jednak można odpuścić, pogodzić się z wrogiem i zachować człowieczeństwo, mając skromne, proste marzenia. Produkcja Vogta-Robertsa to – co prawda niezbyt głębokie – przypomnienie, że człowiek zawsze będzie dążyć do konfrontacji. W końcu Marlowe jest raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Kong: Wyspa Czaszki jest więc bardzo solidnym blockbusterem, niegłupim i dostarczającym sporo porządnej rozrywki. To dzieło efektowne, czasami trzymające w napięciu i mające w sobie mnóstwo odwołań do innych filmów – od Czasu Apokalipsy, przez Jurassic Park, po Predatora. Pozostałych – większych lub mniejszych – mrugnięć okiem szukajcie już sami.

Werdykt
  • + Efektowność
  • + Świetna strona wizualna
  • + Niektóre postacie
  • + Ma przesłanie
  • - Za dużo bohaterów – większość mało ciekawa
  • - Niektóre kadry trącą sztucznością
  • - Sporo nielogicznych zachowań postaci
7.0
Jędrzej Dudkiewicz
Jędrzej Dudkiewicz Kong: Wyspa Czaszki to film generalnie spełniający pokładane w nim nadzieje – to dobra, efektowna rozrywka.

Miesięcznik PSX Extreme