SKLEP
montana 16.04.2014
Recenzja Uncharted: Drake’s Fortune
2225V

Recenzja Uncharted: Drake’s Fortune

Naughty Dog to wariaty.

Uncharted: Fortuna Drake'a
  • Platformy:  PS3 
  • Data premiery - Polska: 07.12.2007
  • Nie
  • od lat 16 wulgarny język przemoc

Czego ci panowie się nie dotkną to od razu przekuwają to w złoto. Wpierw Crash, który ukształtował w zbiorowej świadomości czym jest gatunek platformówek na PS1, potem seria Jak and Daxter godnie kontynuująca gry platformowe na PS2 i wreszcie Uncharted, czyli tu, gdzie obecnie jesteśmy. A raczej ja jestem, bo choć unikałem wszelkich nowinek o tym tytule to chcąc nie chcąc trylogia Nathana Drake’a zawsze i wszędzie przewija się w temacie żelaznych must have’ów na PS3. Do tego jeszcze dochodzi arcydzieło The Last of Us, jeżeli wierzyć opinii większości graczy i recenzentów, ale to temat na osobną dyskusję. Dla mnie, czyli gracza dopiero wchodzącego w siódmą generację, Uncharted: Drake’s Fortune to ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony wiem mniej więcej na co PS3 stać, więc podchodzę do tego tytułu bez nadmiernej ekscytacji, która towarzyszyła recenzjom i opiniom sprzed prawie 7 lat. Z drugiej zapewne niczego nowego nie wymyślę, bo gra została już zlustrowana przez innych od góry do dołu, ale i tak nie omieszkam przelać na papier (ekran?) tego, co na jej temat myślę.

 

 

Początek rozwija się bardzo szybko. Jeszcze nie zdążyłem złapać za pada, a już przyszło mi strzelać się z okolicznymi piratami. Nathan Drake to potomek słynnego Francisa Drake’a, którego nazwisko może nie świeci tak jasno jak Kolumba, Magellana czy Vasco Da Gamy, ale to jak najbardziej zasłużony podróżnik z drugiej połowy XVI wieku. Zaczynamy od wyłowienia jego trumny, która ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych w liczbie dwóch zawiera w sobie jedynie małą książeczkę. Książeczka  ta to rodzaj poradnika, który ma doprowadzić szczęśliwca do góry złota w legendarnym El Dorado.



Przyznam, że nigdy nie przepadałem za Indianą Jonesem, ale doceniam to w jaki sposób Spielberg z Lucasem wykreowali tak rozpoznawalnego dzisiaj bohatera. I tak, jak Lara Croft wielokrotnie nazywana bywa mianem właśnie Indiany Jonesa w spódnicy, tak Nathan Drake mógłby śmiało robić za męski odpowiednik Lary. Zresztą wystarczyło kilka zdań, żeby ten młody podróżnik mnie do siebie przekonał. Przystojny, inteligentny i żartobliwy prawie jak ja hłe hłe. Brakowało mi w grach trochę takiej postaci z lekkim, żeby nie powiedzieć wręcz lekkomyślnym i lekko cynicznym podejściem do świata. Każde kolejne kłopoty podsumowuje krótkim: „Oh crap”, a jedyne, co mąci jego umysł to chęć odnalezienia mitycznego skarbu. Chłopak nie byłby jednak tak zabawowy gdyby nie Elena. Dziennikarka z przypadku, która razem z nim wyrusza w tę ekscytującą podróż. Pomimo, że sama fabuła nie jest niczym specjalnym to właśnie dialogi między nimi powodują, że kolejne scenki przerywnikowe ogląda się ze sporą uwagą. Są świeże, błyskotliwe i jedyne, na co mogę popsioczyć to, że mogłoby być ich więcej. Nie miałem wrażenia, że jedno flirtuje z drugim w tanim stylu, jak to zazwyczaj ma miejsce w tego typu sytuacjach. Gadają jak równy z równym.

 

Przed zagraniem w omawiany tytuł miałem już za sobą najnowszą odsłonę Tomb Raidera, co pewnie odbijać mi się będzie czkawką jeszcze przez długi okres. Pierwsze, co mnie więc uderzyło to ruchy Nathana. Nie jest nawet w połowie tak zwinny jak Lara. Porusza się dość ociężale, a jego skokom dużo bliżej do ludzkich możliwości niż wspomnianej Larze. Tytuł prezentuje się ogólnie bardzo wesoło, że to tak ujmę. Żywa, choć momentami nieco zbyt promienista i plastikowa kolorystyka idealne odwzorowuje lekkie podejście do tematu, jakim legitymuje się ta gra. Co do zasady jest bezstresowo, przez kolejne poziomy przebijałem się bez żadnego trudu aż w końcu naszła mnie refleksja, iż szkoda, że tytuł nie stawia nam żadnych wyzwań. Już pierwsza „zagadka” pozostawiła mnie z rozdziawioną japą. Mamy 4 posążki, które trzeba wcisnąć we właściwej kolejności. Na ekranie miga mi „select”, naciskam i otwiera się książeczka naszego przodka ze znanymi posążkami, przy których widnieją odpowiednie liczby. No bez jaj, to się nie może dziać naprawdę… A co z osobami, które nie znają się na matematyce? Jawna dyskryminacja! Gry to jednak rzeczywiście są w tych czasach trudne. Tak, są. Zaciąłem się w dosłownie jednym momencie, ale sam sobie utrudniłem życie. Stoimy w sali z kolejnymi 4 posążkami. Na ekranie miga mi tym razem „L2”, ale go olewam, bo chcę sam dojść do rozwiązania. Biegam, strzelam, robię pompki po czym okazuje się, że szybko rozwiązałem ten ambaras, ale byłem blokowany. Blokowany przez „L2”, którego nie wcisnąłem. Wciskam więc w końcu to cholerne „L2” tylko po to, żeby bohater oświecił mnie swoją mądrością: „Chyba coś trzeba zrobić z tymi posążkami.” Jak zaklęcie otwiera to tym samym nowe możliwości, bo teraz stojąc przy posągach mogę dopiero wykonać inną akcję niż przyglądanie się im. Chciałem być mądry, ale mi nie wyszło.



Pal licho te zagadki. Pal licho także elementy platformowe, bo błyskawicznie do mnie dotarło, że również nie na nich opiera się trzon pierwszego Uncharted. I wiecie co? Nawet nie byłem tym faktem zbytnio zmartwiony. Przyzwyczajony po nowym Tomb Raiderze szybko przyjąłem to jako fakt i nie zapłakałem do końca gry nad tym elementem. To tak naprawdę dodatek, który choć czasem prezentuje się dosyć okazale (jak wspinanie po twierdzy) to wszystko to jest bardziej na pokaz i pełni rolę przerwy między kolejnymi strzelaninami. I to właśnie wymiany ognia są filarem tej przygody Nate’a.

 

 

Strzela się za to fantastycznie! Nasz bohater w tym aspekcie postawił na realizm i możemy naraz nosić ze sobą wyłącznie 2 gnaty z każdego rodzaju po jednym. Pierwszy nazwę umownie pistoletami, drugi broniami dużo szybciej strzelnymi. „Umownie”, bo oprócz pistoletu w tej grupie znajduje się także Uzi, które raczej średnio do wspomnianego rodzaju pasuje. W każdym razie Roman Polko ze mnie żaden, więc możliwe, że się po prostu czepiam. Najbardziej kontrowersyjną decyzją „Psiaków” w temacie arsenału jest fakt, że pistolet ma zaskakująco sporą siłę rażenia. Zazwyczaj to jego pierwszego się pozbywam, a tutaj to bodaj najczęściej używana przeze mnie pukawka.  Strzelanie jednak samo w sobie nie byłoby tak rajcowne gdyby nie osłony używane niemal za każdym razem, kiedy naciskamy na spust. Xboxowcy mi mówią, że to już było w Gears of War, ale ja jako fanboy Sony udaję, że to nowość. Poważniej mówiąc to kolejny raz potwierdza się teza o tym jak znacząco na odbiór gry wpływa kolejność ogrywania tytułów. Pewnie gdybym zaliczył Gearsów w tej chwili narzekałbym ile wlezie na wtórność Uncharted. Tak się jednak nie stało i osłony uważam za fajny bajer. Co prawda nieco śmiesznie wygląda sytuacja, w której wpadamy do jakiejś lokacji z powalonymi podręcznikowo słupami, za które można się skryć. Jeżeli widzisz słupy to wiedz, że coś się będzie działo. Irytuje czasem fakt, że Nathan lubi się przyklejać nawet do tych ścian, z którymi nie mieliśmy zamiaru aż tak się spoufalać.
 

 

Po każdym strzale przeciwnik lekko się zakołysze, dzięki czemu szczególnie na początku może uniemożliwić nam jego dobicie. Potem śmiało idzie przewidzieć, w którą stronę odbije rywal i gdzie należy ustawić celownik. Nie mam jednak kompletnie wyrobionego zdania, jeżeli chodzi o ich inteligencję. Z jednej strony mam wrażenie, że kiedy celuję akurat w miejsce, w którym powinien się pokazać to ten to wyczuwa i pojawia się na złość z drugiej mańki. Odwrotna strona medalu jest taka, że potrafią gęsiego do nas przywędrować czy rzucić się samemu granatem. Strzelanki, choć przyjemne to potrafią nieraz wytrącić z równowagi. Ich wspólny mianownik jest taki, że wydają nigdy się nie kończyć i następują falami po sobie. Załóżmy, że wszystkich wybijesz, idziesz dosłownie 1,5 metra przed siebie, a tu psikus, bo nowa banda podbiega z tyłu. Nie rzuciłoby mi się to aż tak w oczy gdyby nie to, że często musiałem liczyć każdy nabój, a Nate zostawał z pustym magazynkiem w obu komorach. Naturalnie więc chciałbym pozbierać trochę amunicji, ale gra mi tego nie ułatwia, bo armia nieprzyjaciela nie śpi i nie daje nam zbyt długiej chwili wytchnienia. Szkoda, że na każdą broń mamy ustalony limit naboi, który twardo stoi w jednym punkcie aż do samego końca. Ze 3 razy przyjdzie nam zasiąść za sterami skutera, który byłby całkiem znośny gdyby nie to, że żeby strzelić trzeba się zatrzymać, a na rwącym potoku jest dosyć ciężko utrzymać wtedy pozycję.

 

 

Ciężko mi w tej chwili ocenić jakość grafiki, bo ogólnie nie jestem za tym, żeby to robić. Na ten moment pierwszy Uncharted wygląda jak dla mnie bardzo ślicznie. Miejscówki prezentują się poprawnie aczkolwiek nieco za bardzo monotematycznie. No ruiny. Tu ruiny, tam ruiny, ale żadna z tych ruin nie spowodowała, że wstałem z fotela i zacząłem bić brawo. Muzyczkę podłożono bardzo przemyślanie, a voice-acting w wykonaniu każdej z liczących się postaci spełnia pokładane w nim nadzieje. Nie ma jeszcze w pierwszej części ani krzty polskiego, ale to akurat żaden problem.



Uncharted: Drake’s Fortune to porządny tytuł, który choć wygląda jak zręcznościowa/przygodowa gra akcji to bliżej mu do strzelaniny. Nie wprowadza żadnej rewolucji, korzysta raczej ze sprawdzonych składników, ale łączy je w sposób godny pochwały. Indywidualny odbiór zależy najsilniej od naszego nastawienia. Jeżeli oczekujesz nieskomplikowanej rozrywki na najwyższym poziomie to z pewnością się nie zawiedziesz. Ty, nieznany mi czytelniku.

Tagi: recenzje gier ps3 uncharted drake's fortune recenzja uncharted recenzja

Werdykt
Graliśmy na: PS3
  • + porządny gameplay
  • + znakomity duet bohaterów
  • + uwaga strzelam zza słupa!
  • - zbyt banalna
  • - skopcone elementy zręcznościowe
montana
montana Nie wprowadza żadnej rewolucji, korzysta raczej ze sprawdzonych składników, ale łączy je w sposób godny pochwały.
Oceń recenzję
+ +22 -

Miesięcznik PSX Extreme