Assassin’s Creed Origins w swojej podstawowej wersji zupełnie mnie oczarowało. Ubisoft wzięło zastałą markę i wprowadziło istne zatrzęsienie nowych rozwiązań (zmieniając zresztą gatunek na RPG-a akcji), co przyjąłem z otwartymi ramionami. Problem w tym, że cała ta rewolucja i nowe pomysły znów utkwiły w miejscu, gdy dostaliśmy pierwszy dodatek „The Hidden Ones”. Oprócz nowej lokacji, która równie dobrze mogłaby być częścią mapy podstawki, nie zobaczyliśmy absolutnie nic świeżego – podobne zadania, podobne znajdźki i zupełnie nijaką linię fabularną. Niby standardowe „więcej tego samego”, ale efekt rozczarował. Na szczęście studio deweloperskie nie przestało być kreatywne, po prostu wszystkie siły włożyli w „The Curse of the Pharaohs”.

Assassin's Creed Origins The Curse of the Pharaohs DLC #1

Klątwa faraonów” odkrywa przed nami Teby, które to miasto nie tylko było stolicą starożytnego Egiptu, ale też miejscem jednej z najważniejszych nekropolii – Doliny Królów. Przez prawie 500 lat chowano tam faraonów, co podsunęło deweloperowi znakomity pomysł. I tak, oprócz sporego terenu w prawdziwym świecie, dostaliśmy cztery grobowce przenoszące Bayeka do mistycznych otwartych lokacji, gdzie ogromne skorpiony i mumie w ciężkich zbrojach spotykamy niemal na każdym kroku. I tego właśnie było trzeba!

Każdy grobowiec stanowi osobny otwarty świat, prezentując zupełnie odmienne miejscówki. Raz biegniemy wśród jaskrawożółtych kłosów, mijając sunące po ziemi statki z nieumarłymi wojownikami, innym razem wspinamy się po ogromnym szkielecie żmii między rozłożystymi kwiatami święcącymi w przyciemnionym otoczeniu niczym błękitne neony. Nad nami przelatują ptaki z ludzką twarzą, pod nogami pobłyskuje wściekle zielona trucizna pozostawiona przez skorpiona, a pojawiająca się znienacka burza piaskowa sprawia, że nacierający atak zjawy faraona zauważamy dopiero, gdy ten jest na wyciągnięcie ręki bohatera. Projektanci rewelacyjnie wykorzystali ówczesne wierzenia, by oddać nam charakterystyczne Zaświaty, które pozostaną w pamięci na długo.

Assassin's Creed Origins The Curse of the Pharaohs DLC #2

A po co w ogóle przybywamy do Teb? Wprowadzenie fabularne jest nad wyraz oszczędne. Dostajemy informację, że w okolicy chodzi pogłoska o potężnym artefakcie podobnym do Jabłka Edenu, z którym nasz bohater miał już wcześniej do czynienia. Wiąże się to z nieumarłymi pojawiającymi się w mieście i poza nim, a całość mocno bazuje na wierzeniach tamtego okresu. Aton czy Amon to mniej znani bogowie w porównaniu do Seta, Horusa i Ozyrysa występujących w podstawce, ale warto się zainteresować i doczytać – czy to w grze, czy to na własną rękę – bo misje fabularne mocno opierają się na egipskiej mitologii i można wiele stracić. Niektóre zadania poboczne rozwijają z kolei samego Bayeka, ukazując, jak radzi sobie po dotychczasowych wydarzeniach. Szkoda tylko, że duża część czterdziestu nowych questów wymaga zwykłego biegania po rozmaite posążki. Ja rozumiem, że religia i kapłani, ale ciągle ktoś mnie o nie prosił. Zlitujcie się!

Maksymalny poziom doświadczenia skoczył z 45. do 55. i to cieszy, szczególnie że mam za sobą drugie ukończenie tytułu w Nowej Grze+. Od pierwszych chwil spędzonych w Tebach gra pokazuje nową jakość wyzwania, stawiając nas bez przygotowania do walki z nieumarłym faraonem – a dokładnie z jego zjawą, bo te co jakiś czas pojawiają się w okolicy. Są więc wyższe poziomy do zdobycia, jest kilka nowych umiejętności do odblokowania, znajdą się również wyjątkowo efektowne bronie i jedna przesadnie duża tarcza – wszystko sensownie urozmaica rozgrywkę bez niszczenia balansu. Jeśli jednak nie wbiliście jeszcze maksymalnego poziomu w podstawowej wersji gry i nie chcecie grindować, by zagrać w to rozszerzenie, jest opcja skopiowania zapisu gry (dwa nowe sloty w menu!) i na tym nowym Wasz poziom podskoczy do 45., a przy okazji dostaniecie po jednej rzadkiej broni z każdego rodzaju. Zupełnie nie rozumiem zarzutów nt. „automatycznego wbijania poziomów dla osób, które zapłaciły za DLC” – to nie jest bezczelna mikropłatność, a opcja łatwiejszego rozpoczęcia zabawy w Tebach (i Zaświatach!). I to się chwali.

Assassin's Creed Origins The Curse of the Pharaohs DLC #3

Jeśli miałbym doszukiwać się wad, to denerwowało mnie losowe zachowanie wrogich żołnierzy w obliczu pojawienia się zjawy faraona. Raz drżą w strachu i nie mogą się ruszyć, innym razem rzucają się do walki, a czasem uwaga wszystkich obecnych przechodzi nagle na Bayeka – taki „miniboss” w towarzystwie kilku łuczników i osiłków to pełna śmierć. W podobnych sytuacjach znajdowałem się wielokrotnie i odniosłem wrażenie, że to nie jest zwyczajnie urozmaicone zachowanie żołnierzy, a problem z ich sztuczną inteligencją, która się gubi, mając za przeciwnika zarówno mnie, jak i faraona. Nie jest to jednak nic, co psułoby zabawę. Nie denerwuje nawet jedna ze zjaw, która potrafi zabić krótką kombinacją, bo tylko wtedy możemy zobaczyć, z jaką gracją łapie naszego bohatera i łamie mu kręgosłup w morderczym uścisku. Szkoda, że podobnych finisherów dostaliśmy zaledwie kilka.

Klątwa faraonów” to rozszerzenie zdecydowanie godne wspaniałego Assassin’s Creed Origins. Różnorodność przepięknie zaprojektowanych Zaświatów była potrzebna, bo starożytny Egipt, choć fenomenalny w swoim klimacie i widokach, zaczynał mnie nużyć (ale mam na koncie dwukrotnie ukończenie całości i grubo ponad 120 godzin zabawy). Tak czy inaczej, mowa tu o kilkunastogodzinnym dodatku, który musi jak najszybciej trafić do pudełka z podstawką, bo nie tylko wprowadza nowe lokacje, ale też poszerza wątki mitologii egipskiej i samego Bayeka.

Gra recenzowana była na PS4 Pro

Kod na dodatek otrzymaliśmy razem z podstawową wersją gry w ramach przepustki sezonowej od Ubisoftu.