SKLEP
Wojciech Gruszczyk 09.08.2017
Shadow Tactics: Blades of the Shogun - recenzja gry
1425V

Shadow Tactics: Blades of the Shogun - recenzja gry

Mimimi Productions wskrzesiło trupa. Studio nie sięgnęło po znaną markę oferując graczom kolejny kotlet, ale wyciągnęło z szafy jeden z zapomnianych od dawna gatunków. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę, bo fani kultowej serii Commandosa, zapomnianego Desperados: Wanted Dead or Alive czy też świetnego Robin Hood: The Legend of Sherwood, od dawna czekali na ten tytuł. Będziecie myśleć, kombinować, męczyć się, a każdy trup sprawi, że uśmiechniecie się jeszcze szerzej.

Shadow Tactics: Blades of the Shogun
  • Platformy:  PS4   XONE   PC 
  • Data premiery - Polska: 06.12.2016
  • Napisy
  • od lat 16 przemoc

Nie wspominam o Commandosie, Desperadosie i Robin Hoodzie bez powodu. Mimimi Productions czerpie garściami z tych trzech klasyków serwując graczom w prostych słowach „Commandosa z samurajami”. Gra nie jest rewolucyjna, nie wprowadza nowych rozwiązań, nie przełamuje barier, ale jest niespotykanie skuteczna w realizacji swoich założeń. I to w zasadzie wystarczyło.

Japonia jaką pokochacie

Akcja opowieści została umiejscowiona w Kraju Kwitnącej Wiśni, a dokładnie w roku 1615 (Epoka Edo), gdy Szogun doprowadza do zjednoczenia kraju. Za jego plecami pojawia się tajemniczy Kage-Sam, który chce pokrzyżować jego plany i doprowadzić do rebelii. Władca Japonii nie może pozwolić na najmniejsze konflikty, więc wysyła do opanowania sytuacji wyszkolonego samuraja Mugena, który ma rozpracować wroga. Cała opowieść została podzielona na trzynaście misji, pomiędzy którymi obserwujemy krótkie dialogi, a historia choć nie przeszkadza, to jest jednak tylko i wyłącznie tłem do głównego dania.

Schabowym z ziemniaczkami i surówką w tym wypadku jest rozgrywka, która nie zawodzi w najmniejszym stopniu. Za każdym razem akcję obserwujemy w rzucie izometrycznym, ale wszystkie mapy zostały przygotowane w pełnym trójwymiarze – kamerą możemy bez problemu manewrować, więc otrzymujemy pełny podgląd na sytuację na ekranie. W trakcie zadań musimy wykonać powierzone cele, które są dokładnie rozpisane, więc nikt nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem wydarzeń. Jednak samo poznanie zadania, to w tym wypadku tylko połowa sukcesu, bo przechodząc do jego realizacji rozpoczyna się prawdziwa zabawa.

Mugen nie jest typowym „one-man-army”, więc podczas opowieści dołączają do niego kolejni specjaliści, którzy wspólnymi siłami rozwiązują problemy. Współpraca jest tutaj niezbędna, a deweloperzy doskonale dobrali umiejętności bohaterów, dzięki którym podczas rozgrywki otrzymujemy ogromną swobodę wykonania zadań, a jednocześnie możemy sprawnie planować zdarzenia.

Wspomniany samuraj może korzystać z silnego ataku i zabić kilku przeciwników na wyznaczonym obszarze, potrafi również przywołać przeciwnika za pomocą rzuconej butelki sake. Tylko on jest na tyle silny, by zawalczyć w bezpośrednim pojedynku z innym samurajem, a w dodatku dzięki swojej tężyźnie przenosi ciężkie przedmioty, a nawet dwa trupy jednocześnie. W zespole znajduje się również Hayato zabijający oponentów na pewnym dystansie za pomocą shurikena (można go podnosić), czy też rzucający kamieniami w celu dekoncentracji oponentów. Natomiast Aiko po znalezieniu stroju, przebiera się za kapłankę lub gejszę i odwraca uwagę rywali, by w odpowiednim momencie rozsypać specjalny proszek pogarszający wzrok. Najmłodszą przedstawicielką drużyny jest Yuki posiadająca specjalną pułapkę do rozstawienia oraz flet do zwabienia oponentów, zaś najstarszym członkiem formacji został Takuma, który posiada karabin snajperski, granaty oraz tresowanego szopa.

Planowanie, działanie i satysfakcja  

Ten zestaw różnorodnych charakterów oraz zdolności daje niezłe pole do popisu i kombinacji. Każda misja zajmuje przy pierwszym podejściu przynajmniej półtorej godziny, jednak nie będę ukrywał, że w moim przypadku zazwyczaj zegar zbliżał się do dwóch godzin. Jest to spowodowane prostą zasadą – autorzy nie narzucają nam jednej możliwej drogi, otwarcie pokazują różne cele, a lokacje są spore i pozwalają na ogromną swobodę. Bez przeszkód możemy przemknąć niepostrzeżenie obok wielu rywali, zabijając tylko tych niezbędnych, lecz bez problemu nasz zespół wybije wszystkich rywali na mapie i z błogą dokładnością zaplanujemy każdy ruch.  

Zapewniam przy tym, że gracze nie zostaną tutaj wrzuceni na głęboką wodę. Nawet pierwsza misja potrafi wymęczyć, lecz autorzy pozwalają dokładnie poznać tytuł, umiejętności samurajów oraz uczą współpracy. Ten ostatni element jest niezbędny, bo przykładowo Aiko zagadując oponentów pozwala przejść obok Hayato, Yuki za pomocą fleta zwabia w jedno miejsce nawet kilku oponentów, których w sekundzie eliminuje specjalnym atakiem Mugen lub Aiko odwraca uwagę dwóch strażników, w tym czasie Yuki podkłada pułapkę, Hayato czeka z wycelowanym shurikenem, a gdzieś tam w tle, na wyższej wieży, czeka na dobry moment Takuma z naładowaną snajperką. Takich relacji znajdziecie w grze tonę, ale też nikt w tym wypadku nie mówi „zrób to tak”, „to jedyna droga do sukcesu”, bo w propozycji Niemców gracz musi naprawdę kombinować. Pomaga w takiej zabawie „Tryb Cienia”, który pozwala planować akcje, by następnie za pomocą jednego przycisku włączać kolejne komendy – szkoda jedynie, że w tym wypadku otrzymaliśmy możliwość planowania wyłącznie jednego ruchu dla poszczególnej postaci.

Niezależnie od zdolności bohaterów, głównym elementem rozgrywki jest „zielony trójkąt”. Dobrze znany między innymi ze wspomnianego Commandosa element sprawia, że mamy świadomość, jak daleko sięga wzrok przeciwników. Standardowo barwa pozwala nam również dostrzec, w którym momencie możemy przykucnąć i pozostać niezauważonymi, więc w trakcie wydarzeń często przed pierwszym ruchem należy przez dobre kilka, a nawet kilkanaście minut „poznać teren”. Sprawdzamy pole widzenia, obserwujemy ruchy, ścieżki rywali… Aż możemy w końcu zaatakować.

Należy przy tym również dobrze przyglądać się przeciwnikom, bo autorzy zdecydowali się przygotować kilka typów rywali i niektórych dla przykładu nie możemy skusić rozrzuconym alkoholem, inni nie zareagują na nasze wołanie lub dostrzegą przebraną Aiko. Twórcy mogliby się zdecydować na kilka dodatkowych typów, ale i tak większym problemem jest ich inteligencja. Nietrudno w trakcie rozgrywki wpaść na głupie zachowanie oponentów, którzy po znalezieniu trupa zdecydowanie za szybko rezygnują z patrolu, nie sprawdzają jedynego schowka znajdującego się tuż obok ofiary lub potrafią uwierzyć w „nieszczęśliwe wypadki”, gdy na głowę jednego ze strażników spada drewno.

Kampania w tym wypadku jest jedynym trybem rozgrywki i choć nie można narzekać na jej długość, to na pewno dobrym urozmaiceniem byłby nawet skromny edytor miejscówek, czy też seria krótkich wyzwań serwowana przez deweloperów.

Dobrze wykonane, dobrze przemyślane

Już po premierze na PC wiedziałem, że muszę pamiętać o tym tytule, ale wciąż wyczekiwałem na konsolowe wydanie. W pewnej chwili miałem małą obawę o kontrolę na padzie, ale autorzy doskonale rozwiązali ten element. Bez najmniejszego problemu można wydawać polecenia, zmieniać postacie, korzystać z różnych zdolności, obracać kamerą – twórcy korzystają z typowych kół wyboru, które w tym wypadku w ogóle nie zawodzą.

Deweloperzy nie wpadli nawet w takich drobnych elementach jak szybki zapis. Chociaż pierwsze wczytanie poziomu trwa sporo, to jednak później możemy w dosłownie sekundę zapisać rozgrywkę lub wczytać jeden z momentów – gra na szczęście nie nadpisuje jednego slota, więc nawet jeśli wykonamy coś totalnie głupiego, możemy bez problemu wrócić do bezpiecznej lokacji. Ciekawym patentem jest nawet informacja dotycząca „czasu od ostatniego zapisu”, który wyświetla się na ekranie i ostrzega przed kolejną akcją.

Sporym atutem produkcji jest również samo umiejscowienie wydarzeń. Japonia w tym wypadku została zaprezentowana w świetny sposób i nietrudno docenić najdrobniejsze detale, architekturę, kolorystykę, czy po prostu wygląd bohaterów oraz przeciwników. Autorom udało się zaprezentować bajeczną atmosferę Kraju Kwitnącej Wiśni, a dużym atutem jest dodanie do produkcji japońskich dialogów – przed rozpoczęciem opowieści wybieramy angielski lub japoński dubbing. Jest to mały dodatek, który jednak doceni wielu graczy.

Commandos powrócił!

Nie bez powodu wspominam w tym tekście kilkukrotnie o Commandosie, bo Shadow Tactics: Blades of the Shogun to prawdziwy hołd dla tej produkcji. Autorzy w świetny sposób realizują zapomnianą przez wielu wizję, wrzucają ją do nowej miejscówki, dbają o małe detale i serwują długą opowieść. Można pod nosem ponarzekać na sztuczną inteligencję rywali, czy też brak dodatkowych trybów, ale w ostateczności i tak dostajemy tytuł, w który po prostu trzeba zagrać.  

Tagi:

Werdykt
Graliśmy na: XONE
  • + Taktyczna uczta dla fanów Commandosa
  • + Współpraca bohaterów
  • + Umiejscowienie wydarzeń
  • + Zdolności bohaterów
  • + Wielka swoboda
  • - Sztuczna inteligencja rywali czasami zawodzi
  • - A może tak dodatkowy tryb?
Wojciech Gruszczyk
Wojciech Gruszczyk Oby to był początek. Grajcie, poznawajcie, czekajcie na dobry moment, atakujcie z ukrycia i pokażcie deweloperom, że warto na dobre wskrzesić ten gatunek. To jedna z większych niespodzianek ostatnich miesięcy.
Oceń recenzję
+ +21 -

Miesięcznik PSX Extreme