SKLEP
dKc 30.03.2015
Test na hardkora
1042V

Test na hardkora

Witam wszystkich kadetów. Gratuluję ukończenia testu wstępnego, którym było wejście w świat gier wideo i kliknięcie w link z recenzją. Odkryjecie za chwilę prawdę o was samych. Poznacie tajniki, o których casualom się nawet nie śniło. Dowiecie się czy jesteście gotowi na krok milowy w waszej karierze gracza. Czy jesteście gotowi przejść ze stanu growego prawiczka w stan dorosłego mężczyzny? Czy jesteście gotowi zostać ninja bez rzucania studiów? Przedstawiam nasz przedmiot zainteresowania – grę Ninja Gaiden 2 na Xboksa 360. Pani Helu, poprosimy pierwszy slajd.

Ninja Gaiden 2
  • Platformy:  X360 
  • Data premiery - Polska: 06.06.2008
  • Napisy
  • od lat 18 przemoc

Widział las... mieczy

 

Krzychu, kadetem tera!
Dziękuję. Dzieło Team Ninja jest efektownym slasherem, w którym wcielamy się w rolę Ryu Hayabusy, który doskonale włada mieczem i który przez całą grę będzie torował sobie drogę do finałowego bossa przelewając krew tysięcy wrogów przy akompaniamencie latających rąk, głów, czy nóg. Kaszka z mleczkiem, co? I tak w istocie jest, z tym, że przez bardzo krótki okres czasu. Wtem, idylla gracza jest przerywana gwałtownie i z prędkością odlatującej kończyny jednego z wrogów dociera do nas, że to nie jest łatwiutki God of War. To nie jest prościutkie Devil May Cry 3. Zapomnijcie o tych spacerkach po parku! Tutaj, epitety z ust gracza lecą w kierunku ekranu w zatrważającym tempie – panny lekkich obyczajów, dresiarskie pociski czy słownictwo jakiego nie powstydziłby się przeciętny gimnazjalista oglądający letsplaye są tu na porządku dziennym. W grze zginąć nietrudno i gra doskonale o tym wie, bo wynagradza nas nawet achievementem za 100 zgonów. Czas prostych gier minął. Ludzi o słabych nerwach proszę o opuszczenie sali lub chociaż założenie pampersów przygotowanych specjalnie dla was, w sali obok.

 

Witam serdecznie

 

Proste jak budowa wiguriańskiego cepa

Wyjaśnijmy sobie jedno. To nie jest gra o machaniu mieczem. To gra o blokowaniu, unikaniu, kombinowaniu, czajeniu się, czyhaniu na wroga i atakowaniu go w odpowiednim momencie. Ta gra to prawdziwy test sprytu i zręczności. Gra nie zachęca gracza do szukania znajdziek. Ona to na nim w brutalny sposób wymusza. Każde odnowienie życia, punktów KI (umożliwiających wyprowadzanie mocnych ataków na dystans), przedłużenie paska wytrzymałości lub powiększenia energii KI są dobrą okazją na otwarcie szampana. Wiadomo, więcej znajdziek to więcej życia. Za samo likwidowanie przeciwników jesteśmy nagradzani punktami, które możemy wydać w sklepiku Hayabusy ulepszając broń czy dokupując przedmioty, których nie udało się zebrać podczas eksploracji terenu. Możemy mieć maksymalnie po trzy sztuki danego „ulepszacza”. Dochodzą też inne możliwości ewolucji bohatera: zebranie 9 sztuk niebieskich korali rozszerza pasek życia, a okazyjnie pojawiające się przedmioty dają możliwość kontynuowania rozgrywki po śmierci. Lekceważenie tych udogodnień poprzez brak dokładnego badania terenu zanim się przejdzie dalej nie jest dobrym pomysłem. Przed niejedną walką musiałem zbadać wszelkie zakamarki, żeby pozbierać przydatne przedmioty i znaleźć ukryty sklep! Ale to jeszcze nic, w jednym momencie znajdziemy ukryte miejsce zapisu gry (grę można zapisywać tylko przy specjalnie do tego przystosowanych posągach)! Ostrzegam, tej gry nie wolno lekceważyć. Czujcie się ostrzeżeni -  ja podchodziłem do niej w typowy sposób „meh, to się będzie wciskało X i się samo jakoś przejdzie”. Nic bardziej mylnego. Mamy do wyboru dwa tryby trudności (ścieżka ucznia i ścieżka wojownika), a trzeci jest odblokowywany po ukończeniu gry. To gra, w której trzeba będzie się nakombinować. I nie mówię tu wcale o rozwiązywaniu zagadek logicznych, jakie spotkamy w God of War, a o podejściu czysto strategicznym, którego przyjdzie nam użyć podczas kolejnych potyczek / pojedynków. Tu nie da się bezmózgo klikać i walić na oślep. Tu trzeba myśleć! W trakcie gry poprzez czytanie notatek leżących przy zabitych przeciwnikach nasz ninja dowie się co nieco o historii świata go otaczającego, a czasem nauczy się nowych umiejętności. Uzyska zdolność używania KI, strzelania z broni dystansowej czy biegania po wodzie. Przyjdzie nam także biegać po ścianach jak na rasowego ninję w czarnym lateksie przystało. Będziemy też robić walljumpy, oraz pozbawiać życia przeciwników w efektowny sposób odrąbując im kończyny. Przez te krwawe finiszery wraz z latającymi rękami i głowami w tle, PEGI 18 widniejące na pudełku nie powinno nikogo dziwić. Inną rzeczą, która kojarzyła mi się z ninjami była możliwość skradania sie, jednak gra raczej nie przewiduje takiego trybu rozgrywki. Skradanie ninjy przypomina raczej skradanie Drake’a z serii Uncharted. Zaczynamy się skradać, ale i tak wszyscy zaraz wiedzą, że jesteśmy w pobliżu. Tę niedogodność powinna wynagrodzić nam możliwość „tańczenia kujawiaczka” z leżącymi przeciwnikami. Gra jest miodna. Porażki raczej motywują do dalszej gry, choć trzeba przyznać, że są momenty w których wcale trudna nie jest. Będziemy wtedy przeć jak strzała z łuku, którego przyjdzie nam użyć. Oprócz niego w swoim asortymencie będziemy mieli dostęp do shurikenów, nożyków do rzucania oraz podwodnej wyrzutni harpunów.

 

Cześć, jestem Sonia i oczy mam wyżej.

 

Drzwi są zamknięte na głucho

Graficznie tytuł prezentuje się jak na grę z 2008 roku całkiem przyzwoicie. Lokacje, co prawda, nie zaskakują złożonością, ale zachwycają różnorodnością. Zwiedzimy miasto przypominające Wenecję, kurhan z czaszek, stację metra, Amerykę Południową, podziemia jaskiń, japońską plantację, a nawet wykolejony stojący pionowo pociąg. Przyjdzie nam walczyć w koloseum, na gigantycznym samolocie, wewnątrz zegara czy na cmentarzu mieczy. Konstrukcja etapów jest dość prosta. Aby odnaleźć bonusowe przedmioty zazwyczaj musimy obiec całą wyczyszczoną z wrogów planszę i niemal na pewno znajdziemy skrzynkę z przydatnymi itemami. Mimo to w grze pojawiają się levele, w których wspinamy się na coraz wyższe platformy, a po spadnięciu będziemy musieli wspinać się od nowa. Gra jest uberbrutalna. Latające kończyny, obcinanie rąk, nóg i głów, przybliżenia na te rzeczy powodują grymas zniesmaczenia niemal taki jak scena z paznokciem Kronosa z God of War 3. Oczywiście, przez całą grę zdążymy się do takich widoków przyzwyczaić, jednak w pierwszych momentach – to robi wrażenie. Bronie z wyglądu kojarzą się z innymi slasherami. Jest obrotowa linka na długie dystanse budząca skojarzenia z łańcuchami z serii o Kratosie, gigantyczna kosa wyglądająca jak z Dante’s Inferno czy szpony przypominające oręż Wolverina lub te z Prototype 2. Poza nimi jest jeszcze kilka broni, w tym podwójny miecz czy wiguriański cep. Smaczki  jak strząsanie krwi z miecza po walce czy wibracje w padzie podczas cutscenek dodatnio wpływają na świetną oprawę gry. Choć nie wszystko w tej grze dobrze ze sobą współgra.

 

Ten to lubi się rozerwać!

 

Każdy miecz ma dwa końce, ale jeden jest tępy

Gra pomimo miodności wylewającej się z ekranu ma kilka mankamentów. O samym poziomie trudności nie wspomnę, lecz jedną rzecz trzeba grze zarzucić. Praca kamery płata nam figle i nieraz to właśnie ona będzie naszym najgroźniejszym przeciwnikiem. Razem z systemem wykrywania kolizji okazyjnie tworzą przymierze, czego efektem są panny lekkich obyczajów lecące z ust nawet najbardziej spokojnego i dojrzałego gracza. System kolizji naprawdę robi sobie jaja, bo kiedy walczymy z dwoma pięciotonowymi pancernikami  i chcemy jednego dobić zanim on wstanie, to ten drugi potrafi go nam jednym ruchem przesunąć na drugi koniec areny, a my przez to oczywiście nie zdążamy go ubić. Samemu bohaterowi zdarza się okazyjnie urządzić wycieczki poza tekstury. Jest też kilka mniej istotnych kwestii jak to, że, w jednym momencie gra potrafi zmęczyć. Pod koniec będzie tyle siekaniny (zwłaszcza w takim jednym korytarzu), że aż może to zacząć nużyć. Serio, w trakcie walki musiałem sobie zmienić broń, żeby wprowadzić trochę innowacji do siekania kombosów po kilkaset uderzeń. Jednak, na szczęście w całej grze była tylko jedna taka sytuacja. Kolejna kwestia to ograniczenia przedmiotów. Można mieć tylko po 3 przedmioty maksymalnie i to nie każdemu może przypaść do gustu. Między innymi przez to napis Game Over wyryje nam się w pamięci. Nawet całkiem ładny jest. Czerwony. Ładny, artystyczny, japoński design.

 

A masz, hultaju!

 

Burek! Przynieś katanę!

Japońszczyzna czasami ścieka z ekranu. Biegamy naszym ninją mając na nogach coś, co wygląda jak łyżwy. Walczymy z psami, które trzymają katany w pysku. Jest wilkołak z sześcioma łapami. Deszcz krwi, złote smoki, dupy, cycki, dzikie węże. Elektryczny smok czy olbrzym na moście to przykłady najnormalniejszych bossów. W jednym miejscu gry, po poceniu się nad padem, kilku nieprzespanych nocach i nerwowym zapalaniem papierosa trzęsącymi się dłońmi, gra spróbuje nam jedną cutscenką zasugerować, że jesteśmy słabi i nie umiemy grać. Rozdziały są nierówne i to przez tego typu „twisty” czuć azjatyckość. W jednym rozdziale przyjdzie nam walczyć z dwoma bossami, w drugim z jednym, w innym z pięcioma, a w jeszcze innym z dwoma naraz. W jednym zwiedzimy kilka lokacji, innym razem akcja z jednej lokacji będzie rozwleczona na trzy rozdziały. Raz level trwa 20 minut, raz godzinę, raz pół godziny. Raz jest superłatwo, raz jest ubertrudno. Jednak grze nie przeszkadza to w byciu zajebistą. Ba, nawet taki rozwój akcji jej w tym pomaga! Ale zaraz, oprócz akcji mamy też fabułę.

 

Cięcie!

 

 „Poleje się Twoja krew i będziesz martwy.”

Ja z góry przepraszam wszystkich fanów scenariusza za tak mocne słowa dotyczące fabuły, lecz ośmielę się stwierdzić, iż ta jest mało zajmująca.

Poniżej duży spoiler z fabułą, którą sobie spisałem w jednym miejscu, żeby zrozumieć po co ja w ogóle ciacham tych wszystkich gości na cząsteczki pierwsze. UWAGA, PONIŻSZY AKAPIT ZDRADZA CAŁĄ FABUŁĘ GRY, WIĘC JEŚLI Z JAKIEGOŚ POWODU SAMI CHCECIE ODKRYWAĆ TO CO SIĘ DZIEJE PODCZAS GRY - NIE CZYTAJCIE TEGO.

SKy City. Tokio. W maleńkim sklepie Muramasy zjawia się agentka specjalna Sonia pytająca o Ryu Hayabusę, ostrzegając o niebezpieczeństwie, które grozi światu. Nagle, przez okno wbijają ninjowie z konkurencyjnego klanu. Agentka jest blondynką o dużych cyckach z dekoltem wielkości Rowu Mariańskiego, ale jest sierotą, bo nie radzi sobie z kilkoma gośćmi, którzy związują ją łańcuchem. W międzyczasie zjawia się Ryu  i zmienia przeciwników w ser szwajcarski. Ci, którzy zdążyli czmychnąć stwierdzają, że się na nim zawiedli i zabierają cycatkę gdzieś tam. Potem Ryu pokonuje jakiegoś bossa. Elizebet (jedna z głównych złych postaci) zabiera Sonię, ta się wyrywa, Ryu rzuca w nie shurikenami, tamta wyrzuca Sonię, Ryu ją łapie, bo bez niego by zginęła. Feministki smutają. Okazuje się, że Sonia to agentka CIA. Jeszcze lepiej. Potem Joe Hayabusa (ojciec Ryu) walczy z Genshinem. Ten wygrywa i znajduje Statuetkę Demona otwierającą bramy podziemia. Ryu walczy z Genshinem. Jakiś wulkan wybucha. Elizebet ucieka ze statuetką, Ryu ją goni. Biegną tak do Stanów Zjednoczonych, gdzie poznajemy Alexeia, dziwnego gościa z rogami, który rozmawia ze Statuą Wolności i ją całuje. Alexei jest jednym z  czterech Wyższych Demonów. Zwykłe (niższe?) Demony psują Nowy Jork upodabniając go do swoich siedzib. Słysząc śmiech i grzmoty Wyższego Demona, Ryu przystępuje do walki z nim. Wiele tysięcy lat temu, cztery demony podzieliły Królestwo zaświatów na cztery części. Każdy z nich dostał swoją część. Byli to: Władca Płomieni, Władca Burz, Władca Piorunów i Władca Krwi. Trzeba odzyskać statuetkę, bo ludzkość zginie. Walka z Wyższym Demonem. Alexiej na Statule Wolności. Alexei przegrywa i czeka w piekle na kolejne starcie. Czwórka Władców walczyła ze sobą i dlatego ziemię ogarnął chaos. Konflikt zwrócił uwagę Arcydemona Vazdah. Podniósł się on z głębokiego snu, by spojrzeć o co łazi. Tak przynajmniej Ryu czyta w jednej ze znalezionych notatek. Walczy potem z jakimś kolosem na moście. Przylatuje Sonia, a my chwytamy za drabinkę wystającą z helikoptera. Ale proszę się nie śmiać! Zaraz wyproszę Pana z trzeciego rzędu z sali! Po pokonaniu Alexeia trafiamy do Wodnej stolicy. Elizebet się gdzieś chowa, ale budzi Volfa, Władcę Burz, który skrywa sie w gotyckim zamku. Wilkołak Volk (czemu wszyscy mówią, że to Demon? podejrzewam, że chodziło o to, żeby dostać jakieś dopłaty z Unii Europejskiej) to „szalony furiat żądny krwi niczym dzika bestia”, który widząc Ryu stwierdza, że zna lepsze miejsce do walki niż zamek i zaprasza Ryu do koloseum, przedłużając grę o kilka dodatkowych plansz. W koloseum, w którym Wilkołaków jest więcej niż nastolatek na koncercie Behemota Volk wyzionie swojego wilkołaczego ducha. Dalej. W znalezionym potem notatniku Inukomy można się dowiedzieć, że on nie walczył za sprawiedliwość, tylko nie chciał zejść ze swojej ścieżki przeznaczenia. Koleś ma wątpliwości czy dobrze zrobili, że pomagali demonom. No ok. Nie zgadza sie z Koshimaru, bo ten mógł mieć Wewnętrzne Oko, ale i tak czuł do niego respekt, bo mistrz Genshin niczego sie nie bał. 15 kwietnia znalazł Hachijurę leżącego na ziemi, a 16 kwietnia niższy demon zaszedł Inukomę od tyłu. Akcja potem przenosi się w przestworza.  W Latającej Fortecy „Dedal” Ryu niszczy komputery, a armia Genshina chce go powstrzymać. Na chęciach się kończy, a Ryu znajduje jakiś notatnik Yogenty. Po nieostrożnym obchodzeniu się z elektroniką „Dedal” sie rozbija. Władca Płomieni daje ultimatum – albo przyjmiecie jarzmo Arcydemona albo zginiecie. Fajnie. Umysł Ryu wypełniają szyderstwa Wyższego Demona Płomieni, lecz i tak po przeczytaniu notatek leżących obok jakiegoś trupa czyta o historii Króla Ciemności. Otóż, na początku XX wieku Król Ciemności przyszedł do Władcy. Ten kolo rządził, ale oddawał hołd statuetce nazywając ją „Vazdah”. Za czasów tego króla na ziemie zstąpiły Demony. Przyszedł Czarny Mistrz i ukatrupił Króla Ciemności wraz z jego ogromnym towarzyszem. Wracając do wątku głównego, Elizebet prowadzi Ryu do Ameryki Południowej, w której leży przedmiot niezbędny do obudzenia Arcydemona. Tam wodospad rozdziela się na dwie odnogi przed Elizebet. W Jaskini na ołtarzu Kapłan Piekieł Dagra Dai próbuje tchnąć życie w Statuetkę Demona. Ryu wraca do wioski Hayabusa, gdzie w swój miecz wkłada oko smoka i dzięki temu ma miecz smoka. Nastaje epicki przerywnik, w którym tworzy się miecz. Miecz służyć nam będzie do tego samego, co pozostałe bronie przez całą grę. Na szczycie góry czeka Genshin, przywódca klanu Czarnego Pająka, z którym Ryu znów walczy. W górze Fuhi Kapłan Piekieł Dagra Dai odprawia mroczne rytuały chcąc wybudzić Arcydemona. Ryu potem wkracza do Zaświatów i w przeciwieństwie do zwykłego człowieka może potem z niego wrócić. Sonia znów pada ofiarą kidnappingu. Walka z Królową Wyższych Demonów. Zaraz zmartwychwstanie Arcydemon i będzie! Potem wszyscy są w piekle, a Ryu Hayabusa mówi „Genshin, wracaj do piekła”. Genshin ginie dając nam swój przeklęty miecz. Potem przychodzi Elizebeth, która się pulta, że ten odrzucił wieczne życie demona i kopie jego zwłoki w głowę. Walka z nią. Rozpada się na kawałeczki i zostaje z niej sama głowa. Pewnie się kiedyś odrodzi jak uczono w Japońskiej Szkole Absurdalnych Scenariuszy. Potem pojawia się jakiś portal, wpada achievement „Krwawienie zatamowane” kojarzący sie z menstruacją, Ryu przez niego wchodzi. Jest jakaś ciemna klimatyczna plansza rodem z ostatnich odcinków Czarodziejki z Księżyca. Jest sklepik i savepoint. Ryu podchodzi do drzwi. Wyskakują z niego cztery dusze zabitych wcześniej Demonów. Wchodzi przez drzwi. Koleś przywołuje Arcydemona, ale z nami nie ma szans, wiec resztką sił składa ofiarę ze swojej krwi, choć w sumie z całego siebie. Arcydemon wkłada w niego swoje macki i skacze pół kilometra do góry. To nic, bo na końcu i tak ginie i pojawiają się napisy końcowe.

Jakkolwiek fajnie, absurdalnie czy nudno by to nie brzmiało, fabuła jest jedynie tłem dla naszego testu na ninja, a epickie przerywniki będą miło uzupełniać i tak świetną już rozgrywkę.

 

Fajnego mam lizaka?

 

To by było na tyle, jeśli chodzi o wprowadzenie do gry Ninja Gaiden 2. Test na hardkora już się zaczął. Pierwszy etap – przeczytania recenzji jest już za wami. Czy jesteście gotowi zmierzyć się z tytułem? Zaraz, czy nie było was tu więcej na początku? Że co, że większość zrezygnowała? Aha, wspominali coś o Call of Duty na Easy, ta? Wszystko jasne. Więc została was tylko grupka, co? Jesteście na to gotowi? Jesteście gotowi, by wkroczyć w etap dorosłości gracza? Jesteście dobrym materiałem na hardkora? Przemyślcie to. Jeśli jesteście gotowi – to do dzieła. Rozejść się.

 

 

Głosowanie na recenzję tygodnia odbywa się na blogu użytkownika Montana. Ostatnie głosowanie część 57.

Tagi:

Werdykt
  • + trudna
  • + aspekty społecznościowe
  • + finiszery
  • + cycki
  • - ninja nie robi tego od tyłu
  • - fabuła
  • - kamera
  • - system kolizji
dKc
dKc Psy z katanami w pyskach, dyskretny backtracking, efektowne finiszery – to chleb powszedni tego tytułu. Duży poziom trudności sprawia, że ogromne morze satysfakcji spływa z ekranu i zatapiamy się w nim z przyjemnością.
Oceń recenzję
+ +46 -

Miesięcznik PSX Extreme