SKLEP
repip 02.11.2014
Tony Hawk's Skateboarding
676V

Tony Hawk's Skateboarding

Są takie gry, które były swoistym krokiem milowym i przełomem w gatunku. Resident Evil nie był pierwszym survival horrorem, ale to on spopularyzował gatunek i wciągnął go na wyższy level. Pierwsze przygody Tomka Jastrzębia również nie były pierwszą wirtualną dechą, ale od jego premiery gatunek złapał wiatr w żagle i od tej pory wszystkie gry tego typu miały w swych fundamentach cement pochodzący z worów z logiem Neversoft’u.

Tony Hawk's Skateboarding
  • Platformy:  PSone   DC   N64 
  • Data premiery - Polska: Nie wydano
  • Nie

"Time waits for no one, and everybody got to go. It's movin too quick, I ain't got time to waste

Założenia są proste, dajmy ludziom możliwość czesania tricków po mieście. To takie oczywiste nie? A jednak pomysł chwycił. Wszystko sygnuje własnym wizerunkiem Tony Hawk, czyli jedna z żywych legend tej dyscypliny i kilku innych ziomków po fachu. Wybieramy skejtera, deske i ruszamy w poszukiwaniu ciekawych miejsc do kombinacji. I to wszystko w starym dobrym stylu czysto arcade’owym, czyli bez pitolenia, szybko i dobrze!

Dostajemy 2 minuty na wykonanie pięciu zadań. W zależności od naszego skilla czasem da się machnąć wszystkie przy jednej rundzie lub nie uda się tobie zrobić żadnego. Wszystkie zadania są podobne do siebie – pobij 2 rekordy punktów, odnajdź ukrytą kasetę video (pamięta ten wynalazek jeszcze ktoś?), zniszcz 5 obiektów i zbierz wszystkie literki S-K-A-T-E. Te questy stawiane przed nami są jednocześnie zaletą i wadą tej części. Z jednej strony wprowadzają sens i powód do robienia kolejnych tricków i zwiedzania planszy, a z drugiej są strasznie schematyczne. W kolejnych częściach urozmaicono już te zadania, ale w tej są cały czas układane wg. powyższego schematu. No cóż, od czegoś trzeba zacząć.

Twórcy chyba też się obawiali o taką monotematyczność i wprowadzili jeszcze inną urozmaicającą nowinkę. Prócz leveli zadaniowych mamy również turnieje. Mamy 3 podejścia do planszy i jedną minutę na wykręcenie jak najwyższego wyniku punktowego. Najlepsze dwa z trzech wyników są porównywane z resztą stawki i na tej podstawie otrzymujemy miejsce w turnieju. Ten model prowadzenia rozgrywki (levele zadaniowe + turnieje) został potem kopiowany w innych grach tego typu, a w niektórych „po sąsiedzku” przeniesiony w skali 1:1 (np. w Mat Hoffman’s Pro BMX). Rodzina gier sportów extreme w sosie arcade wydawana pod szyldem Activision się szybko powiększyła po sukcesie tej części. Szkoda że nie zawsze szło to w parze z jakością tych gier, ale my tu o Tomku Jastrzębiu….

Skoro wszystko się opiera na wykonywaniu tricków to wypada im poświęcić więcej miejsca. System jest na tyle intuicyjny, że można bardzo szybko załapać o co chodzi, a jednocześnie daje spore możliwości jeśli chodzi o dobór sztuczek do sytuacji i terenu. Szybki tutorial – trójkąt odpowiada za grindy po krawędziach, rurach itp. Kwadrat to flipy, a kółko to wszystkie graby, które przydadzą się do ewolucji na rampach. Ilość akrobacji wykonanych w powietrzu podbija nam mnożnik punktów, do tego kręcąc się wokół własnej osi również go podbijamy. Sam wyskok + trick to marne źródło punktów i tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa i siła tego tytułu. Trzeba cały czas szukać miejsc do kombinacji, jadąc przez planszę cały czas rozglądamy się za możliwościami. „Tu z rampy wyskoczę z trickiem i wyląduje grindem na tej krawędzi po drodze robiąc flipy” i tak cały czas. W kolejnych częściach już się nie zmieniło w tych podstawowych zasadach nic, jedynie dodawano kolejne mniej lub bardziej udane patenty (manual, revert), które wyciągały z serii ostatnie soki, ale bazowały zawsze na tych fundamentach.

„I rememebr when I could only lay back and wish...”

Dobra podstawy za nami pora zachwycić się drugim planem, czyli poziomami na jakich przyjdzie nam śmigać. Wszystko to o czym pisałem wcześniej, czyli system tricków i zadania nie byłyby tak efektowne gdyby nie one. Są bardzo rozbudowane i przede wszystkim bardzo przemyślane. Wszystko zostało tak zaprojektowane by wymuszać na graczu kombinowanie i pobudzić jego wyobraźnię (oj jak żałuję, że nie było w tej części jeszcze manuala). Nie masz nigdzie wprost powiedziane „hej ziom tutaj zrób to to i to” nie, plansza jest otwarta od początku i sam sobie radź. By to wszystko zobrazować wyobraź sobie, że masz jak na psx’a dość spory teren wypchany atrakcjami, wielopoziomowy i masz tylko 2 minuty na załatwienie wszystkiego. Masz tylko te 2 minuty, a jakimś sposobem czujesz się wolny i nieskrępowany. Tą wolność się po prostu czuje i to jest największa zaleta tej gry. Robisz co chcesz na swój sposób bawiąc się w najlepsze, a nie grasz przy tym w żadnego sandbox’a. Choć łyżka dziegciu się znajdzie. Level Downhill Jam Phoenix, jest jedną dużą rynną i nie czuć tam tej swobody, jest po prostu słaby. Mall: New York też jest niby „rynną”, ale tam udało się to jakoś zrealizować w sposób który nie razi. Pewnie skasowane plansze były podobne i dobrze, że nie weszły do finalnej części (patrz ciekawostki).

Wpakowano tutaj masę detali i smaczków, jak poszukasz to znajdziesz ufoka na stole operacyjnym krzyczącego ohhh noo! W hipermarkecie będzie stoisko z skate shopem Hawka i stos pudełek z wcześniejszą grą Neversoftu Apocalypse do przewrócenia. Co jakiś czas napotkasz też telebimy transmitujące filmiki z skejterami i teledyski! Dziś pewnie to śmieszy, ale pamiętajcie, że jest rok 99 i takie akcje zrywają papę z dachu! Ja jak grałem pierwszy raz w tą gre nie potrafiłem wyjść z podziwu, toż to prawie jak MTV w twojej grze! Do tego pełno tagów i graffiti ozdabiających ściany, możliwość demolki radiowozu, czy skoki z dachu na dach (a jak!) no normalnie szał pał. W jednym turnieju „miska” do robienia tricków jest wklęsłym wielkim okiem z loga Neversoftu i robi świetne wrażenie. Ostatni level „zadaniowy” jest mega rozbudowany i cieszy oko. Po przejściu kariery każdą postacią odblokujesz do obejrzenia filmik z kompilacją tricków wykonywanych przez jegomościa którym skończyłeś. Klimat jest gęsty i odwzorowano wiele ówczesnych mokrych snów sympatyków tej subkultury. Widać, że robiła to ekipa naprawdę zajarana na tym punkcie i starająca się odwzorować wszystko jak najlepiej w ramach możliwości architektury szaraka. W creditsach dziękuje się konkretnym skate shopom i grupą graficiarskim. Ja uwielbiam gdy czujesz grając, że ktoś tworzył to z pasją, nie było w tym procesie suchych wytycznych i smutnych panów w garniturach, po prostu nie było cholera! 

Czym byłoby to wszystko bez wisienki na torcie jakim jest muzyka? Mieszanina punk’a, rock’a, rapu i trip hopu dopełnia całokształtu. Tutaj ponownie pada tekst o byciu prekursorem i o tym, że w następnych częściach wszystko szło już według wytycznych z tej części. Setlista jest zacna od ostrego Suicidal Tendencies - Cyco Vision i The Ernies - Here and now po rapowe tripy Grand Unified - Le Hot i Aim - Aint Got Time To Waste Feat. YZ (na bliźniaczo podobnym bicie OSTR nagrał kawałek Brzydki Zły i Szczery). Jeśli kończąc rundę wiesz jaki kawałek będzie następny lub specjalnie starasz się przedłużyć jakoś przejazd by posłuchać muzy to wiedz, że wciągłeś się konkretnie i tutaj tak jest. Nie jestem pewien na 100%, ale w tej części chyba najbardziej przyłożono się do dźwięków deski na różnym podłożu. Asfalt, lita stal, rampa, chodnik, kładka wszystko ma inny odgłos.

„It doesn't matter what you say, It only matters what you do”

Sporo tutaj napisałem o tym jak THPS ukształtował późniejsze części i inne gry z tego gatunku, ale wydaje mi się, że on był kamieniem milowym. To jedna z tych gier która wytyczyła cele na kolejne lata dla wielu. Owszem wcześniej pojawiały się gry z podobną tematyką, ale to marka Neversoftu narobiła wokół tego cyrku szumu. Ja jako gracz który za młodu szarpał na Commodore 64 w Skate or Die! zawsze marzyłem o tego typu grze. W końcu mogłem na desce robić ewolucje i przemierzać miasto bez rozwalonych kolan i łokci ;). O to chyba chodzi w grach nie? Dostarczenie rozrywki połączone z robieniem rzeczy których nie zrobisz w realnym życiu z różnych powodów, przechodzimy od słów do czynów (przynajmniej wirtualnie;). Klimat w tym THPS’ie jest gruby i składa się na niego mnóstwo czynników od genialnej ścieżki dźwiękowej, przez dobór scenerii po graffiti na murach. Plansze są naprawdę dobrze przemyślane, mimo ograniczeń sprzętowych i czasu przejazdu czujemy autentyczną wolność wyboru przemierzając kolejne poziomy. Niczym nie skrępowany arcade pełną gębą. Grywalność miażdży jaja po prostu, ja już spokojnie sto razy przeszedłem „wszystkimi wszystko”.

Od roku 1999 minęło już sporo czasu. Gry oparte o sporty extremalne są rzadkością na planie wydawniczym, a sam Neversoft już nie istnieje. Seria THPS miała swoje grube lata w których zbierała oceny 10/10 w mediach i sprzedawała się jak ciepłe bułeczki. Były też lata stagnacji i marazmu połączone z dziwnymi wynalazkami (Ride). Nie wiem czy to poprzez nietrafione decyzje, czy przesycenie rynku i wypalenie się formuły, czy wszystkiego po trochę, ale o serii THPS można już jedynie chyba mówić w czasie przeszłym. Warto jednak się zaznajomić z tym od czego się wszystko zaczęło bo pierwszy THPS to must have dla każdego fana tego wymierającego gatunku. Wszystkich zainteresowanych którzy są „dzisiejsi” odsyłam z kolei do edycji HD. I tym akcentem żegnam się na dziś.

Opublikowano również na retronagazie.eu

Tagi: psx recenzja sporty extreme thps Tony Hawk skateboardng

Werdykt
  • + swoboda w działaniu
  • + rewelacyjny system wykonywania tricków
  • + OST!
  • + arcade pełną gębą
  • - mała różnorodność zadań
  • - „rynnowy” Downhill Jam Phoenix
  • - z perspektywy czasu brak manuala
repip
repip Dla fanów tego wymierającego gatunku must have, dla reszty w sumie już tylko ciekawostka w ich zbiorach.
Oceń recenzję
+ +31 -

Miesięcznik PSX Extreme