SKLEP

Blog użytkownika Ashin

Ashin Ashin 26.08.2017, 12:20
[Love&Hate] Assassin's Creed IV – Black Flag 'genialna gra o piratach słaby Assassin'
895V

[Love&Hate] Assassin's Creed IV – Black Flag 'genialna gra o piratach słaby Assassin'

Istnieją takie gry, które regularnie pojawiają się na wszelkich top listach najlepszych gier, są też te które zostały znienawidzone przez praktycznie wszystkich. Opowiedzenie się po przeciwnej stronie barykady oznacza – często lecz nie zawsze, falę hejtu ze strony wielu graczy. Zapraszam na mam nadzieję dłuższy cykl Love&Hate, gdzie przyjrzymy się ukochanym, lub znienawidzonym produkcjom.

Niedawno na popularnym portalu internetowym o grach widziałem top listę najlepszych Assissinów. Pierwsze miejsce nie zaskoczyło mnie absolutnie, na nim uplasowała się część druga serii, a zarazem pierwsza traktująca o Ezio Auditore – pokochanym przez wielu przedstawicielu zakonu. Drugie miejsce zajął wspomniany w tytule Black Flag, moja ukochana część serii, ta od której zaczęła się naprawdę moja przygoda z tą serią. Ludzie pokochali tę część, ale zarzucają jej brak Assassina w Assassinie, co jest moim zdaniem dużym błędem i pokazem sporej ignorancji.

Najpierw jednak kochani moi przybliżmy sobie tę zacną produkcję. W 2013 roku ludzie już nie reagowali tak gromko na kolejną odsłonę serii o zabójcach, trójka została przyjęta przez wielu dość chłodno(co dla mnie było niebywale niezrozumiałe, a indiański zabójca był genialną postacią...), twórcy znów postanowili zmienić ramy czasu. Mieliśmy wcielić się w członka zakonu z czasów pirackich eskapad i lat gdy ludzie naprawdę poszukiwali wolności. Wielu ludzi było podekscytowanych, wszak tematyka piracka nie była w tym momencie wyeksploatowana, a najlepsze gry w tych klimatach to Monkey Island i Sid Meier's Pirates. Ludzie byli wprost złaknieni takich klimatów i chcieli dobrze wykonanej produkcji w tych klimatach. Ubisoft postanowił wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom, a dodatkowo chcieli wykorzystać znaną markę, tak by trafić do najszerszego grona odbiorców. W tej części poznawaliśmy Edward'a Kenway'a, dziadka Conora.

 

Kenway'a poznajemy po wypadku z udziałem statku na którym podróżował. Nie jest on członkiem zakonu, jednak niedaleko odkrywa że w katastrofie takowy uczestniczył. Jako porządny pirat postanawia złapać rozbitka i obrabować go z jego dobra. Bo ten jak twierdzi jest na ważnej misji, a takowe bywają bardzo dochodowe. Po krótkim fabularnym samouczku zdobywamy swoje ukryte ostrza, pierwszy strój zabójcy, oraz dziwny przedmiot, który mamy dostarczyć do nikogo innego, jak do ówczesnych przywódców zakonu Templariuszy. Kenway węsząc w tym niesamowity zysk postanawia wykonać zadanie przed chwilą zabitego zdrajcy sprawy Assassyńskiej. Na miejscu odkrywa nieco szalone plany Templariuszy, przechodzimy prosty samouczek z znanych technik, które Templariusze chcieli zobaczyć z bliska(niewielu wszak przeżyło by o nich opowiadać) i tak rozpoczyna się nasza przygoda. Początkowo Kenway nie jest absolutnie przekonany do ideałów zakonu, nie wie jednak jak bardzo bliskie są mu one – jego przekonania mocno przeplatają się z assassyńskimi, pragnie wolności i ma duże poczucie sprawiedliwości. Jego aspiracją jest zdobycie pieniędzy, by zapewnić przyszłość jego małżonce i zatkać usta jej wymagającemu i zamożnemu ojcu. Na swoim szlaku jednak spotyka Adewale – czarnoskórego żeglarza zafascynowanego ideą przyświecającym zabójcą. Spotkamy również kapitana Kidda(który przekona nas ostatecznie, że walka Templariuszy i Assassynów jest naszą walką), spotkamy również wyrocznię, oraz sam wspominany często zakon, do którego jednak oficjalnie przystąpimy pod koniec gry.

Dlaczego Kenway jest dla mnie tak interesujący? Bo to człowiek z krwi i kości. Ma swoje aspiracje, przekonania i ideały. Kocha wolność, jest wiernym druhem i nie zdradza kompanów. Zakon poznał przez przypadek i nie przywiązuje do niego wielkiej wagi na początku. To nie tak, że cała jego rodzina należała do bractwa i w magiczny sposób zaczęło go to interesować. Początkowo to tylko źródło zysku, a na fachu mordercy Kenway zna się dość dobrze. Dopiero z czasem pod wpływem różnych postaci i działań Templariuszy Edward postanawia przyłączyć się tak naprawdę do zakonu i przejąc jego ideały. To on właśnie stał się jednym z głównych twórców odbudowanego zakonu w Anglii, a także był ojcem Haythama(który przez intrygi Templariuszy zboczył z drogi, którą wpajał mu ojciec). To nie jest prosta jednowymiarowa postać, a ja z nim zżyłem się i rozumiałem dlaczego bractwo stało się dla niego bardzo ważne. Jego inność widać na każdym kroku, przyjaźń z czarnoskórym Adewale jest czymś niezwykłym w tamtych czasach, jednak Edward pokazuje, że nie liczy się dla niego kolor skóry, a to jakim jesteś człowiekiem. Każdy ma prawo żyć jak chce, ma prawo do bycia wolnym(ten wątek też pięknie pokazuje AC III).

Wielu zarzuca, że mało tutaj o walce Assassinów i Templariuszy co może być pośrednio prawdą. Kenway przed dużą część gry działa we własnym interesie, ale działania Templariuszy przeplatają się z jego. Są to subtelne nawiązania i małe smaczki. To w tej części poznałem najlepiej ideologię Templariuszy i był moment w którym naprawdę zastanowiłem się, czy oni rzeczywiście są tacy źli? Świat się zmienił, a odkrywana przez nas kraina jest podzielona na wiele wysp. Nic dziwnego, że na każdej nie budują miejsca w którym spotykają się zabójcy. Twórcy chcą nam pokazać jak istotnym jest zakon dla świata i jak oddziałuje na każdego – nawet osobę która nie ma o nim pojęcia, a wręcz chce go z czasem unikać. Zauważamy jak pod płaszczykiem pięknych ideałów i pokoju Templariusze spełniają swoje marzenia i chęci spełnienia swoich rządź. Chcą w białych rękawiczkach odebrać Ci wszystko i staje się to po czasie jasne....

Gra ma wiele elementów związanych z serią. Dalej skradamy się i wykonujemy egzekucje, w dalszym ciągu opłaca się wykonywać zadania po cichu, a dodatkowe możliwości usprawniają rozgrywkę. Poprawiono szybkie poruszanie się i parkour stał się sporą przyjemnością(a uwierzcie mi odczułem to niesamowicie przechodząc z czwórki na jedynkę i potem na dwójkę....). Jest płynne i nie wymaga od nas dużej uwagi. Świetnie oddaje to dobre wyszkolenie profesjonalnych zabójców, wszak ich ciało na pewno działa na wyuczonych działaniach i wiele przeszkód pokonują nie myśląc nawet o tym. Dodano również kilka gadżetów i minimalnie usprawniono walkę, jednak jej trzon nie zmienił się diametralnie i dalej pozostaje prostą i efektowną mini grą – i dobrze to element, który powinniśmy w takich grach widzieć sporadycznie. To nie wszystko bo rozwinięto ideę polowania i craftingu, teraz ulepszymy nasze ubrania, bronie i jest naprawdę na co polować. Nie tylko na lądzie, ale także na morzu. Bo właśnie esencją tej części jest podróżowanie Kawką – statkiem naszego protagonisty. Bitwy morskie, oraz zdobywanie fortu. W końcu gra dzieje się w czasach królowania piratów, a więc nie mogło zabraknąć charakterystycznych elementów dla tego okresu w grze.

To chyba pierwsza i ostatnia część z której wyciągnąłem wszystko co się dało i przeszedłem dwukrotnie. Raz na komputerze i raz na PS3 i za każdym razem chłonąłem ten świat. Nie przestawałem polować i bawić się pobocznymi zadaniami, odbijałem każdą wyspę i odkrywałem każdy skarb. Ile czasu spędziłem z mapami skarbów, mimo że te z czasem niewiele dawały to i tak chciałem ich więcej i więcej. No, a gdy kończyłem elementy poboczne zagłębiałem się w fabule gry. Chciałem się wzbogacić dla Edwarda i jego żony, a potem zemścić się na Templariuszach za to co zrobili. Zżyłem się z większością postaci w grze i naprawdę stałem się Edwardem na te trochę godzin. Na końcu gry płakałem, a sporadycznie mi się to zdarza, ta droga, jej zakończenie miała słony posmak morskiej wody... Miałem nadzieję, że pokażą w kolejnej części działania Edwarda w Anglii i tworzenie tam zakonu, niestety nie doczekałem się. Zostało to opisane w innych mediach, a szkoda.

Najgorzej jednak wypada chyba wątek współczesny. Wielu za błąd uznało usunięcie Desmonda i wprowadzenie anonimowej postaci. Mieliśmy poczuć się nią i zidentyfikować. To miał być nasz awatar w tym świecie. Prawda jest jednak taka, że irytowało to tak samo jak w poprzednich częściach. Jak ja nie cierpiałem Desmonda i momentów w których musiałem nim grać. Jednak w czwórce lubiłem grzebać po komputerach i odczytywać dodatkowe informacje. Nie jest to idealny tryb, ale dla mnie nie było to przejście przez mękę jak poprzednio.

AC IV stało się dla mnie kompletnym spotkaniem z serią. Płynna gra pozwalała naprawdę wczuć się w postać cichego zabójcy. Wiele rozwiązań usprawniło rozgrywkę, to nigdy nie miał być hardkorowy stealth action, a przyjemne doświadczenie z jego posmakiem. W tej części praktycznie każde zadanie wykonałem po cichu, starałem się o pełną synchronizację. Później tak naprawdę jeżeli mnie wykryli wycinałem wszystko. To gra, która pozwala spojrzeć na zakon zabójców z innej perspektywy, kogoś kto nie jest z nim związany. To także kompetentne źródło wiedzy o tym uniwersum i wprowadza wiele ciekawych zmian. Dla mnie to najlepszy assassin, a Ezio może mu conajwyżej czyścić buty. Moim zdaniem kult Ezia wiąże się z tym, że znamy go praktycznie od narodzin po kres życia. Mieliśmy wiele czasu by zżyć się z nim, a w zestawieniu z naprawdę bardzo średnią częścią pierwszą wydaje się, że pierwsze spotkanie z tym bohaterem(Ezio) jest czymś świeżym i niesamowitym. To były dobre gry, ale moim skromnym zdaniem bohater nie był, aż tak czarujący. No, ale to moje zdanie. A jakie jest wasze? Podzielcie się nim i schowajcie widły Ezio nie jest zły lubię gościa, po prostu nawet nie zbliża się charyzmą do Edwarda.

Tagi:

Oceń notkę
+ +28 -

Oceń profil
+ +44 -
Ashin
Ranking: 1977 Poziom: 29
PD: 3835
REPUTACJA: 3094
Miesięcznik PSX Extreme