SKLEP

Blog użytkownika Dzwienkoswit

Dzwienkoswit Dzwienkoswit 10.07.2015, 16:54
Rozdział III - Szpetny Łotr
180V

Rozdział III - Szpetny Łotr

Radosna twórczość w klimatach fantasy w komediowo-parodycznym stylu - część trzecia. Uwaga! Głupkowato jest nadal :)

Rozdział III

Szpetny łotr

 

Historia to zbiór tego wszystkiego, czego można było uniknąć… – Pan T.P.

 

            Skrzatu nagle się obudził. Kręciło mu się w głowie. Siedział na podwójnym siedzeniu w jakiejś podłużnej wersji karety.

- To jest mój ketchup?! To mnóstwo mojego ketchupu. – powiedział do siebie oglądając wybrudzone czerwoną papką dłonie. Lecz nie ubrudzenie było tu najgorsze. Nieprzyjemny był fakt, że cały wóz wisiał na urwisku. Nagły wstrząs posłał kilka elementów na spotkanie z dnem urwiska. Kolejny naruszył utwierdzenie siedzenia Skrzata, co spowodowało runięciem sprzętu w dół razem z bohaterem. Skrzatu w ostatniej chwili złapał się za spojler karety. Siedzenie zniknęło w mglistym dnie urwiska. Stłumił chęć wrzasku i powoli przesuwał się wzdłuż aerodynamicznej części karety. Złapał się za ozdobną boczną rurę i zaczął wspinać. Gdy był już w połowie drogi rura niebezpiecznie pękła i łukiem posłała bohatera przez szyberdach powrotem do karety. Znając już niestabilność siedzeń przyspieszył tępa i zaczął wspinać się po nich niczym po drabinie póki jeszcze miała szczeble. Przemknął przez siedzisko woźnicy i wpiął się po łańcuchu na drzewo, do którego przywiązany był cały balast. Gdy tylko udało mu się stanąć na stałym gruncie cała kareta razem z drzewem poszybowała w dół. Skrzatu padł na ziemię. Serce łomotało mu jak po maratonie wyczynowego sprintu z przeszkodami. Ku nieszczęściu i przemoczeniu bohatera okazało się, że leży w śniegu. Dziwne, że wcześniej nie zauważył tego naturalnego zjawiska. No, ale cóż… Wstał i kulejąc ruszył w stronę zmasakrowanego kłębowiska karet. Był już prawie na miejscu, gdy do jego uszu napłynęły jakieś odgłosy. Usłyszał coś w stylu „strzelać”, a zaraz potem odgłos wystrzału…

 

*****

 

            Skrzatu obudził się, gdy po upadku z łóżka na jego spotkanie wyszła podłoga. Był spocony jak po wizycie w saunie. Pierwszy raz w życiu nawiedził go tak realistyczny sen. Doskonale zdawał sobie sprawę, że zeszłego dnia sobie zdrowo wypił, jednakże wizje zwykle pojawiały się na jawie. Nigdy we śnie. W związku, że nie było sensu tak siedzieć i spekulować Skrzatu postanowił się przebrać. Pomijając fakt przerażającej walki z pidżamą poszło szybko. Głośnie wołanie Wuja na śniadanie sprowadziło go do kuchni.

            Grilowana jajecznica zrządzeniem losu była tym razem niespalona całkowicie, a co za tym idzie zjadliwa. Posiłek standardowo minął w atmosferze kłótni i tradycyjnie zakończył się wypiciem spirytusu na zgodę.

            Korzystając z tego, iż rodzina była zajęta Skrzatu oddalił się, aby sprawdzić, co tam z jego zwierzakiem. Krowa chyba miała się bardzo dobrze. Świadczył o tym jej nagły wzrost masy. Była ponad dwa razy większa niż wczoraj. W dodatku zdrowo obgryzła wierzbę, na której znajdował się domek. Jak na dobrego opiekuna przystało Skrzatu przygotował dla niej trochę rozrywki. Stworzył wzruszającą balladę w teatrzyku cieni. Pobawił się w chowanego i ganianego. Zagrał w warcaby, pokera, biznes i ruletkę. Bawił się świetnie i jak sądził krówka także.

            Nie pozostało, więc teraz nic innego jak udać się do miejscowego barda. Generalnie nikt w wiosce go nie lubił. Z wzajemnością. Ale jak mus to mus. Trzeba się było z burakiem spotkać. Jak można było hodować krowę nic o niej nie wiedząc? No niby można. Ale istniało ryzyko nieporozumień. A nieporozumienia z istotami magicznymi często źle się kończyły dla zwykłego wieśniaka.

            Pan T.P. mieszkał w sporej ruderze na skraju wioski. Posesja otoczona była drewnianym płotkiem z dodatkiem kolczastej siatki drucianej pod napięciem. Majestatyczności budowli dopełniała wielka dziura, nad którą wisiał linowy mostek – jedyna droga do drzwi. Skrzatu dzielnie przekroczył mostek nie krzycząc, ani nie mdlejąc ani razu. Było to naprawdę wielkim wyczynem ze względu na niesłychanie tchórzliwą naturę bohatera. Działo się z nim coś dziwnego, czego nie potrafił pojąć. Skrzatu zatrzymał się dopiero przed sporymi kamiennymi wrotami z zamkiem kodowym. Dreszcz przeszedł go dopiero po pociągnięciu sznurka włączającego dzwonek. Z okna po prawej wyleciały nietoperze i skierowały się w dół niknąc w kraterze pod mostem.

- Kogo znowu niesie? – dobiegł głos z wewnątrz.

- Zwę się Skrzatu. Mieszkam tu niedaleko. Mam parę istotnych pytań.

- Niema nikogo w domu. – głos znacząco ucichł.

- Przecież słyszałem, że ktoś tam jest! – burzył się Skrzatu.

- Nieprawda. Przesłyszało ci się.

- Mam czekoladki i mogę się nimi podzielić. – powiedział Skrzatu stosując oklepany motyw przekupstwa.

- A to, co innego. Zapraszam!

            Po tych słowach drzwi frontowe otworzyły się i na spotkanie wyszedł nikt inny jak sam Pan T.P. z workiem śmieci w prawej dłoni. Cisnął nim w otchłań przed domem i gestem zaprosił gościa. Skrzatu wszedł w mroki budynku. Drzwi błyskawicznie i złowieszczo się za nim zamknęły. Pan T.P. polecił Skrzatowi zasiąść na sofie. Wieśniak błądząc po omacku w ciemnościach dotarł do siedziska i bezpiecznie na nim spoczął. Po chwili zapaliły się pochodnie naścienne oświetlając pomieszczenie. Oczom bohatera ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Stara wygnieciona sofa, zawalony kominek, obskurne złażące ze ściany grobowe panele, warstwa kurzu od dawna przekraczająca stan krytyczny. Skrzatu usadowił się wygodnie i delektował miękkością siedzenia, aż do pokoju wszedł właściciel mieszkania.

            Ubrany w tradycyjny strój barda – wielobarwne łachmany wyglądał prawie jak krzyżówka kaczki z człowiekiem. Kacza twarz wzbogacona lekkim siwym zarostem. Krótkie siwe włosy zaplecione w małe warkoczyki. Sprawiał wrażenie, że wzrokiem potrafiłby wywiercić dziurę w styropianie. Skrzatu podał bardowi obiecane pudełko czekoladek.

- Więc po cóż żeś przybył? – zapytał Pan T.P. konsumując czekoladki jedna za drugą.

- Ciekawi mnie pewien temat…

- Jakiż to?

- Słynne Krowy.

- Mhm… A co? Zostałeś Krowim Jeźdźcem? – zaśmiał się Pan T.P. – Może aby ci tu najlepiej wszystko przytoczyć zacznę od samego początku, ok?

- Jak panu wygodniej. – kulturalnie odparł Skrzatu.

- Na początku był bajzel. I to naprawdę konkretny. Z mroków otchłani… Nie. Za daleko wyjechałem. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Ech. To też nie to. Dałeś mi jakieś przeterminowane, napromieniowane, czy zatrute czekoladki?

- Nie… - odparł bez przekonania Skrzatu.

- Niespecjalnie ci wierze, ale dobra. Wróćmy do opowieści. Wszystko zaczęło się na początku. Konkretnie my ludzie mieszkaliśmy sobie na kontynencie w ładzie razem z innymi rasami. Była to kraina spirytusem i sucharkami płynąca. I nagle wszystko szlag trafił jak to zwykle bywa. Przez wielki wiszący na niebie teleport Owmordę 4 do naszego świata zleźli się najgorsi z najgorszych. Ponurzy żniwiarze, jakieś cyborgi buntujące wszystkie maszyny przeciw nam, kosmici, dzikie stwory, zombie, złe mutanty, ścierwojady, politycy i wszelkie zło, które po części ciągle się gdzieś czai. Ponurzy byli bardzo agresywni w swych działaniach. Ich celem było jak większości współczesnych ludzi u władzy zawładnięcie światem. Tworzyli jakieś nikczemne artefakty zwiększając w znacznym tempie populacje zombie. Niemilcy przemierzali Lewazję wzdłuż i wszerz klnąc, plując, smrodząc, kradnąc i dewastując. Pozostało nam jedno: rozwalić ich wszystkich w cholerę. Rozpoczęła się wielka wojna o wolność, forsę i dominację lądowo-wodno-powietrzną. To były czasy… - zadumał się Pan T.P. – W związku z przewagą przeciwnika musieliśmy zacząć działać. Wzniesiono wtedy wiele krypt o majestatycznych nazwach numerycznych. Na jednym z posiedzeń Rysiek z Klanu Krowiego Placka z Jagodami zaproponował powołanie nadzwyczajnej brygady zaczepno-ofensywnej drużyn zwanych Krowimi Jeźdźcami. Jednostka złożona z osobnika rasy humanoidalnej połączonej więzłem partnerskim z przedstawicielem rasy krów. Było to połączenie o niezwykłych zdolnościach i konkretnym wachlarzu bojowym. Niestety wiele krów ze względu na uprzedzenia na tle rasowo-kulturowym nie chciała w ogóle wstępować w kręgi jeździeckie. W efekcie dalej przegrywaliśmy.

- Jak to się skończyło? – zapytał Skrzatu.

- Niewiadomo skąd pojawił się Żarówa i niepowstrzymanie niczym nóż w maśle parł skutecznie ku eliminacji przeciwników.

- A Żarówa nie był jednym z Krowich Jeźdźców?
- Nie. Uważał, że taki geniusz jak on nie potrzebuje partnerów.

- Opowiadaj dalej…

- No przecież nie za free. Najpierw czekoladki.

            Skrzatu niechętnie wyjął kolejne pudełko czekoladek i położył na stoliku. Pan T.P. chwycił opakowanie i niczym wygłodniałe zwierze pożarł wszystkie słodycze.

- No to tak… Żarówa zmielił wszystkich zombie niczym chaszcze ostu i rzucił pięknie na stertę kompostu. Żniwiarzy ponurych zdmuchnął jak tornado kupę suchych liści. Jako, że nikt nie miał odwagi nawet krzywo na niego spojrzeć, a tym bardziej naskoczyć ogłosił się wielkim Imperatorem i zaczął planować podbój galaktyki. Ale nie wszyscy się z nim zgadzali. Ludy z natury nie przepadały za samozwańczymi władcami. Buntownicy korzystając z zamętów powojennych zwiali w okolice Gór Gryzikumów, a nieopodal król Jurek zbudował swoje małe państewko. Żarówa oczywiście zaraz potem posprzątał wszystkich, którzy nie zdążyli uciec, a mu się nie podobali. Od pozostałych Krowich Jeźdźców zażądał bezmózgiej i bezwarunkowej lojalności. Kto się nie zgodził przepadał bez śladu. Praktycznie większość jednak fanatycznie podporządkowała się Imperatorowi.

- Ilu ich było? Istnieją nadal? Jak się zwali?

- Nie znam dokładnej liczebności tych typów. W większości były to dość ciemne typy i szybko przepadli albo z powodu za dużych aspiracji, albo zaspania na spotkaniu u Żarówy, albo za wielkich zgrzytów z buntownikami. Znam tych lepszych i mogę o nich coś przytoczyć. Markus Felix na przykład z tego, co pamiętam został wrzucony do lochu przez Żarowe za niesubordynację i opuszczenie posterunku. Dalsze losy są mi nieznane. Klatos poszedł na jakiś układ z bogiem wojny i generalnie zmył się z tła wydarzeń w Lewazji. Dość znany był także Roki Blablubla. Po skończeniu wojny za zgodą Żarówy zabrał się za trenowanie boksu. Szło mu naprawdę nieźle dopóki sędziowie nie odkryli, że w prawej rękawicy chował podkowę. Tłumaczył potem, że to tylko na szczęśćcie, ale na próżno. Ponoć dopadła go jakaś banda pseudokibiców. Był też jeden mag Gramdalf. Składał się z brody, kapelusza i Gramdlafa właściwego, o którym krążyły legendy, że nikt go nigdy nie widział.

- Dość nietypowe osobistości.

- No a czegoś się spodziewał? Jeszcze jakieś pytania?

- A co jeśli ci Jeźdźcy nie przepali i coś kombinują?

- A co mnie to obchodzi? Z pewnością razem z Żarówą planują podbój świata. Zwykłe marzenia…

- A czym żywią się krowy?

- To przecież oczywiste. Trzeba być idiotą, żeby się nie domyślić. Trawa i siano to podstawowy produkt żywieniowy tych istot.

- Bardzo dziękuję za informacje. – powiedział Skrzatu zbierając się do wyjścia.

- Zaraz, zaraz! Należy mi się chyba jakaś zapłata…

- No przecież dałem dwa pudełka czekoladek.

- Eee tam. To zwyczajnie nie było warte moich opowieści.

- Co więc proponujesz?
- Załatw mi jedną butelkę ze wspaniałej kolekcji trunków, którą tak chwalił się ostatnio Wuj.

- Jak mam niby tego dokonać?! – oburzył się Skrzatu – Wuj utnie każdą niepowołaną rękę, która wystarczy, aby się zbliżyła do jednej z butelek!

- To nie mój problem. Opowiadałem to wymagam. Jeśli nie zapłacisz to ostrzegam, że skończysz marnie.

- Dobrze. Zobaczę, co da się zrobić. – odparł zrezygnowany Skrzatu.

            Wieśniak w pośpiechu opuścił mieszkanie. Nie chciał, aby go tu widziano, ale nabyte latami doświadczenie w ukrywaniu było teraz bardzo przydatne. Bohater powrócił w okolice własnego domu. Okrążył go w sporym oddaleniu od zabudowań i nie wykrył oznak życia w budynku. Niewykrycie jednak wcale nie gwarantowało, że będzie bezpiecznie. Skrzatu nie ryzykując dostał się do wentylacji. Ze względu na małe gabaryty nie miał problemów z poruszaniem się tymi korytarzykami. Całą drogę złorzeczył na tego szpetnego łotra Pana T.P. i obiecał sobie, że mu się odgryzie. Wreszcie dotarł do szybu nad spiżarnią. Spokojnie i powoli opuścił się na sznurku z sufitu. Rozkładając szeroko ręce zatrzymał się w połowie wysokości pomieszczenia. Zobaczył w prawym rogu szafkę z butelkami. Rozhuśtał się i zwinnie wydobył jedną butelkę ze skrzynki. Usłyszał nagły trzask otwieranych drzwi frontowych. Serce waliło mu z niesamowitą prędkością. Już wyobrażał sobie wchodzącego do spiżarni Wuja z tasakiem w dłoni. Bohater pociągnął sznurek i jednym wybiciem z blatu stołu powrócił do wentylacji. W przyśpieszonym tempie opuścił obszar domostwa i ukrył się w krzakach bzu na podwórku. Skrzatu wyjął butelkę i kuknął na etykietę. Podpałka do grila – przeczytał i omal nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Trzeba będzie coś wymyślić. Nie było sensu wracać do domu z oczywistych powodów. Skrzatu policzył w myślach do trzech i jakby nigdy nic wyczołgał się z krzaków. Pech chciał, że napatoczył się na Piaskownicę omal go nie przewracając.

- A ty, co tu robisz?! – zapytał z oburzeniem Skrzatu.

- Mieszkam jakbyś nie wiedział. Zresztą odnoszę wrażenie, że coś ukrywasz. – stwierdził Piaskownica.

- Ja? – głupio udawał Skrzatu.

- Nie, mój rondel.

- To, co więc mnie dręczysz? To twój rondel. Nie rozmawiam sobie z nim. – rzekł Skrzatu i szybko ruszył w przeciwnym kierunku. Piaskownica próbował go wołać, ale niestety komendy głosowe zawodziły. Rzucił się wiec w pogoń. Uciekinier widząc nadciągające niebezpieczeństwo znacznie zwiększył prędkość. Obaj biegli mijając góry, lasy, doły. Niestety szanse Skrzata przekreśliła niewielka ławeczka przed domem Pana T.P.. Była nieduża, jednak rozmiary przekraczały te, które bohater mógłby przeskoczyć. Wywrotka była konkretna. Piaskownica dorwał ściganego. Podniósł za kaptur, zadał kilka ciosów i rzucił niczym restlingowiec słomianą kukłą. Wieśniak padł plackiem nieopodal linowego mostku uruchamiając funkcje obronne. Po przeciągłej syrenie alarmowej z domu wyszedł właściciel posesji. Pan T.P. ubrany był w czarny strój z peleryną i czapkę z piórem. Zły grymas wywołany naruszeniem prywatności wywołał ciarki na karku Piaskownicy. Piaskownica jednak spojrzał w głąb siebie i wyzbył się strachu. Wydobył spod płaszcza ulubione bliźniacze rondle i widowiskowo nimi zakręcił. Pan T.P. wyciągnął dłoń i za pomocą jakiejś mistycznej siły przyciągnął słomianą miotłę wykonując fachowe triki niczym zawodowy ninja. Walka była nieunikniona. Na chwałę i chałę. Tylko jeden mógł zachować honor kosztem zdrowego rozsądku.

- Broń się! – złowrogo rzucił Pan T.P..

- Do boju! – odkrzyknął Piaskownica.

            Obaj ruszyli w kierunku przeciwnika. Żaden nie miał zamiaru zwolnić. Miotła i rondle zderzyły się z trzaskiem w wirze zmagań. Piaskownica był twardy, poza tym używanie rondli w bójkach nie było mu obce, jednak Pan T.P. wywijał miotłą jakby urodził się z nią w dłoniach. Arcymistrzowskie ciosy osłabiały poziom wytrzymałości Piaskownicy jedenaście razy na minutę. Gradobicie miotły było niezwykle skuteczne. Właściciel rondli musiał przejść do konkretnej defensywy. W ostatniej szaleńczej próbie ataku postanowił wykonać trafienie krytyczne. Niestety Pan T.P. był na to przygotowany i majestatycznie uniknął ciosu. Zrobił salto w powietrzu i jednym płynnym strzałem zakończył pojedynek. Nieprzytomny Piaskownica osunął się w kępę krzaków.

            Pan T.P. potruchtał szybko do domu i wrócił z wiadrem wody. Bez wahania chlusnął całą zawartość na Skrzata. Ten ocknął się wrzeszcząc na cały regulator.

- Aaaaaaa!

- Zamknij się wreszcie! – rozkazał Pan T.P..

- Piaskownica cię ścigał i co za tym poszło naruszył mój teren. Został już za ten haniebny czyn odpowiednio ukarany. A teraz proszę o obiecaną zapłatę.

- Chwileczkę. – oparł Skrzatu i zamienił nalepkę z podpałki na nalepkę z wina wieloowocowego – Proszę bardzo.

- Ooo. Rychosław. Dobry rocznik. Możesz odejść w pokoju. – odparł Pan T.P. i zniknął w czeluściach swego domu.

            Skrzatu uśmiechnął się szeroko i mijając ostrożnie krzaki, gdzie leżał Piaskownica. Udał się w głąb wioski. Podpałka do grila zamiast wina to tylko połowa zamierzonego kierunku zemsty. Bohater w niezwykle skuteczny sposób porozwieszał jeszcze przeróżne ulotki o Panu T.P. i jego rzekomych wymysłach. Wszelkie informacje, że ktoś krytykuje i obraża Imperatora Żarówę szybko lecą w świat i zawsze niosą ze sobą ciekawe skutki. Skrzatu był z siebie dumny. Wreszcie postawił na swoim i ewidentnie sprawiedliwie odpowiedział temu łotrowi na rzeczy, jakie musiał przez niego robić.

            Po roznoszeniu ulotek i zabaw w herolda wieśniak wrócił do domu. Piaskownicy na szczęście nie zastał i korzystając z tej okazji naściemniał Wujowi niestworzone historię na swoją korzyść. Szybko zjadł kolację i zabarykadował się w swoim pokoju. Po tak ciężkim dniu sen znów przyszedł szybko.

Tagi: humor opowiadanie parodia

Oceń notkę
+ +3 -

Oceń profil
+ +14 -
Dzwienkoswit
Ranking: 693 Poziom: 40
PD: 9016
REPUTACJA: 1298
Miesięcznik PSX Extreme