SKLEP

Blog użytkownika Dzwienkoswit

Dzwienkoswit Dzwienkoswit 06.07.2015, 17:57
Rozdział II - Jestem z wioski
210V

Rozdział II - Jestem z wioski

Radosna twórczość w klimatach fantasy w komediowo-parodycznym stylu - część druga. Uwaga! Nadal będzie głupkowato :)

Rozdział II

Jestem z wioski

 

Pożyczaj tylko od pesymistów. Oni i tak nie mają nadziei, że im oddasz… – Wuj

 

            Dnia następnego ku powszechnemu zadowoleniu tubylców zjechał się cyrk. Generalnie, jeśli chodziło o rozrywkę – oferowali stosunkowo niewiele za ceny naprawdę postapokaliptyczne, więc mało, kto chciał wejść do klatki z lwem, czy przypiąć się do tarczy, w którą ślepy klaun rzucał nożami. Wielką popularnością wśród plebsu natomiast cieszyły się miejsca handlowe. Kupcy korzystając z każdej możliwej okazji zawyżali ceny produktów, ale w rozsądny sposób. Orientacyjnie to i tak zdzierali mniej niż Turek.

            Wuj jako zarządca finansowy domu oczywiście uznał wypad na to ruchome targowisko jako konieczność. Jak co roku z dwutygodniowym wyprzedzeniem przygotował listę rzeczy niezbędnych do życia, które należało nabyć.

            Z samego rana trzej wieśniacy wyszli z domu i wypłynęli w morze przepychającego się tłumu. Każdy wyposażony w sakiewkę wielkości adekwatnej do zasług dla rodziny. Skrzatu nie sprawdzał się najlepiej w tych sprawach, natomiast Wuj i Piaskownica pełną gębą nadrabiali ubytki miedziaków. Groźby, przekleństwa i powszechnie stosowana przemoc fizyczna, oraz niekiedy psychiczna były naprawdę skuteczne jako środek do obniżania cen.

            Po zgromadzeniu zasobów spotkali się w wyznaczonym punkcie obok zatrutej studni. Po krótkiej wymianie przechwałek odnośnie sukcesów w handlowaniu Wuj zarządził, iż należy się udać do szefa tego zbiegowiska. Zajmował się on skupem złomu i metali kolorowych oraz przedmiotami, których nikt normalny nie był w stanie zidentyfikować. Dotarcie do sportowej przyczepy było nie lada wyczynem. Mieszkańcy wioski i pracownicy cyrku wydawałoby się łazili w kółko na złość innym. Zapewne znaczny był w tym udział prawdy, ale nikt jeszcze tego nie udokumentował. Udało im się w końcu dopchać przy użyciu łopaty do śniegu, która jak się okazało skutecznie torowała drogę.

            Wnętrze przyczepy wyglądało jak ulepszona wersja namiotu szamana. Za pancerną, pokancerowaną ladą na obrotowym fotelu z nogami blacie zasiadał Mr. Choroba. Ubrany był w zbroję niewiadomo z czego, hełm z orzecha kokosowego i porządne podkute metalem buty. Ciekawym elementem ubioru było ostatnio modna przywieszona do pleców wijąca się na wietrze szmata. Najprawdopodobniej stare prześcieradło. Reasumując wygląd: szyk, styl i elegancja jak na zarządcę przystało.

- W czym mogę pomóc? – zapytał sprzedawca – Może chcielibyście kupić miksturkę z jakąś chorobą? Jestem znany ze skuteczności tych wyrobów. Ktoś was denerwuje i wrzucacie takiemu buteleczkę biegunkową do zupy. Zemsta gwarantowana.

- Nie dzięki. – odparł Wuj – Jakbym każdemu kto mnie wkurza miał załatwić sraczkę to bym stracił cały majątek na te mikstureczki.

- Ależ nic nie szkodzi. Ja tam lubię majątki.

- Ale ja bardziej. Gwarantuję…

- No, ale mam promocję! Jak kupisz pan 10 buteleczek 11 będzie 5% taniej!

- Zamknij się pan i nie wciskaj nam tego szajsu! – zdenerwował się Wuj – My przyszliśmy tu w innej sprawie.

- No dobrze, ale odwracacie się plecami od wielkiej szansy…

- Chcielibyśmy zbadać pewien dziwny kamień. – rzekł spokojnie Wuj.

- Proszę na sam pierw mi go ukazać. – sympatycznie poprosił Choroba.

- Skrzatu! Kamień. – wojskowo krzyknął Wuj.

            Skrzatu posłuszny rozkazom Wuja wydobył z kieszeni płaszcza kolorowe pudełko. Z tego pudełka kolejne pudełko, a i z tego jeszcze jedno. Dopiero ich oczom ukazał się owy dziwny przedmiot. Sprzedawca ostrożnie wziął kamień do ręki. Uważnie się mu przyglądał, powąchał, polizał, ugryzł i chwilę pożonglował.

- Pierwsze powierzchowne badania niczego nie wykazały…- rzekł Choroba – Trzeba użyć konkretnego sprzętu.

            Sprzedawca wyjął spod lady pokaźny kufer, a z niego różnorodne narzędzia. Śrubokręt, młotek, przepychacz, szczypce, korkociąg… Wszystkie specjalistyczne przedmioty działały jak trzeba i prace badawcze ruszyły. Mimo jednak wielkich nadziei badacza nic niezwykłego się nie wydarzyło. Należało powtórzyć czynności zmieniając poszczególne parametry operacji.

           W międzyczasie wieśniakom zaczęła coraz bardziej doskwierać nuda. Skrzatu zaczął puszczać bańki mydlane, które zawinął jakiemuś dziecku na targowisku. Piaskownica usiadł na kartonie i uważnie przyglądał się prowadzonym badaniom. Zawsze czuł w sobie ten gen szalonego naukowca. Może kiedyś się uda? Wuj natomiast zrobił orientacje w terenie którędy najlepiej będzie w nocy się włamać i podwędzić co się da.

- Strasznie się stawia ta cegła… - rzekł Choroba wycierając szmatą spoconą twarz – Ale nie ze mną te numery! Wedle założeń przedmiot tego typu już powinien zainterweniować w rzeczywistość. Odsuńcie się trochę…

            Sprzedawca sięgnął do metalowej szafki i wydobył z niej sporych rozmiarów młot. Podszedł do obiektu badań, zaśmiał się głośno, zamachnął się i z całej siły rąbnął w kamień. Przyczepa zatrzęsła się, a przedmiot zaczął świecić niczym kula dyskotekowa. Czerwona niezbadana siła zamieniła narzędzie w kupkę popiołu, a samego Chorobę przez dziurę w dachu posłała hen za horyzont. Wszystko to stało się w mgnieniu oka. W pomieszczeniu unosiła się chmura pyłu i zapach spalenizny.

- Ale fart! – zawył nagle Wuj – Zawijamy wszystko co miał! Nie będę musiał w nocy włamu robić bo teraz wszystko wyniesiemy!

            Zaraz po wspólnych okrzykach radości zabrali się za wynoszenie sprzętu. Udawali firmę przemeblowującą przyczepy, aby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Szczęście nareszcie zaczęło im sprzyjać. Wuj w tej chwili czół się bogiem. Taki potężny zastrzyk finansowy to jak spełnienie marzeń. Tyle tam było przedmiotów! Wydawałoby się, że wynalazki takie jak kotwica, czy trampolina są zbędne na zwykłej wsi. Jednak nie dla Wuja. On zaopiekuje się wszystkim co ma jakąkolwiek wartość i znajdzie dla nich jeszcze konkretne zastosowanie. Głównie zarobkowe, ale wzbudzanie zazdrości u sąsiadów też się liczy. Po kilku godzinach intensywnej pracy bohaterowie w kuchni opijali sukces jaki ich spotkał.

- A już myślałem, że na zimę będziemy musieli palić taboretami. – rzekł Piaskownica wychylając zawartość skradzionego kieliszka.

- Kradzione smakuje najlepiej. – stwierdził Wuj – Wznieśmy toast! Oby nam się…

- …dobrze piło. – dokończył Piaskownica.

- Zbijemy na tym majątek! – zakrzyknął Wuj – Wielki majątek!

- Będziemy bogatsi niż Maślak! – dodał Skrzatu.

- Nie musiałeś o tym wspominać… - na twarzy Wuja złe wspomnienie namalowało złą minę.

            Skrzatu kulturalnie przeprosił głowę rodziny. Szybko skończono porządkować łupy. Zrobiło się stosunkowo ciasno, ale za to i bogato. Piaskownica zamontował lepsze zamki w drzwiach i sporo pułapek. Trzeba się było zabezpieczyć przed ewentualnymi możliwościami ewentualnej kradzieży. Ach ta ludzka natura…

- Mam nadzieję, że nikt nie skojarzy naszego nagłego wzbogacenia ze zniknięciem Choroby i jego sprzętu. – powiedział Wuj.

- Te prymitywne wieśniaki nie mają zielonego pojęcia co się wokół nich dzieje. – odpowiedział Piaskownica – Jakby co powiemy, że wyjechał.

- Z całym sprzętem, ale bez przyczepy? – Wuj nie był przekonany.

- No tak. Może spalimy przyczepę? Zawsze lubiłem zabawy z ogniem. – zaproponował Piaskownica.

- Ta przyczepa jest w dość ruchliwym miejscu. Ktoś zauważy, że się zajęła. – odparł Wuj.

- Przestawmy ją najpierw gdzieś i dopiero podpalmy. – rzucił pomysłem Skrzatu.

- To nie jest taki głupi pomysł, jakie masz zwyczaj proponować. – rzekł Wuj – Tylko gdzie ją przeniesiemy?

- Do szopy Maślaka! – rzucił Piaskownica.

- Przecież ona jest cała z siana i drewna. Zobaczą wieśniaki, że jest ogień.

- No i co? Dziwne, że jeszcze ktoś tego nie podpalił. Kto to będzie chciał gasić?

- Napijmy się! – zaproponował Skrzatu.

            Wuj polał każdemu skradzionego spirytusu. Tak trochę sobie popili, aż wyszedł cały sześciopak. Po tych jakże niezbędnych przygotowaniach można było wybrać się na akcję. Była już noc. Na szczęście zachmurzone niebo blokowało padanie księżycowego światła. Trójka bohaterów bez najmniejszych problemów podkradła się do przyczepy. Częste włamania były tu dobrym doświadczeniem. W okolicach targowiska było pusto. Kupcy zwinęli stragany jak tylko zaczęło się ściemniać z powodów utrudnień w pilnowaniu towarów. Jedynym odgłosem było chrapanie mieszkańców przyczep. Wszystko na razie szło zgodnie z planem. Rondel Piaskownicy standardowo poradził sobie z wprowadzeniem czuwającego strażnika w stan uśpienia. Szopa Maślaka znajdowała się całkiem ładny kawałek drogi stąd. Ręcznie przepychać przyczepę gotów byłby jedynie kulturysta. A jako, że żaden z nich nim nie był postanowili użyć zaprzęgu konnego. Stary patent z marchewką na wędce spisywał się tutaj idealnie. W parę minut udało im się pięknie zaparkować w szopie. Wuj oraz Skrzatu odpięli konie i zabrali je do własnej stodoły, natomiast Piaskownica został dokończyć dzieła. Dla lepszego efektu porozlewał jeszcze trochę łatwopalnej cieczy. Żałował, że wywalił niedawno te przeterminowane fajerwerki, bo tylko ich jeszcze brakowało. Ale trudno. Z niebywałą precyzją piromana za pomocą krzesiwa rozpętał pożar.

- Płoń! Płoń! – zawył szaleńczo.

            Dopiero gdy żywioł zaczął przytłaczać swą wielkością Piaskownica zarządził odwrót. Musiał się niestety już czołgać, gdyż nie przewidział, że Maślak potrafi się przemieszczać z taką szybkością.

- Zapłacisz mi za to Choroba! – niosło echo.

 

*****

 

            Wszyscy będąc już w domu imprezowali w najlepsze. Zdobyli kupę sprzętu, dokopali Maślakowi, który w dodatku za wszystko obwiniał Chorobę. Lepiej się ułożyć nie mogło. Choć atmosfera była niebywale radosna bohaterowie nie byli w stanie balangować do rana. W końcu dzień był ciężki.

            Skrzatu udał się do swego pokoju. Pocałował swój kamień, któremu wszystko zawdzięczał i z przerażeniem odkrył iż przedmiot zaczął się kruszyć. Czyżby ten Choroba za mocno młotem rąbnął?! Kamień zaczął podejrzanie wibrować. Skrzatu w przypływie strachu cisnął go na łóżko i rzucił się w przeciwną stronę pokoju. Rozległ się trzask i mnóstwo kawałków rozprysło się we wszystkich kierunkach dziurawiąc doszczętnie łóżko, oraz haratając meble. Kiedy tętno wreszcie się ustabilizowało wieśniak wyszedł spod sterty ubrań do prania. Ku wielkiemu zdziwieniu na poduszce siedziała Krowa. I nie wyglądała jak zwykłe zwierze hodowlane. Po pierwsze była wielkości średniego mrówkojada. Bił od niej blask majestatyczności i niesamowita inteligencja. Skrzatowi przypomniało się jak wioskowy głupek – Pan T.P. opowiadał kiedyś o takowych mistycznych krowach i jakiś tam Krowich Jeźdźcach. Wszystko ślicznie, pięknie, ładnie, tylko jak Wuj ją znajdzie to zarekwiruje. Nie było wyboru. Trzeba było zwierze ukryć w bezpiecznym miejscu. Najlepiej w lesie. Tam Wuja nie poniesie.

            Jak pomyślał tak zrobił. Na średniej wierzbie na środku jednej polany z ulubionych przez Skrzata grzybiarskich miejsc zmajstrował mały apartament dla chowańca. Z chęcią by jeszcze zwierzątko nakarmił, ale nie miał pojęcia czym. Nie była to zwykła krowa. Odwiedzenie Pana T.P. wydawało się nieuniknione. Nigdy go w zasadzie nie lubił, no ale co robić? Jedynie on ma jakiekolwiek informacje o świecie dalszym niż znak Knospryś. Obiecał krówce, że jutro ją odwiedzi, po czym powrócił do domu. Na szczęście Wuj i Piaskownica spali przy stole kuchennym chrapiąc donośnie, więc można było bezpiecznie się przedostać do pokoju. Po tak męczącym dniu sen upomniał się o swoje zaraz po przekroczeniu progu pokoju.

Tagi: humor opowiadanie parodia

Oceń notkę
+ +4 -

Oceń profil
+ +14 -
Dzwienkoswit
Ranking: 693 Poziom: 40
PD: 9016
REPUTACJA: 1298
Miesięcznik PSX Extreme