SKLEP

Blog użytkownika Czarny Ivo

Czarny Ivo
Czarny Ivo Czarny Ivo 14.08.2015, 10:18
W co gracie w weekend? #111
957V

W co gracie w weekend? #111

Nie było mnie zaledwie 6 dni i znów japońszczyzna, biegnę z odsieczą!

Podczas mojego pobytu w górach pogoda była średnio przychylna. Nasza okolica, jako jedyne miejsce w Polsce, doświadczała deszczów i burz. Nie sprzyjało to co prawda wędrówkom, ale sprzyjało odpalaniu SNESa. Jeśli nie przygoda w życiu to chociaż ta wirtualna. Padło na kultowe The Legend of Zelda A Link to the Past. Bateryjka kartridża podtrzymywała jeszcze przy życiu save'a sprzed paru lat, gdzie zrobiłem jakąś połowę gry. Plan był jednak ambitny - od zera do bohatera. Największym sprzymierzeńcem był kolega Krzychu, który ukończył już grę dwukrotnie wcześniej, więc mniej więcej jeszcze pamiętał co gdzie i jak. Dobrnęliśmy całkiem daleko i w ten weekend należy dokończyć dzieła. Przed nami (Krzychu wpadnie) jeszcze dwa lochy i Ganon.

Pewnie nie muszę tej gry wam zbytnio przedstawiać, bo każdy o niej słyszał ze 100 razy tak jak i ja. Jednak co innego czytać/oglądać/słuchać, a co innego grać. To jest naprawdę kawał arcydzieła. Na początek jesteśmy rzuceni na liniową prostą misję. W środku burzowej nocy Zelda telepatycznie prosi nas o pomoc, gdyż została uwięziona w zamku. Oczywiście, pośpiesznie ruszamy na pomoc. Przed nami mały wprowadzający "dandżon", a później historia zaczyna dopiero się rozwijać. Jest mowa o wielkim nadciągającym złu i przepowiednia o bohaterze, który miał mu się przeciwstawić. Hoho! Wszystko wskazuje na to, że to chyba prowadzony przez nas Link okaże się tym bohaterem!

Zanim przejdziemy do sedna chciałem zauważyć, że po głębszym wejściu w tę grę, rzuca się w oczy coś, co często zarzuca się grom Nintendo - że to zawsze to samo. Kurde, jedyna Zelda, którą do tej pory ukończyłem (choć grałem też sporo w Okarynę i Wind Wakera), to wydana 15 lat później, w stosunku do Link to the Past, Twilight Princess, a wszystko wydaje mi się cholernie znajome. Mamy Kakariko Village, podobne "lochowe" przedmioty jak łuk czy hook shot/grapling hook, a nawet przeciwnicy - w szczególności wielcy kościejowi wojownicy, których najpierw trzeba rozbić mieczem, a potem dobić bombą, bo inaczej nigdy się ich nie pozbędziemy. Oczywiście nie wspominając o rdzeniu rozgrywki: loch-szwendanie-loch-szwendanie powtórz. Jednak są to podobieństwa...hmmm...partykularne i w sumie mało znaczące, bo każda odsłona to inna mechanika i zupełnie inna przygoda, czego nie mogę powiedzieć np. o serii Assassins Creed.

Wracając jednak do clou. Jak pisałem wyżej, gdy już odbijemy pierwszą księżniczkę zaczyna się właściwa przygoda. Zostajemy postawieni przed całkiem sporym światem, w którym jest po prostu mnóstwo rzeczy do zrobienia. Z każdą postacią można, a wręcz należy, porozmawiać. Czasem, ktoś zleci nam coś wprost, zachęci do podjęcia się zręcznościowego wyzwania w zamian za nagrodę, a czasem po prostu wspomni, że czegoś potrzebuje lub kogoś mu brakuje. Wydawać by się mogło, że informacja bez znaczenia. Błąd! Wszystko jest istotne i nic nie dzieje się bez powodu. Gdy pewna pani o garbatym nosie mówi nam, że przydałby się grzyb do jej zupy, to przechadzając się po lesie, warto się za takim grzybkiem rozejrzeć i zanieść go jej. Strawa będzie przepyszna - zapewniam, a takich smaczków jest naprawdę mnóstwo. Niektóre tego typu zadania wykonuje się przez przypadek, a niektóre wymagają naprawdę uważnego czytania wypowiedzi. Dlatego zasiadając do Link to the Past, nie należy się nastawiać na szybkie trzaskanie kolejnych "dandżonów" i ubicie ostatniego bossa. Takie podejście może nas narazić raczej na frustracje. Trzeba się rozkoszować tym wielkim światem, a gdy czujemy, że na chwilę obecną zrobiliśmy już chyba wszystko (uzależnione jest to od posiadanych przedmiotów), zająć się kolejnymi lochami.

Lochy same w sobie mają zróżnicowany poziom trudności. Oczywiście te początkowe są raczej łatwe i uczą - w tym sensie, jak należy kierować swoje myśli, by rozgryźć kolejne zagadki. W każdym z nich mniej więcej w połowie zmagań znajdziemy nowy przedmiot, który zwykle jest kluczem do rozwiązania pozostałych zagwozdek i CZASEM bossa. Rozwiązywanie tajemnic uważam, za zdecydowanie trudniejsze niż w Zeldach nowożytnych. W takim Twilight Princess nie przypominam sobie, żebym się gdzieś zaciął na dłużej. Nie mówię, że jest prosto ale zwykle cały sęk w tym żeby znaleźć jakiś przełącznik, rozejrzeć się dokładnie po sufitach żeby trafić łukiem czy grapling hookiem w odpowiednie miejsce. Pamiętam , że głównie się za czymś rozglądałem, choć były też zagadki czysto logiczne polegające np. na odpowiednim ustawianiu bloków czy przechytrzenie figur na szachownicy. W Link to the Past natomiast rozwiązanie zagadki nie ogranicza się do jednego czy dwóch pokojów. Tutaj cały dungeon to jeden żyjący organizm. Trzeba rozglądać się czy jakaś ściana czy podłoga nie ma pęknięcia co by je do końca skruszyć bombą i odkryć nowe przejście. Czasem trzeba w jakąś dziurę spaść w odpowiednim momencie żeby trafić do odpowiedniego miejsca lub zrzucić jakiś klocek, którego w inny sposób nie sprowadzimy do konkretnej komnaty. Puzzle potrafią być naprawdę męczące i gdy dodamy do tego zapętloną krótką muzyczkę, która z czasem zaczyna wnerwiać, nasza głowa narażona jest na bardzo ciężki okres i wtedy nie ma co grać na siłę i trochę odpocząć.

Ogółem polecam wszystkim tego klasyka, bo to naprawdę piękna przygoda. Nie raz zaskakuje swoją pomysłowością i bogactwem zwiedzanego świata. A wspomnieć jeszcze należy o cudownej, bajkowej oprawie, która zawsze będzie cieszyć oko i pozostanie nieśmiertelna. Polecam.

Hej! To nie koniec jeszcze jest druga strona!

Tagi: Rocket Knight Adventures Super Probotector The Legend of Zelda A Link to the past

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +35 -

Thumbs of Fury!
Oceń profil
+ +58 -
Czarny Ivo
Ranking: 48 Poziom: 64
PD: 33595
REPUTACJA: 13134
Miesięcznik PSX Extreme