SKLEP

Dark-O-visioN

Profesjonalnie amatorskie teksty
Darek Darek 11.09.2017, 13:09
The Defenders - sezon 1
74V

The Defenders - sezon 1

Idąc w ślad za starszym rodzeństwem z filmowego uniwersum, postanowiono połączyć oddzielne przygody Daredevila, Jessici, Luke'a i Iron Fista w jednym serialu, który sprawi, że ludzie posikają się z wrażenia i zapomną o wszelkich niedoskonałościach tego co było przed tym (zupełnie jak przy Avengers). Jak wyszło?

Co sprawiło, że Daredevil stał się hitem, na sukcesie którego wykiełkowały następnie Jessica Jones, Luke Cage, Iron Fist, Defenders, a już wkrótce również Punisher? Z jednej strony były to fantastycznie nakręcone sceny walk - każda z pomysłem, świetną choreografią i talentem, dzięki któremu czuć było siłę poszczególnych ciosów. Z drugiej strony były to świetnie rozpisane postacie, które łatwo było polubić, których było nam szkoda, kiedy działo się z nimi coś złego i z którymi się cieszyliśmy, kiedy odnieśli sukces. Skomplikowany trójkąt Matt-Karen-Foggy był pociągnięty na tyle dobrze, że z powodzeniem dałby radę udźwignąć swój własny, pozbawiony superbohaterów, serial. Z jeszcze trzeciej strony, całości obrazu dopełniał nietuzinkowy czarny charakter, z równie nietuzinkowymi motywacjami. Cały ten koktajl sprawił, że świat zakochał się w przygodach Diabła Stróża, zupełnie zapominając o niezbyt uwielbianym filmie z Benem Affleckiem z 2003 roku. Kilka miesięcy później Jessica Jones powtórzyła ten wyczyn (minus zapominanie o filmie z Affleckiem), gubiąc jednak po drodze ponadprzeciętne sceny walk. Nie można jednak mieć za złe serialowi, względnie, detektywistycznemu, że główni bohaterowie nie tłuką się jak Jackie Chan. Później natomiast pojawił się Luke Cage. I tu jakby panie i panowie producenci zapomnieli o tym co sprawiło, że pierwsze dwa seriale były tak dobre. Luke był co najwyżej średnio interesującą postacią, co wpływało równocześnie na jego kontakty z innymi postaciami, dając nam finalnie nudną warstwę "wypełniającą" serialu, co jest przecież dosyć ważne, jeśli mamy spędzić w tym świecie około dziesięciu godzin. Ciężko również było się podniecać stylem walki Luke'a jako, że ze względu na swoją kuloodporną skórę mógł po prostu wejść w przeciwnika i strzelić mu w ryja z taką siłą, że walka kończyła się zanim dobrze zdążyła się zacząć. Ostatnim co mogło uratować serial był czarny charakter, a raczej czarne charaktery, bo w ciągu jednego sezonu Luke przerobił aż trzech głównych wrogów i dwóch wspomagających. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby każda z tych postaci potrafiła błyszczeć własnym światłem. Niestety, w praktyce jedynie Cottonmouth był w jakikolwiek sposób interesującą postacią. Diamondback był tak komicznie przejaskrawiony, że aż nie pasował do reszty serialu, a Maria wspomagana przez Shadesa to duet równie nudny co oklepany. W sumie jedynym co ratowało serial była sfera audiowizualna, która stała na absurdalnie wysokim poziomie i pozwalała czasami zapomnieć o głupocie scenariusza. A później pojawił się Danny Rand. Nie wiem co się stało, co oni sobie myśleli, jeśli coś w ogóle. Będę brutalny, ale Danny jest idiotą. Cały wątek jego powrotu do domu i konfliktu z dawnymi przyjaciółmi był przenudny, przegłupi i przeniewiarygodny. Tego zwyczajnie nie dało się kupić. Do tego, jak na największego mistrza sztuk walki na świecie, choreografia walk z jego udziałem była chyba tworzona w trakcie kręcenia. I to na zasadzie "dobra, to teraz go uderzysz i on odleci pięć metrów do tyłu. Fajnie będzie to wyglądało". Dodaj do tego okrutnie niedoświetlone ujęcia, śmierdzące na kilometr zwroty akcji i mizerne relacje między kolejnymi postaciami i wychodzi ci... kupa. A zaczęło się tak dobrze! Po tym wszystkim, idąc w ślad za starszym rodzeństwem z filmowego uniwersum, postanowiono połączyć oddzielne przygody Daredevila, Jessici, Luke'a i Iron Fista w jednym serialu, który sprawi, że ludzie posikają się z wrażenia i zapomną o wszelkich niedoskonałościach tego co było przed tym (zupełnie jak przy Avengers). Jak wyszło? Cóż, jak mówi stare przysłowie, z gówna chleba nie ukręcisz.

Obrońcy zaczynają się niedługo po zakończeniu pierwszego sezonu Iron Fista. Danny i jego bejba ścigają agentów ręki i próbują dotrzeć do ludzi odpowiedzialnych za ostatnią tragedię - pięciu palców Ręki. W międzyczasie Matt próbuje żyć normalnie, Jessica powoli wraca do pracy, a Luke wychodzi z więzienia. Generalnie cała trójka (Danny'ego celowo olewam, bo nie zasługuje na uwagę) znajduje się obecnie w bardzo katartycznym miejscu. Zostawili za sobą niebezpieczeństwo i igranie z życiem i śmiercią. Żadne z nich, przynajmniej z początku, nie ma najmniejszej ochoty ładować się w kolejną, wyrastającą daleko poza ich możliwości, przygodę. Dlatego też pierwszych kilka odcinków to tak naprawdę powolny powrót do tego dawnego życia i tak jak faktycznie znajdzie się w nich parę interesujących rozmów, problemów i emocjonalnych decyzji, tak jest to trochę zmarnowany potencjał. Ja rozumiem, że serial nazywa się The Defenders, ale żeby niemalże całkowicie rezygnować z pobocznych postaci na rzecz głównych bohaterów? Gdyby Matt i Jessica mogli poodbijać swoje problemy o Foggy'ego, Karen, Hoghart, Trish, czy nawet Malcolma, ich powrót do świata suberbohaterów i złoczyńców byłby znacznie bardziej wiarygodny i przede wszystkim ciekawszy. Zamiast tego dostajemy czwórkę ludzi, którzy mówią, że "ręka jest potężna", ale "razem mamy szansę". No to git! Idziemy!

Ręka w serialu okazuje się być totalnym nieporozumieniem. Gdzie podziały się nieograniczone wpływy, gdzie całe zastępy żołnierzy, przez których najpierw należy się przebić? W Obrońcach, Ręka to ledwie pięć osób i kilku przydupasów. Jestem dziwnie przekonany, że każde z głównych bohaterów (no, może poza Dannym) poradziłoby sobie z nimi w pojedynkę, gdyby wymagał tego scenariusz i wcale nie byłoby to jakoś bardzo naciągane. Mało tego, idę o każde pieniądze, że Stick mógł nie zawracać głowy Mattowi i Elektrze, a zamiast tego mógł sam wyciąć ich wszystkich w pień. W końcu dane nam było poznać kim dokładnie są poszczególni członkowie Ręki i jakie są ich zamiary. Zasadniczo, to jedyną istotną nowością w serialu jest, jak zwykle niezastąpiona, Sigourney Weaver, w roli Aleksandry Reid, jednego z założycieli ręki. Prócz niej poznajemy też wreszcie pozostałych przywódców organizacji, wśród których znajdują się Madame Gao (nie jestem zaskoczony), Bakutou (jestem bardzo zaskoczony) i dwójka innych no-name'ów, o których nie warto nawet wspominać. Cała ich historia nie powala (UWAGA NA SPOILERY DO KOŃCA AKAPITU). Jak większość miernych czarnych charakterów, chcą albo a) zniszczyć świat, albo b) zdobyć władzę i nieśmiertelność. W przypadku ręki właściwą jest odpowiedź b. Problem w tym, że kiedy po raz pierwszy poznajemy Rękę, jeszcze w pierwszym sezonie Daredevila, obie te rzeczy są już w ich posiadaniu - ręka jest potężną organizacją, a jej założyciele chodzą po tym świecie od tysięcy lat. To o co im w końcu chodzi? Otóż, jak się okazuje, zatęskniło im się za domem, czyli Kun Lun, do którego na razie nie mogą się dostać. Jedno pytanie: skoro Ręka nie może wejść do Kun Lun to jak to się stało, że Iron Fist skończył się masakrą całej wioski przez Rękę? Ten motyw powrotu do Kun Lun jest również bezpośrednio związany z innym problemem serialu.

Zbyt duży nacisk położony został na postać Iron Fista. Nie wiem, kto wymyślił, żeby najważniejszą postacią uczynić najsłabsze ogniwo całej czwórki głównych bohaterów, ale nie był to dobry pomysł. Przede wszystkim, jak już wielokrotnie wspominałem, Danny zwyczajnie nie jest dobrą postacią. Ani dobrze napisaną, ani kompetentną w najmniejszym chociaż stopniu, ani sympatyczną, a przez to, że jego pięść jest tak istotna dla fabuły, nad wyraz często musimy oglądać sceny z jego udziałem. Druga sprawa natomiast, to fakt, że nie dalej jak pół roku temu oglądaliśmy zupełnie świeży, cały sezon poświęcony właśnie jemu. Myślę, że mogłoby mi się przejeść nawet gdyby faktycznie Danny był ciekawą postacią. Jest całkiem zabawny w zestawieniu z Luke'iem, ale to trochę za mało, a przez takie promowanie akurat jego, reszta interesujących postaci traci na znaczeniu. Matt ugania się za Elektrą i na tym właściwie jego postać się kończy, Luke, jak już mówiłem, wypada dobrze z Dannym, więc niech będzie, a Jessica... Cóż, Jessica jest w tym serialu zupełnie niepotrzebna. Można by ją dosłownie wyciąć z tej historii i nikt by nawet nie zauważył.

Nie wiem co się dzieje z producentami Netflixowego Uniwersum Marvela, ale nie jest to nic dobrego. Z historii na historię poprzeczka spada coraz niżej i to do tego stopnia, że zaczynam się martwić o jakość drugiego sezonu Jessiki i trzeciego Daredevila - coś, co jeszcze rok temu nawet nie przeszłoby mi przez gardło dzisiaj staje się realnym zmartwieniem. Ponoć jeszcze w tym roku dostaniemy Punishera z Johnem Bernthalem. Mam szczerą nadzieję, że udowodni nam on jak bardzo niepotrzebne są te obecne lęki.

Tagi:

Oceń notkę
+ +7 -

Life's too short... Let's eat!
Oceń profil
+ +40 -
Darek
Ranking: 95 Poziom: 57
PD: 24794
REPUTACJA: 10680
Miesięcznik PSX Extreme