SKLEP

Blog użytkownika Bioter

bioter
Bioter Bioter 13.02.2014, 19:43
Bijatyki - Moja spowiedź
1303V

Bijatyki - Moja spowiedź

Dłuższy wpis niż zwykle. Nie jest to opis gatunku, ani nic takiego (za specjalistę się nie uważam). Jest to bardziej moja "droga gracza" w edycji "Bijatyki".

Każdy z nas lubi raz na jakiś czas obić komuś mordę (tę wirtualną oczywiście). A jak ktoś nie lubi to wiele traci, zważywszy że było wiele dobrych ku temu okazji.

 

 

Prolog

 

O ile dobrze sięgam pamięcią to pierwszą poważną styczność z tym gatunkiem gier miałem za sprawą automatów Arcade. Owszem wcześniej miałem styczność z Karateką u wujka na Atari ale to dopiero automat z pierwszym Mortal Kombat rozpalił we mnie świadomą miłość do wirtualnej przemocy. „Buda Arcade” (tak ją dziś wspominam), była oddalona dobry kawał drogi od domu ale nie przeszkadzało to aby każde 50gr skazać strącenie do automatowej czeluści. Co ciekawe największym wzięciem wcale nie cieszył się tam Scorpion ani Sub-Zero, ale Kano za prawą swojego ataku specjalnego (no wiecie ten jego skulony lot na przeciwnika). To co było wtedy znamienne, to trudność jaką sprawiał Goro, skurczybyk był tak trudny, że zaczęły nawet rodzić się legendy mówiące o tym, że gdy ktoś pokona księcia Shokan, temu automat wypłaci sowitą nagrodę pieniężną. Rzecz jasna żadnej kasy nie było ale podziw i uznanie w salonie był gwarantowany. Warto wspomnieć też, że nie było wtedy takiego Internetu, jaki jest teraz i często ciosy specjalne trzeba było wyszukiwać na czuja, nie mówiąc już o fatalitach, które w wykonaniu człowieka zazwyczaj były dziełem przypadku (o ile w tamtym salonie do tego doszło). Tak się złożyło, że chodziłem tam często z bratem przez co utarło się, że moją ulubioną postacią był Scorpion, a jego Sub-Zero. Powód ich wielbienia był prosty i raczej pospolity. Byli to ninja…i tyle. Jakiś czas potem „Buda MK” zastała zamieniona na inny salon, taki bardziej wypasiony i taki co zawierał w sobie automat z…uwaga…Mortal Kombat 2. Długie spacery zamieniłem wtedy na krótsze spacery i wysokie schody, po których trzeba było wejść aby utopić pieniądze w dziele szatana. MKII było trochę jak powtórka z rozgrywki, gdzie miejsce Goro przejął Kintaro. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć że był to typowy sequel nastawiony na więcej i lepiej tego samego. Wtedy na pewno było czuć zdecydowanie cięższy i mroczniejszy klimat. Więcej postaci i czas jedynki w tamtym momencie przeminął. Dwójka rządziła do czasu kiedy maszyna coin-on z Mortalem 2 została wymieniona na nową. Tak, przyszedł wtedy czas trzeciego śmiertelnego pojedynku. Ubolewałem nad brakiem Scorpiona, ten brak szczęśliwie wynagrodził mi nowy zestaw wojowników z Cyber Ninjami na czele. Gdyby nie brak Scorpiona to automatowe MKIII wspominałbym najmilej z pośród gier ogranych na tych „pudłach”. Do dziś pamiętam jaki ból sprawiały animality Nightwolfa. O samych grach tutaj nie zamierzam pisać, tak więc wybaczcie tutejszy brak głębszej analizy serii MK. Mogę odesłać was do encyklopedii i inne miejsca Internetu. Kolejne części to już inna przygoda, która nastała dopiero na konsolach.

 

 

 

 

Kolejny ważny przystanek tej historii nastał wraz ze Snes’em i Street Fighter 2, które znajdowało się wśród posiadanych ówcześnie przeze mnie gier. Automaty nie poszły co prawda w całkowicie odstawkę (kasa nadal była marnowana na bardziej zaawansowane technicznie gry) ale od tego czasu numerem jeden stały się dla mnie potyczki Ryu, Sagata i reszty ulicznych wojowników. Konkretnie było to “Super Street Fighter II: The New Challengers”,  główna różnica polegała na zdecydowanie bardziej zaawansowanym systemie walki (dziś pewnie budzi to najwyżej uśmiech politowania), no bo nie oszukujmy się – Mortal Kombat były głównie Fatality plus te dwa czy trzy ciosy specjalne i wiadomo: noga, ręka itd.

Wielkiej filozofii nie było, przynajmniej ja to tak wtedy odbierałem (tak, napisałem to po to aby fanatycy MK nie chcieli mnie szukać).  Street Fighter wydał się być w tym temacie o wiele bardziej rozbudowany. Ale zamiast czytać moje trudno czytelny wywód proponuje obejrzeć filmiki z MKII i SFII. A co, taka mala lekcja Historii na pewno nie zaszkodzi.

 

 

 

 

 

 

 Uliczny wojownik jako pierwszy pokazał mi pewną siłę tkwiąca w bijatykach, siła ta nazywała się „Kanapowy Multi” – „Jam jest Kanapowy Multiplayer i będę twoim bogiem, dla którego będziesz trenował dzień w dzień, ku mojej chwale się nad wirtualnymi postaciami”, rzecz jasna pokornie go usłuchałem, co on wynagrodził mi zwycięstwami, gdy koledzy przychodzili, któż z nas – starych dziadów - nie pamięta tych domowych turniejów. Uczyłem się najpierw z książeczki co i jak (czyli było łatwiej niż przypadku automatowego MK), potem była już tylko taktyka walki. Naukę którą nabyliśmy w naszych pożytkowaliśmy też na podwórku, oczywiście tylko dla zabawy. Nikt nigdy znacząco nie ucierpiał w czasie podwórkowego Street Fightera. Choć ja ubolewałem nad tym, iż nie wychodził mi „kręciołek Ryu” (Tatsumaki). Ale lepiej powrócić do samej gry, która oprócz Multi miała też Single Player mode (bodaj Arcade mode). Już wtedy na wierzch wyszła duża zaleta story w bijatykach, dziś oczekuje się oczywiście filmików i animacji nazywanych endingami, wtedy wystarczyły obrazki i te kilka zdań, które motywowały do buszowania w słowniku, Tym sposobem (przechodząc story) miałem chęć zapoznać się z każdą postacią i tym samym nie można mi zarzucić dyskryminacji jakiejkolwiek. Z singla SFII chyba najbardziej pamiętam „Strefę bossów” zaczynającą się  od walki z Balrogiem, o czym też dawała znać stosowna muzyczka:

 

 

 

 

Co ciekawe największy wpierdziel, dostawałem zazwyczaj od Kena, „ognista łapa” była moim najstraszniejszym postrachem w tej grze. Ulubionych postaci nie miałem, aczkolwiek najłatwiej grało mi się przy pomocy Ryu…chociaż nie… był jeden ulubiony char, Sagat się zwał. Street Fighter 2 wspominam jako moją pierwszą poważną domową bijatykę ale była ona tylko wstępem do mojej przygody z tym gatunkiem gier.

 

 

 

 

W tamtym czasie miałem tę dogodność, że w moim otoczenie nie byłem jedynym posiadaczem drugiej stacjonarnej konsoli Nintendo. Jako że z drugim posiadaczem przyjaźniliśmy się na tyle aby na długo wymieniać się grami to liczba kartów, lądujących w naszych konsolach była jakoś dwa razy większa. On mógł dzięki temu trenować samotnie w Street Fightera, ja z kolei dostałem dostęp do Killer Instincts. Pierwsze wrażenie to „Mortal Kombat” (wliczając w to fulgore’a wyglądającego niczym uciekinier z fabryki Lin Kuei) , drugie wrażenie to „o wiele bardziej dynamiczne”. Właściwie to KI dawało obraz tego jak Wyglądał by smoczy turniej gdyby miał w sobie pewne geny ulicznego wojownika. KI miało nawet fatality (w tym i te z przedrostkiem stage) lecz te akurat do mortala nie dorastały w ogóle. Sama gra sprawiała wrażenie opierania się o motyw combosów (co chwila wrzeszczący z podniecenia narrator). A to co było dziwne to zamiast sytemu ‘Rundowego” „podwójny energy bar” czy jak kto woli „energia przechodziła na kolejną rundę”. Kto stracił jeden pasek, musiał go nadrobić (odebrać go też przeciwnikowi) aby myśleć o wygranej.     

 

 

 

 

Interlude I

 

Zanim jednak przejdę do czasów pierwszego Playstation powróćmy jeszcze na monet do ogólnego tematu Salonów Arcade. Otóż ewolucja grafiki szła do przodu, a wiec i bardziej zaawansowane graficznie Automaty stawiane po to aby wyłudzać pieniądze na żetony. Virtua Fighter, który co ciekawe wiele zrobił dla PS One (To VF jest pośrednio ojcem poligonalnego 3D w pierwszej konsoli Sony – wywiad w serwisie Wired), Bloody Roar z ciekawym motywem przemiany w zwierzęta , Tekken 3 do którego jeszcze powrócę, Street Fighter EX to przykłady wyciągnięte z głowy na szybko, co ciekawe SF EX wówczas bardzo mi się podobał (sentyment do dwójki musiał zadziałać), niestety po czasie wiem jak bardzo słaba to część gry była, no ale gusta się wyrabiają .

 

 

 

 

Królowa bijatyk

 

Ukochaną konsolę większości użytkowników PPE, posiadłem wraz  sześcioma grami. Były wśród nich takie hity jak Destruction Derby 2, Wipeout 2097 i oczywiście Tekken 2. Zanim na dobre rozpisze się o bijatykach na pierwsze Playstation, mam obowiązek wspomnieć o znanym  każdemu posiadaczowi ( i posiadaczce) tej konsoli Demo One, ale nie o wersje demonstracyjne gier mi tu chodzi. Demo One posiadało w sobie coś co skutecznie rozdziawiło mi szczękę. Tak,  właśnie chodzi o trailer „Soul blade”. Żadna gra nigdy nie wprawiła mnie w taki szok jak filmik, który już pewnie też widzieliście( a jeśli nie to zaraz zobaczycie). I jestem pewien że już żadna gra nie wywoła u mnie takiego ślinotoku jak właśnie zajawka pierwszej części serii Soul( po dziś dzień n amyl/czytanie/słyszenie tytułu tej gry w głowie zaczyna grać stosowna piosenka).

 

 

I co młodzi PPE-arianie? Bo właśnie takimi prymitywnymi tworami się kiedyś ludzie jarali ;)

 

 

No dobrze, czas na Tekken, a właściwie Tekken 2( jedynkę ograłem po kilku latach). Drugo turniej o króla żelaznej powitał mnie bardzo klimatycznym Intro – uważam je za najlepsze w historii serii. Najlepiej sami zobaczcie/ przypomnijcie sobie:

 

 

Singiel player, a raczej motywacja do jego ukończenia była znacznie wyżej postawiona niż w przypadku drugiej części zmagań ulicznych wojowników. Po pierwsze były filmiki kończące (FMV), co prawda bardzo prymitywne ale wyobraźnia wtedy pracowała, więc było dobrze. Po drugie  i ważniejsze - były postaci nowe do odblokowania. Bardzo to człowieka cieszyło kiedy po ukończeniu trybu Arcade jakąś z podstawowych postaci, gra nagradzała ten wyczyn w ten sposób. To jest to za czym się tęskni, kontent odblokowywany w ten sposób - Żadne tam bandyckie DLC i dymanie graczy na lewo i prawo ( i do tego po środku). Dwójka to jeszcze nie ten poziom trenowania co trójka, ale jednak na początku to w trybie Practice spędzałem. Wtedy jeszcze myślałem głównie kategoriami „atak i najdłuższe combosy”, 10 hit-combo było obowiązkowe, dużo zabawy dawało też „wymyślanie” własnych Jungle combosów, choć pewnie i tak daleko było mi do mistrzów Japonii i Korei :) W T2 bardzo popularny był wśród żywych ludzi Marshall Law, i to bynajmniej nie z powodu jego podobieństwa do legendarnego Bruce’a Lee - Spamowanie X+O, X+O,  X+O było u co niektórych niestety nagminne (Street Figher też ma swoje Bruce’a Lee – Fei Long’a). Ja natomiast lubiłem bardzo Jun i Paula oraz oczywiście Kazuyę, ten wkupił się w moje łaski ciekawą historią (Antagonista, którego można zrozumieć). Ostatnią walkę z Devilem po dziś oceniam jako najlepsze wydarzenia w fabularnym aspekcie Tekkena, Utwór „Be in the Mirror” skutecznie potęgował dobre wrażenie. Doprawdy dziwi mnie, że jeszcze żaden z filmowców nie wziął na tapetę historii Kazimierza z dwóch pierwszych Tekkenów.

 

 

 

 

Aby zachować ciągłość zdarzeń, pozostanę lepiej przy serii, której historia toczy wokół patologicznej rodziny Mishimów. Trójki wyczekiwałem z utęsknieniem, czytając co rusz zapowiedzi i historie postaci w licznych ówcześnie periodykach o PS One. Niestety ostatecznie glosy o braku Kazuyi i Jun okazały się być najprawdziwsza prawdą. No cóż długo liczyłem na jakąś ukryta opcję odblokowania go jako ukrytej postaci, lecz było na nic. Wszelkie plotki i legendy o ukrytym Kaziku i Jun też były tylko plotkami i legendami. Tę stratę trzeba było jakoś przełknąć. Koniec końców na cale szczęście Tekken 3 wprowadził do serii kilka zupełnie nowych postaci, w tym swoistą hybrydę wspomnianej dwójki, ich syna Jina, ale co ciekawe jakoś nie zaliczał się on do grupy najczęściej wybieranych przeze mnie postaci w T3. Dawne znajomości zeszły nieco w cień. A do głosu na dobre doszli Lei Wulong, Brian Fury, Yoshimitsu i Ling Xiaoyu. Szczególnie tego pierwszego sobie ceniłem za złożoność stylu walki. Z drugiej strony barykady stali dwaj wojownicy walczący nogami – Eddy i Hwoarang. Tych to ja akurat nie lubiłem za to jak byli przystępni dla nowych graczy. A co ciekawe jakoś nikt, kto wcześniej przychodził pograć w T2 nie lubił jakoś Beak Doo San’a, od którego brał nauki tak uwielbiany przez wielu rywal Jina Kazamy. Nie obrażam tutaj ludzi, którzy upodobali sobie grę Capoeirą i Tae Kwon Do , po prostu obie te postaci były wtedy według mnie zbyt często używany, przez zbyt dużą ilość osób. Nauka gry i taktyki  mogła wejść na kolejny poziom wtajemniczenia. A to za sprawą czasopism oczywiście, w końcu nie byłam sam i nie szukałem po omacku. Także styl gry przestał być jedynie ofensywny, znalazł sobie defensywnego przyjaciela. Myślę że wielu przyzna mi racje odnośnie tego, iż Tekken 3 skutecznie wyryło sobie pozłacane miejsce nie tylko w historii mordoklepek ale całej branży gier Video.

 

                    

 

 

 

Playstation to nie tylko Tekken, nie bez powodu przecież nazywam tę konsolę „Królową Bijatyk”.  O Bloody Roar już wspominałem przy okazji wywodu o automatach. W moim przypadku czasy PS One to jeszcze nie obcowanie z serią Soul. O czym warto z mojego punktu widzenia wspomnieć? Z całą pewnością o Cardinal Syn, które było niczym  brutalniejsze Soul Blade bez wypadania z aren – i też dobra gra dla kogoś kto nie lubi smoków. Jurassic Park Warpath, gryziatyka z dinozaurami, nisko oceniana ale za to bardzo grywalna, poważnie. I do tego ta możliwość zjadania ludzi. Większym zainteresowaniem niż JP cieszyły się z całą pewnością zmagania „falujących biustów”, samo Dead Or Alive przetrwało do dnia dzisiejszego. Seria ta wbrew obiegowej opinii ma teraz dość zaawansowany system walki, ale gdy narodziła się pierwsza część nikt specjalnie o grywalnych wartościach nie myślał. Najważniejsza była fizyka biustów. W DOA rzecz jasno można było pograć i całkiem przyjemnie ale jednak świadomość, że jedynka była daleko za tuzami gatunku robiła jednak swoje. Erhgeiz też mnie nie porwało, gra była całkiem popularna ze względu na gościnny udział postaci z kultowego FF7. A sama rozrywka odbiegała od klasycznego modelu bijatyk. Swobodne bieganie po Arenie, przypominało bardziej chodzone bijatyki typu Fighting Force. Było jeszcze z życia wzięte Rival School. Było ono tym czym powinno być Street Fighter EX (Co ciekawe były widoczne wyraźne inspiracje flagową serią Capcom’u, nawet niektóre ciosy skopiowano). A jako ciekawostkę warto zaznaczyć tu obecność akcji tagowych – na długo przed Tekken Tag Tournament.

 

                     

 

                     

 


                     

 

 

Starzy znajomi

 

Było o nowych Bijatykach, to musi być też o Sequelach, crossoverach i innych takich.Jak już wcześniej wspominałem w kolejne części MK po trojce grałem już bardziej na platformach domowych. MK Trilogy stało się z miejsca powodem dla którego hasałem do pobliskiego konsolowego salonu gier – takiej budy na kółkach. No cóż… swojego egzemplarza nie posiadałem, a takie połączenie wszystkich trzech części naprawdę dawało radę. Choć fakt faktem klimat i zmagania miały niższy klimat niż za czasów Arcade.

 

Po świetnym Trilogy, które było zwieńczeniem i ukoronowaniem smoczej serii, nadszedł czas na nowe – na przejście w popularne 3D. Na Mortal Kombat 4 czekałem z nadzieją na konkretną i krwawą rozwałkę. Gdy gra już wylądowała opinie w mediach były raczej mało pozytywne, nie raczej a na pewno. Zafascynowani TK3 redaktorzy nie pozostawili na czwórce suchej nitki. Ja jednak daleki byłem od mieszania tej gry z błotem. Liu Kang i spółka (w tym Jarek, ktory nie był Polakiem) nie sprostali co prawda przedstawicielom żelaznej pieści, nie zmienia to jednak faktu, że smocza gra była wtedy bodaj jedną z najdłużej ogrywanych bijatyk na PS po Tekken 2 i 3. Niestety były to początki złego (o czym w dalszej części wpisu).

 

 

                     

 

 

Jeszcze lepiej sprawa miała się ze Street fighterem. ”Street Fighter Alpha 2 Dash” Potrafiło zmienić światopogląd co niektórych – W czasach kiedy grafika 2D odeszła do lamusa, wielu takie gry postrzegało jako dziecinne. Ale wystarczyło zmusić do gry raz, jeden, drugi, trzeci i nagle padały deklaracje typy „Kiedyś uważałem takie gry za infantylne papki, teraz wiem jak bardzo się myliłem”, choć tu trzeba przyznać, że grze pomagała bardzo jej efektowność. Capcom na PS one zaserwował też zdaje się największy crossover w dziejach gier video. Choć nie chodzi o połączenie różnych serii gier, to Marvel VS Capcom ostro namieszało w świadomości graczy. Sama gra była jak Street Fighter na ostrym dopingu, tak ostrym ze często nie dało się połapać co się dzieje na ekranie. 100ileś hit combo czy tam nawet więcej. Takie liczby robiły wrażenie w czasach kiedy grało się głównie w bijatyki gdzie wyczynem były combosy składające się z 12 np. ciosów. Gra była przy tym niezwykle widowiskowa. Początkowo ubolewałem nad tym że nie ma batmana, no ale jak się potem okazało on nie jest z Marvela. Tak, to w zasadzie ta gra nauczyła mnie o różnicach między Marvel i DC Comics. Ta niezwykle efektowna gra była też pierwszym spotkaniem z wieloma bohaterami z obu światów. Między innymi takiego Stridera wcześniej nie kojarzyłem.

 

 

 

Piekielny Turniej

 

Playstation oprócz świetnych gier słynęło też bardzo z piractwa, takie były czasy, że tylko wybrańcy nie mieli Chipów w konsolach. Przerobiona konsola nie tylko dawała dostęp do gier w wersji „Robin Hood Edition”, ten kto konsole przerobił mógł pograć w jedyną w swoim rodzaju bijatykę. Thrill Kill o którym mowa oficjalnie był oficjalnie skasowany, jednak nieoficjalnie kto chciał ten grał. Thrill Kill Było bijatyką dla czterech graczy, bardzo nie moralną a przy tym bardzo brutalną. Sama rozgrywka przypominała Ehrgeiz ale w moim odczuciu była dużo lepiej zrobiona. Dentysta-Sadysta, Gore-Pielęgniarka na pierwszy rzut oka kojarząca się z pornolem czy gość, który wyrwał komuś nogę i teraz używa jej jako broni to tylko przykłady co ta gra w sobie miały, a były nawet nawiązania religijne. Areny także wywoływały nie małe zdziwienie. Wariatkowo cieszyło się sporą popularnością. Sama gra polegała na naparzaniu się czterech postaci, aż w końcu trzy z nich stracą życie. Tyle tylko że nie było trakcyjnych pasków energii, uderzając w kogoś ładowaliśmy taki jakby pasek mocy, Im brutalniejsze ciosy tym lepiej dla naszego paska, bo gdy był pełen zaczynała się łapanka, złapany kończył z wyrwanymi kończynami, rozkwaszony na ścianie lub w inny wymyślny sposób. I potem znowu walka i łapanka, aż w końcu został tylko jeden. Thrill Killowskie fatality nie były może najwyższych lotów ale sama gra jest po dziś dzień najbardziej brutalnym i najbardziej obscenicznym tworem w jaki grałem na konsolach. Piekielny turniej potępionych (był też Judasz, i pewnie twórcom gry chodziło Iskariotę), którzy walczyli o możliwość powrotu do świata żywych (Reinkarnacja) zawierał w sobie i takie aspekty jak kanibalizm, czy nawet symulowane stosunki płciowe. Nic wiec dziwne że wydawca wstrzymał oficjalną dystrybucję.

 

 

 

 

Morderczy instynkt

 

O Nintendo 64 będzie krótko, Konsola ta nie była dla mnie bastionem bijatyk, takie ClayFighter 63⅓ nie dało rady mnie przekonać do dłuższej posiadówy…aczkolwiek N64 mogła pochwalić się tytułem, na który z zazdrością patrzeli by posiadacze PS One, Chodzi rzecz jasna o Killer Instincts od legendarnego Rareware. Za czasów, kiedy byli blisko z Nintendo trzaskali gry najwyższej jakości. Nie dziwne więc, iż też ich bijatyka nie uchroniła się przed wyżynami genialności. KI: GOLD nie było jeszcze zarażone F2P, które skutecznie niszczy odbiór gry. Zamiast tego było zarażone czymś innym. Grę można było porównać do przelanego słoja miodu, a sama rozgrywka była czymś w stylu połączenia Street Fightera i Mortal Kombat – niektórzy wprost serię nazywali ich nieślubnym dzieckiem. Ale genów MK było znacznie więcej. Mroczna stylistyka i pseudo fatale mówiły same za siebie.

 

 

Jago, Folgore, Tusk (Nie ten o którym myślicie)  i inni nie wątpliwie pokonali wtedy swoich spekulowanych ojców, no dobra, może lepiej – Rodziców (Nie wiem kto ma być Ojcem a kto matką, SF czy MK).

 

 

 

Killer Instincts jak przystało na porządną bijatykę, miało w sobie bardzo dobry Soundtrack.

 

 

 

Interlude II

 

Zanim jeszcze nastała era PS2 odbyłem mały mariaż z bijatykami na ostatniej konsoli Segi, co prawda nie na własnej bo na pożyczonej i w salonie gier. Były to dwie gry, pierwszą z nich było uznane w mediach Soul Calibur. Głupio się dziś do tego przyznać ale na tamten moment nie był to jeszcze dla mnie czas aby wymachiwać Wirtualnie ostrzami. Znacznie bardziej woleliśmy ze znajomymi Dead Or Alive 2, gdzie wielopoziomowe areny robiły na nas nie małe wrażenie. Już tam pal licho Kasumi i inne cycate wojowniczki, ważne że seria wyrobiła się te w systemie walki. W końcu zaczynało się to przekształcać w coś mogło stawać w szranki z liderem gatunku, którym był wtedy jeszcze dla mnie Tekken.

 

 

Zamiast screen’a cosplay Kasumi, tak dla odmiany.

 

 

 

Zanim na dobre posiadłem drugą stacjonarną konsolę Sony, zmuszony byłem chodzić do.. a jakże…Salonu gier. Cel był jeden i oczywisty – Tekken Tag Tournament – TTT było niczym Mortal Kombat Trilogy w świecie Tekkena, szkoda było tylko brakujących Gona i Boskona. Niemniej jednak i Bez tego była to wielka gratka dla takiego wieloletniego fana turnieju o króla żelaznej pięści. Powrót umarłych przecież w kanonicznej serii postaci wyrysował mi wyraźnego banana na twarzy. Dla mnie oczywiście najbardziej liczyło się to, że takie ukoronowanie serii Namco, lecz do gustu przypadły mi też nowatorski model walki 2 na 2. Co prawda już wcześniej spotkałem tagowe ataki (Rival School) ale to Tekken Tag wybiło tagowanie na wysoki szczebel popularności. Natomiast kontrola nad dwoma postaciami znacząco wpływała na taktykę w czasie w walk.

 

 

 

 

Upadek Króla

 

Czwartego Tekkena mogłem już ogrywać w zaciszu własnego domu. Pierwszy pozytyw to powrót to powrót do serii Kazuyi (alias Kazimierz) Mishimy. Pozytyw jest to naciągany, takich prawdziwych pozytywów w TK4 było jak ze świecznikiem szukać. Owszem Kuma i Panda nie byli już wielkimi worami do bicia. Ale co po za tym? Gra była słabo zbalansowana, nawet świeżak gdy brał się za Jina, mógł nim wymiatać przeciwko weteranom serii. Nowe postaci jakoś nie przypadły mi do gustu. Widać było że nie poszło to w dobrym kierunku. Nawet Paul zbiedniał a opieka społeczna poskąpiła mu zasiłku na żel do włosów.

 

 

Tekken musiał ustąpić miejsca nowemu królowi.

 

 

 

 

 

Nowy władca pada

 

Kiedy jeszcze konsole nie były podłączone do internetu, koniecznego było kupowanie official playstation magazine, po to aby sprawdzić wersje demonstracyjne nadchodzących gier. Era PS2 była u mnie czasem kiedy na dobre pożegnałem się z piractwem. A sposobem na życie było staranne wybieranie do kupna gier dobrych, możliwie jak najlepszych. Playstation miało Tekkena 3, Playstation 2 miało Soul Calibur 2. Seria Soul wcześniej kojarzyła mi się z moją rozdziawioną gębą (Demo One) i w moim prywatnym odczuciu ustępowała innym bijatykom (na PS one nawet lepiej mi się grało w Cardinal Syn). Wiekopomny moment przyszedł z chwilą kiedy na jakimś Demo Disc odpaliłem filmik z gameplayem. Na pewno była tam walka Yoshimitsu i coś jeszcze (inna walka). Już wtedy gra wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Potem był genialny teledysk na Game Network (Urywki z gry i muzyka Europe - The Final Countdown). Kolejnym krokiem było kolejne Demo Disc i grywalny już kod SC2 ( Ten z Cassandrą). Kupno własnego egzemplarza gry było kwestią czasu.

 

Soul Calibur 2 to gra która zabrała mi najwięcej czasu w czasie szóstej generacji konsol stacjonarnych. Wliczając w treningi, domowe turnieje oraz Weapon Master, gdzie stracilem wiele czasu na expienie i zdobywanie contentu w grze. Sama gra była nie wątpliwie znacznie lepsza niż czwarty Tekken. Pod płaszczyk efekciarskich walk, krył się zaawansowany system walki. I owszem nieco wkurzało mnie że wersja na PS2 nie miała w swoich szeregach Link’a z „The Legend of Zelda” ale no cóż trzeba było jakoś przełknąć. Co nie było takie trudne. Szybko podzieliłem sobie postaci na kilka typów (Być może coś pokręciłem, było to tak dawno temu). Ofensywnych takich jak Nightmare i Cervantes czy Necrid. Defensywnych jak Mitsurugi i Xianghua. Coś po między jak choćby Taki i Talim, która była obok Mitsurugiego moją ulubioną postacią. To też ona brylowała w mojej zabawie na stworzenie najdłuższego kombosa. Lubiłem też Assasina (to takie połączenie Hwang Seong-gyeong z jedynki i Hong Yun-seong z dwójki), no wiadomo… Ninja. Nie wiem czy coś było ze mną nie tak ale w SCII zupełnie nie fascynowały mnie piersi Ivy. Fascynowało mnie za to u niej co innego. Wspominam tę postać jako tę którą trudno było okiełznać. A przy tym na wysokim poziomie trudności najbardziej potrafiła zajść mi za skórę. Soul Calibur 2 szczytowe osiągnięcie Namco w temacie bijatyk, śmiała ale bardzo prawdziwa teza, nie zgodzić mogą się tylko ortodoksyjni fani Tekkena 3 i 5. Przy czym przyznać trzeba, że na jakość gry niezwykły wpływ mialy doznania audio-wizualne.

 

 

 

 

Powrót króla... Lecz nie na tron.

 

Ja wiem że Tekken 5 był  powrotem serii na właściwe tory ale jednak SCII na dobre rozsiadło na moim osobistym tronie „Bijatyki szóstej generacji konsol”. Tak więc piąty Tekken i inne bijatyki dostały mało czasu antenowego. Sam piąty turniej żelaznej łapy uświadomił mi jak bardzo nie chętnie przyjmuję w bijatykach nowe twarze. Chyba ta sentymentalność bierze górę. Z nowych postaci uszły tylko Lili i Asuka „Jun w przebraniu” Kazama. Fabularnie piąty turniej był na tyle wyjątkowy, że ściągnął aż samego Wesley Snipes’a. Który dla niepoznaki sfałszował dokumenty i występował jako nie jaki Raven. Skubaniec wziął przykład z Bruce’a Lee. Bardzo Ucieszył mnie powrót Rogera, bo ja tam lubię zwierzaki w żelaznej serii. Fabularnie już wtedy seria rozpoczęła błądzenie w kierunku mody na sukces. Wieloletni ojciec Heichachiego to jednak przegięcie ( a ja się zastanawiałem jak to możliwe że Heniek tyle żyje). T5 było też dobre dla nowicjuszy, gdyż oferowało podróż do czasów Arcade wersji pierwszych trzech Tekkenów, dla starych wyjadaczy była to taka nostalgiczna wyprawa. Tekken nigdy nie oferował według mnie dobre soundtracku, Po za małymi wyjątkami nic nie chciałem mieć ponagrywane na kasety magnetofonowe (wtedy nie było You Tube i jakoś trzeba było sobie radzić), Zmieniło się wraz z nadejściem Moonlit Wilderness.

 

 

 

 

 

                     

O Mortak Kombat to mi się nie chce nawet pisać, wszyscy dobrze wiemy jak wtedy stoczyła się smocza seria. Przekombinowano w bardzo złym kierunku. Lepiej o tej hańbie nie przypominać.

 

 

 

                     

Widząc obrazek z płaczącym Sub-zero Zastanawialiście się pewnie kto odrzucił zaloty mroźnego wojownika.

 

 

 

To już nie to samo

 

Online – źródło wszelkiego zła na konsolach. Online było niczym drewniany koń trojański. Gracze konsolowi (w tym i ja) z otwartymi rękoma przyjęli wizję zmagań z ludzkim przeciwnikiem przez Internet. Pod osłona nocy z tego jak się wydawało pięknego daru wyskoczyły największe zarazy w gejmingowej historii. Imiona ich to DLC i Niedorobione gry, wspomagała ich liczna rodzina Bug&Glitch, od niedawna też założyli koalicje z F2P i mikrotranzakcjami. Powszechny dostęp do internetu wiąże się jeszcze z czymś – z niemal całkowitym zaniechaniem lokalnego multiplayera. Piszę o tym we wpisie o bijatykach gdyż, fakt ten miał bardzo destrukcyjny na nie wpływ. To po prostu nie to samo co kiedyś. Świadomość że nie ma po co trenować bo i tak rzadko kiedy jest zdarza się okazja na grę „pad w pad”  skutecznie ostudziła mój zapał do bijatyk. Domowe turnieje odeszły w zapomnienie, a przez to że online mnie nie jara (graczem starej daty jestem) z bijatykami kończę znacznie szybciej niż w czasach przed PS3 i Wii.

 

 

 

Marudzenie marudzeniem ale nie trudno odnieść wrażenie, że coś w tym było wszak bijatyki przez większą połowę siódmej generacji były niemal że zapomniane. Gry wychodzi ale długo żadna z nich nie wybyła się na rynku. Na szczęście nic nie trwa wiecznie (prócz mojego pecha) i dobre bijatyki zaczęły powracać. Zamiast korzystać z chronologii z przyjemnością opiszę najpierw pewne cudowne odrodzenie. Mortal Kombat powróciło z czeluści żenady, gdzie zostało wciągnięte przez coraz to debilniejszą  fabułę i nowe postacie bez polotu. Na PS2/GCN/XBOX coś się posypało i tak się skończyło…ale na szczęście się nie skończyło tylko zaczęło się od nowa. Dziewiąty MK (wliczając w liczenie MK VS DC) okazał się być pierwszym MK w nowej alternatywnej linii czasu. Wydarzenia z pierwszych klasycznych części opowiedziane raz jeszcze. To dobrze, a jeszcze lepiej że nie wprowadzono zbyt wielu drastycznych zmian fabularnych (takie rzeczy jak Cyber Sub-Zero zamiast Cyber Smoke’a nie rujnują założeń oryginału). I co cieszy najbardziej, historię gry podano nam w przyzwoity sposób za sprawą najlepszego trybu story w bijatykach. Pierwsze kontakty odrodzonym MK to rzecz jasna Internet i trailery. Długo nie zapomnę jakie wrażenie zrobiły na mnie Kung Lao Fatality, musze mieć tę grę pomyślałem. Kolejne filmiki utwierdzały w przekonaniu. Że oto dawny król automatów powraca w glorii i chwale.

 

 

 

Takich powrotów nam potrzeba.

 

Sama gra w czytniku to pasmo sukcesów w zdobywaniu przez nią u mnie plusów (Na czele z mechaniką gry i brutalnością, choć fatale mogłyby być brutalniejsze). Właściwie jedynie X-Ray i Brak Motaro chociażby jako niegrywanego bossa muszę liczyć jako niewątpliwe minusy. X-Ray są fajne tylko za pierwszym razem, potem denerwują i wybijają z rytmu walki. Motaro natomiast był tak kultowy w oryginalnej trylogii, że brak jego namacalnej obecności w tej fabularnej reedycji jest faktem złym (pojawiał się w Story Mode jako kameo, lecz to nie o to chodzi). Po Kobrze, Frost i innych patafianach nie było ani śladu. Kultową ekipę 2D Mortali wspomogli tylko Quan Chi i Kenshi, jedni z nielicznych przyzwoitych po MK Trilogy, wspomagali ich gościnnie Kratos i Freddy. Występy gościnne wśród społeczności graczy budzą raczej mieszane uczucia. Ja je zawsze cenię o ile postaci te pasują do danej gry. Obaj panowie znają się na rzeczy i nie jedno życie krwawo zakończyli. Wojowniczka Skarlet z kolei była gratką dla weteranów pamiętających bug z kolorami żeńskich wojowniczek w MKII. Sama gra, tryby główne i dodatkowe nie pozostawiły w wątpliwości. Zbłąkany smok powrócił na właściwą sobie drogę, teraz tylko ciekawi mnie co będzie dalej. Oby Story MKX utrzymało dobry poziom.

 

 

 

 

Moda na Tekken

 

Zgrzyt zaliczyła ponownie seria Tekken (syndrom MK z PS2?), po bardzo dobrej Piątce wyszła taka sobie szóstka (Tekken jako seria-przekładaniec?), gdzie fabuła (w bijatykach niby nikogo ale…) zbliżyła się niebezpiecznie do poziomu mody na sukces (Lars Aleksanderson). Początek intro nawet fajny (W tym miejscu intro dorównywało temu w Tekken 2). Jin jako Złol, który miał uratować świat to największa zaleta gry jak dla mnie. Namco i Harada zrehabilitowali się w pewnym stopniu dostarczając „Tekken Tag Tournament 2” który, podobnie jak pierwowzór był sentymentalna podróżą w przeszłość dla weteranów (ponownie zagrać wieloma zapomnianymi w serii postaciami?  to coś wyciąga z portfela pieniądze).

 

 

 

 

Destrukcyjna pazerność

 

Capcom do końca szóstej generacji kojarzył mi się bardzo dobrze, to była niegdyś jedna z moich ulubionych firm. Pazerność na kasę ich zniszczyła, ich bijatyki kojarzą się z bandycko zablokowanymi na płycie z grą zawartościami. Kolejne wersje Street Fighter IV nie są jeszcze takie złe (z tym że człowiek ma wątpliwości czy kupić teraz czy jednak poczekać na jakieś Super Ultra Ultimate Street fighter IV Omega Alpha Dash Hyper Edition 2018) , SFII tez miał ileś wersji. Jednak już kiedy wychodzi na jaw, że Wydawca każe płacić za coś co jest na płycie, to już oznacza jedno… lincz (a już zwlaszcza kiedy tyczy sie to takiej gry jak Street Fighter X Tekken). W tej generacji Capcom spadło z tronu bijatyk 2D.  Z kolei jeśli chodzi o Namco to Soul Calibur od czasu dwójki wrażenie na mnie nie zrobił (Doskonałość za trudno przebić), a Dead Or Alive wyrobiło w sobie nie tylko ulepszone biusty swoich bohaterek. Wspominałem przed chwilą o nowym królu bijatyk 2D. Zostało nim Arc System Works.

 

 

 

 

 

Nowi bogowie 2D

 

Blazblue i Guilty Gear (o którym wcześniej nie miałem pojęcia, a istnieje od czasów psx), obie Serie na wstępie mogą pochwalić się pięknie rysowaną grafiką w stylu Anime. Ale najważniejszy jest tu system walki, który początku wydaje się stawiać na efektowność, tak było gdy zacząłem łapać o co chodzi. Z jeszcze większym czasem zaczyna człowiek łapać, iż gry ASW nie tylko niczym nie ustępują w tej kwestii portfolio Capcomu ale pokusiłbym się o stwierdzenie że nawet je przewyższają (choć nie ulega wątpliwości, że obie serie czerpią garściami z kultowego Street Fightera). Gdybym miał wybierać jedną z obu, to o ciut wygrałoby u mnie Guilty Gear, które jest jednak bardziej stonowane, A I-No to najtrudniejszy boss końcowy ever w mordobiciach. Co ciekawe BlazBlue i Guilty Gear Gear to jedyne gry walki, w których miałem problem z ogarnięciem energu barów. (nawet w Marvel VS Capcom nie było to problemem). Nie raz doznałem szoku na zasadzie "Co?! Już?!" Więcej niż słowa powiedzieć mogą z pewnością filmiki z gameplayu.

 

 

 

 

Tekst ten nie jest recenzją żadnej gry, lecz grzechem byłoby jednak nie wspomnieć o muzyce w grach Arc System Works, a ta stoi na niemal perfekcyjnym poziomie. Utwory z Blazblue był już trochę u góry. Poniżej przykład z Guilty Gear.

 

 

 

 

 

 

"Specjalny Gość"

 

A koniec jeszcze słów trochę o flagowej serii Nintendo. Długo zastanawiałem się czy dać Smash Bros do tego wpisu, dla mnie to bardziej Party Game jest. Nie można jednak lekceważyć serii, która ma swoje miejsce na EVO ( Takie mistrzostwa w bijatykach). Super Smash Bros Brawl to gra niezwykle rozbudowana jeśli chodzi Content w niej zawarty. Prawdziwa interaktywna encyklopedia gier Nintendo. Wii to konsola w starym stylu (siadam i gram bez neta i tych wszystkich jego ustrojstw typu DLC). Jest to tez jedyna bijatyka ciesząca się taką offlinową popularnością w multi jaką kiedyś cieszyły się w moim mniemaniu dużo bardziej poważne bijatyki. Osobiście nie mam w tych grach ulubionych postaci i już od samego początku grałem system-random, przy wybieraniu wojowników. Randomo system wyboru zdarzał się też w takim Tekken 3 czy Soul Calibur 2, ale to wtedy kiedy już jakoś tam umiałem w owe gry grać. Smash Bros jest bez wątpienia bardzo miodne ale bijatyką z prawdziwego zdarzenia bym tego nie nazwał. Bardziej liczy się samozaparcie aniżeli trening i umiejętności.  

 

 

 

 

Epilog

 

Na dobre wystartowała ósma generacja, co przyniesie? Tak do końca nie wie nikt, na ten moment wyczekuję zapowiedzianych już  od jakiegoś czasu „Tekken X Street Fighter” oraz „Guilty Gear Xrd Sign”

 

Grafika 3D wyglądająca jak grafika 2D

 

 

 

 

Jeżeli jakiejś gry zabrakło w tym wpisie i jesteś z tego powodu wkurzony/a to wybacz, najwidoczniej była ona zbyt mało ważna w mojej historii gracza, a niektórych tytułów gier nie mogłem sobie przypomnieć nawet z pomocą Google, nie wspominałem też o emulatorach, gdyż uważam że to nie jest prawdziwe granie. Zdaję sobie też sprawę, że niektórym grom poświeciłem za mało miejsca. No cóż... nie były to recenzje i opisy.

Tagi:

Oceń notkę
+ +46 -

Oceń profil
+ +38 -
Bioter
Ranking: 29 Poziom: 69
PD: 41582
REPUTACJA: 20249
Miesięcznik PSX Extreme