(1/5)Capcom wyznał, że sprzedaż rzędu 1.4 miliona egz. gry Street Fighter X Tekken - to porażka dla firmy.

SoQwirówka...
czyli mikser growo-sportowy z domieszką
Konrad Adamczewski
O autorze

współpracownik PSX Extreme, newsman PPE, zatwardziały słuchacz rapu, kibic sportów wszelakich i gracz z 22-letnim stażem...



  • Konrad Adamczewski

  •  
    Sherlock Holmes: Gra cieni - recenzja
     
    11-01-2012 | 01:01
     

    Sequel Sherocka Holmesa to trzeci po wyjściu z twórczego niebytu film Guy'a Ritchiego. Przyznam, że po udanej części pierwszej, do kina na nowe przygody słynnego detektywa wybierałem się pełen optymizmu. Wyszedłem mając go znacznie mniej.


    „Gra cieni” zachowuje stylistykę oryginału, snując opowieść Holmesie i jego wiernym partnerze Dr Watsonie w formie filmu akcji, ubarwionego efektami rodem z „Matrixa”. W rolę ekscentrycznego detektywa znów wciela się Robert Downey, Jr., który nie zachwyca jednak tak, jak w pierwszej części. Być może dlatego, że mniej tu humoru, a ten który jest wydaje się nazbyt infantylny i prosty? Na pewno. Możliwe też, że Ritchie był o wiele bardziej zachowawczy niż przy pierwowzorze i postawił na intensywniejszą akcję nie pozwalając aż tak rozwinąć się aktorom? Też, bo i relacja Holmesa z Watsonem, która nadawała smaczku wielu scenom w pierwszej części, tu zupełnie uleciała.

     


    Próżno także szukać tu soczystszych dialogów. Co prawda spotkania Sherlocka z jego wrogiem, którym w tej części filmu jest znany z książek profesor Jamesem Moriarty, są pełne napięcia i przypominają eleganckie rozmowy jakie prowadził ze swoimi wrogami James Bond za czasów Rogera Moore'a, to rytm filmu wyznaczają kolejne wybuchy, bijatyki i strzelaniny. Tak, strzelania jest tu w porównaniu do pierwowzoru aż za dużo, a jedna ze scen ociera się o absurdalny kicz. Ritchie z przesadną wręcz lubością korzysta z efektu slow motion, tak umiejętnie wykorzystanego w części pierwszej, starajac się kilka razy zaskoczyć widza. Akcja potrafi zatrzymać się na moment, a następnie cofnąć, by pokazać jak skrupulatnie łebski Holmes doprowadził do tego, co zaraz się się wydarzy. Choć nie można odmówić temu oryginalności, to wszystko wymyka się z względnie wiarygodnych ram ustanowionych w filmie sprzed dwóch lat. Słowem - Holmes to teraz wiktoriański super bohater - niezniszczalny i niemal jasnowidzący - a nie „jedynie” detektyw z bystrym umysłem i ponadprzeciętnymi umiejętnościami fizycznymi.

     

     


    W pierwszym Sherlocku Holmesie podbało mi się wciągnięcie widza w intrygę, a następnie odsłanianie jej krok po kroku. W drugim już na samym początku dostajemy wykładnię tego kto jest złym i co należy zrobić, aby pokrzyżować mu plany. Owszem, to rozpoczyna nerwowy wyścig pomiędzy dwoma zaciekłymi rywalami, jednak formuła grania w otwarte karty jest mniej atrakcyjna. Ritchie, podobnie jak wcześniej, wplótł w historię elementy śledztwa. Wraz z Holmesem zwracamy uwagę na kilka przedmiotów czy poszlak, co zapewne ma pozwolić na zabawienie się w samodzielne szukanie tropów. Odpowiedzi przeważnie dostajemy jednak za szybko, a te które są kluczowe dla fabuły okazują się tymi, które nie zostają nam zasygnalizowane. W pierwowzorze takich oczek puszczonych w stronę widza było więcej, co uczyniło zeń nie tylko rwącą do przodu historię, ale i stworzyło obraz toczącej się na naszych oczach inwestygacji. Tu niby zachowano ten posmak, jednak na dużo mniejszą skalę. Historia nie jest żmudnym szukaniem igły w stogu siana, a raczej lekkim pretekstem do kolejnych scen akcji. Szkoda też, że w sequelu Holmes dość szybko opuszcza Londyn, bo osadzenie akcji w miejscach innych niż stolica Anglii odziera film ze sporej porcji niepowtarzalnego klimatu, który znacznie bardziej namacalny był w oryginale.

     


     

    Drugi Sherlock Holmes jest niestety ze wszech miar gorszy od pierwszego. Nie ocznacza to jednak, że jest zły do cna. „Gra cieni” nie jest typowym filmem akcji i chwała za to. Jest obrazem mniej konwencjonalnym, jednak robi mocny ukłon w stronę typowych filmów akcji. Aż strach pomyśleć co stanie się z częścią trzecią, o której produkcji już parę z ust puściło studio Warner Bros.

    Komentarze (11)
    •  
      2012-01-11, 01:57:52
      Jacobek: No i na to liczyłem - na czystą akcję i kino rozgrywkowe w dobrym wydaniu. Dzięki za reckę, w przyszłym tygodniu trzeba będzie wysłać kod na Orange :)
      [odpowiedz]
      -3
      plus minus
    • Dzik84 
      2012-01-11, 09:48:33
      Dzik84: Wiedziałem że tak będzie, dlatego absolutnie nie wybieram się na ten film. Dzięki za potwierdzenie obaw. Ritchi na urlop!
      [odpowiedz]
      1
      plus minus
    •  
      2012-01-11, 15:39:15
      yavny: pieprzyć nowego Holmses'a... dawać mi tu pełnometrażowego Kapitana Bombę... tępe ch..e
      [odpowiedz]
      4
      plus minus
    • oskar_PL 
      2012-01-11, 20:31:37
      oskar_PL: Brednie piszesz kolego !.Film swietny.
      [odpowiedz]
      0
      plus minus
    • Roger777 
      2012-01-11, 23:08:02
      Roger777: Fakt, jedynka była lepsza, ale ja się nie nudziłem. Robert Dawney, Jr. kilka razy rozśmieszył mnie do łez. Efekty specjalne pierwsza klasa. Oczywiście film należy oglądać z przymrużeniem oka, ale kilka motywów (cofanie i przyspieszanie czasu, gra słowna, szachowa rozgrywka, akcja z armatą czy pojedynek w pociągu), naprawdę dają radę.
      [odpowiedz]
      0
      plus minus
    • SoQ_ 
      2012-01-12, 02:49:17
      SoQ_: Kierwa Roger akcja z armatą (chodzi Ci o ucieczkę przez las?), fatk, pokazana jest super (slow motion, ładowania, odpalana iskra) ale przecież ta strzelanina to właśnie ten absurdalny kicz o którym piszę powyżej. Ta scena jest tak głupia, że mnie po prostu załamała. To poziom kina dla nastolatków. Z całym szacunkiem :)
      [odpowiedz]
      1
      plus minus
    • SoQ_ 
      2012-01-12, 02:56:18
      SoQ_>oskar_PL: Przecież nigdzie nie napisałem, że ten film jest zły? Świetny to jednak przesada. Świetna była jedynka. W przypadku dwójki liczyłem, że koncepcja zostanie podtrzymana, tymczasem koncepcja została rozmyta w kuble komercyjnego kina.
      [odpowiedz]
      2
      plus minus
    •  
      2012-01-13, 15:28:18
      pancerek: komentarz ukryty Odkryj
      -5
      plus minus
    • rkBrain 
      2012-01-17, 20:45:21
      rkBrain: Jedynka była do bani jeśli chodzi o scenariusz. Większość filmu utrzymana jest w konwencji fantasy. Ludzie wstający z grobów, samozapłony, walka z gigantem to niektóre z cudów jakie dzieją się na ekranie. Dopiero w ostatnich 10 minutach filmu zostaje wszystko prędko wyjaśnione co jest po prostu śmieszne bo nikt do tego momentu nie wie o co chodzi. Może byłoby inaczej gdyby w filmie pojawiały się jakieś poszlaki.
      [odpowiedz]
      -2
      plus minus
    • shizonek 
      2012-01-18, 11:47:22
      shizonek: Chyba oglądaliśmy inny film, panie recenzencie. Sequel jest bodajże dużo lepszy od części pierwszej. Nie było humoru? o_O Toż kontynuacja była o wiele bardziej komediowa! W porównaniu do pierwszej części lepsza była także fabuła, bez żadnych mistycznych lordów Blackwoodów, za to z zimnym psychopatą Moriartym. Mnie druga część Holmesa nie zawiodła w żadnym calu.
      [odpowiedz]
      2
      plus minus
    • Szmatys 
      2012-01-20, 10:30:21
      Szmatys: shizonek ma rację, dwójka zdecydowanie lepsza. Scena ze ściąganiem skacowanego Watsona z automobilu na długo zapadnie mi w pamięć. Moriarty daje radę, świetnie odegrana postać. Nie rozumiem jak można napisać, że "historia jest lekkim pretekstem do kolejnych scen akcji"? No ale cóż, jeśli chodzi o Ritchiego niektórym bardziej podoba się Rock'N'Rolla niż Przekręt. Mam prośbę, piszcie Downey Jr zamiast Dawney.
      [odpowiedz]
      1
      plus minus
    Dodaj swój komentarz

    login

    hasło
    Ciekawe w sieci
    Rzuty okiem
    Angry Birds kontra....

    Jesteście ciekawi co by się działo, gdy znane z hitowej gry ptaszki zaangażowały się w realne konflikty zbrojne i rozwiązywanie politycznych problemów?

    Widziałem/słyszałem
    They call him Machete

    Robert Rodriguez to twórca pełen sprzeczności. Z jednej strony ma na koncie mieszające konwencje „Od zmierzchu do świtu”, genialne w swej prostocie „Planet Terror”, czy klimatyczne i oddające ducha komiksu „Sin City”. Z drugiej, w jego filmografii widnieje miałkie kino familijne pokroju „Spy Kids” lub nieznośnie przekombinowane „Pewnego razu w Meksyku”. Najnowsze dzieło Amerykanina - „Maczeta”, ma w sobie coś zarówno z jego gorszych, jak i lepszych dokonań.