(1/5)Mike Gamble z Bioware sugeruje, że zachowanie sejwów z Mass Effect 3 nie będzie głupim pomysłem - brzmi to jak zapowiedź Mass Effect 4

Redaktor PSX Extreme
Newsman PPE
Maniak RPG-owy

Bartosz Dawidowski


Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale sprzęt fotograficzny wart 10-15 tysięcy złotych nie oferuje znacznie lepszej jakości zdjęć od skromnego wyposażenia za 2000 zł. Zdjęcia z jednego i drugiego systemu różnią się głównie kosmetycznymi sprawami. Droższy ekwipunek generuje lepszą rozpiętość tonalną, trochę lepszą ostrość, wierniej oddaje barwy. Ale nie są to różnice, które dałoby się wyłapać oglądając zdjęcie wydrukowane w małym formacie (do 30-40 cm przekątnej). Nie ma mowy tutaj o wielkim skoku jakościowym. Każdy kto wierzy w to, że wydając kilkanaście tysięcy złotych na aparat i dobry obiektyw nagle zacznie robić wspaniałe zdjęcia okrutnie się oszukuje. Ceny sprzętu fotograficznego w istocie są niewyobrażalnie mocno zawyżone.
Oczywiście mówię tu amatorach, hobbystach. Ktoś kto nie przedziera się całe tygodnie przez dżunglę, czy nie wykonuje zdjęć w burzach piaskowych Iraku nie potrzebuje drogiego sprzętu. Bo kupując drogie aparaty fotograficzne nie płacimy za lepszą jakość zdjęć (poprawa jest marginalna) - płacimy za wielką wytrzymałość sprzętu. Droższe cyfrowe lustrzanki mają specjalną ramę ze stali pod obudową, która chroni je przed naprawdę mocnymi trzepnięciami o glebę (nierzadko takie „pancerniki” przeżywają bez uszczerbku upadek na beton z 1,5 metra wysokości). Mają też system chroniący przed kurzem, wilgocią, wodą (liczne uszczelki, idealnie spasowane elementy obudowy). I tyle, albo aż tyle. Często nacinają się na to bogaci hobbyści, którzy wierzą, że uszczuplając swoją kartę kredytową o bagatela 20 tysięcy złotych kupią sobie automatycznie cudowną jakość swoich zdjęć. Prawda jest taka, że nowe aparaty z dolnej półki (2000 zł) robią dziś prawie tak samo znakomite fotografie, jak superdrogie mastodonty sprzed 2-3 lat. Jeśli ktoś nie wierzy, niech wejdzie na dziesiątki stron z testami sprzętu optycznego i obejrzy zdjęcia porównawcze. Na marginesie - superdrogi sprzęt sprzed 6-7 lat można dziś wyrzucić już tylko na śmietnik (mówię oczywiście o korpusach, bo obiektywy genialnie utrzymują swoje własności).
Jeśli miałbym polecić coś, co daje naprawdę świetną jakość za małe pieniądze, to zwróciłbym uwagę potencjalnego nabywcy na najnowsze aparaty pozbawione lustra - szczególnie te w standardzie mikro 4/3. Panasonic zmodyfikował swoją małą matrycę, udoskonalił ją i stworzył coś naprawdę imponującego. W małym opakowaniu dostajemy jakość, która - z dobrym obiektywem - może konkurować z bardzo drogim sprzętem. Panasonic GH1 i Olympus E-pl1 to dwa znakomite aparaty, wyposażone w ten sensor świetlny. Z tej dwójki lepszy jest GH1 (ze względu na ergonomię), ale jeśli chodzi o cenę, to nic nie jest w stanie pobić PENa E-pl1. Ten mały aparacik, ważący z obiektywem pół kilograma, kosztuje dzisiaj ok. 1750 zł, a oferuje jakość zdjęć, którą śmiało można porównać ze sprzętem za 4-5 tysięcy złotych (a nawet droższym). Jak tego dokonał Olympus? Zmniejszył siłę filtra anty-aliasingu umieszczonego przed matrycą. Filtr ten jest np. bardzo mocny w aparatach Nikona i Canona – efektem są mniej ostre zdjęcia. Słaby filtr AA daje jednak niepożądany efekt w postaci moire’y. Nie wiem jak udało się tego dokonać Japończykom, ale zdjęcia z tego aparatu są bardzo ostre przy praktycznie wszystkich wartościach czułości sensora (aż do ISO 3200) i do tego nie dokuczają im mocno niepożądane artefakty, związane ze słabym filtrem AA. Nie jest E-pl1 pozbawiony wad (m.in. wolny autofocus, słaba ergonomia i rozpiętość tonalna), ale i tak uważam, że ten sprzęt jest przełomowy. Zachwycają mnie w nim jego niewielkie gabaryty i waga - to aparat, który zawsze można nosić ze sobą, a nie tylko na specjalne okazje, jak w przypadku ciężkiej lustrzanki. Ten kto ma aparat zawsze przy sobie robi najlepsze zdjęcia - to prawda znana od wielu lat. Dlatego często zdjęcia z najmniejszych kompaktów biją na głowę foty z najdroższych sprzętów. Kompakty nosi się zawsze w kieszeni i jest się gotowym na tę jedną, jedyną, najważniejszą chwilę.
Wracając do Olympusa E-pl1 to polecam zaczekać z jego kupnem jeszcze 3-4 miesiące, aż jego cena spadnie do 1400-1500 zł. Poczekajcie na ten moment - on NA PEWNO nastąpi. Jak już pisałem wszystkie ceny w świecie fotograficznym są bardzo mocno zawyżone, szczególnie na początku sprzedaży nowego produktu. E-pl1 tanieje z miesiąca na miesiąc. I tanieć musi, bo konkurencja na polu bezlusterkowców jest potężna. Olympus ściera się w tej chwili z Samsungiem, Sony (znakomite Nexy), Panasoniciem. Kiedy na polu walki staną Nikon i Canon zrobi się jeszcze ciekawiej. Być może obniżki cen będą jeszcze większe... polecam uzbroić się teraz w cierpliwość.
Dziwi trochę ślamazarność Nikona i Canona, które spóźniły się z wejściem na pole aparatów pozbawionych lustra. Obie firmy pracują w pocie czoła nad swoimi modelami takiego sprzętu (zapewne premiera nastąpi podczas Photokiny we wrześniu), ale mimo wszystko mają sporo do nadgonienia.
Wrócę jeszcze do tematu, który poruszyłem ostatnio – do przełomu. Dlaczego uważam, że następuje dziś rewolucja w fotografii? Aparaty fotograficzne po 60 latach uwalniają się od ciężaru i gabarytów, które niesie ze sobą użycie uchylnego lustra, zamontowanego przed migawką. Dawniej taki system był konieczny, by fotograf widział dokładnie, co fotografuje. Z odrębnym wizjerem, kiedy światło nie wpadało bezpośrednio przez obiektyw, do oka, trzeba było zgadywać co mieści się w kadrze, a co nie. Dzisiaj system Live-view, znany z aparatów kompaktowych, łączony jest z matrycami o normalnych rozmiarach. Fotograf widzi na wyświetlaczu LCD bezpośrednio to, co rejestruje sensor świetlny. Można też użyć wizjera EFV, który również wyświetla ten sam obraz rejestrowany przez matrycę w czasie rzeczywistym. Jest to doskonałe rozwiązanie dla wszystkich amatorów i hobbystów, którym zależy na bardzo wysokiej jakości zdjęć, ale przy małych gabarytach i niskiej wadze aparatu. Jestem przekonany, że za 10 lat bezlusterkowce, oferujące doskonałą jakość zdjęć, opanują w 70% rynek fotografii hobbystycznej. Po prostu nie będzie sensu dźwigać ciężkiego aparatu, gdy coś tak lekkiego i małego zaoferuje porównywalną jakość zdjęć. Myślę też, że producenci pójdą w kierunku udoskonalania mniejszych sensorów. Standard mikro 4/3 wydaje mi się optymalny, ze względu na niewielkie gabaryty obiektytów (im większy sensor świetlny, tym większą średnicę musi mieć „słoik”, który zbiera do niej promienie Słońca). Bardzo jednak możliwe, że Canon i Nikon zaprezentują jeszcze w tym roku swoje kompaktowe aparaty, które będą dysponować jeszcze trochę mniejszą matrycą, niż mikro 4/3 (chodzą takie plotki). Uzyskamy dzięki temu szczuplejszą masę i bardziej filigranowe obiektywy. Jeśli zostanie zachowana wysoka jakość zdjęć, to ja piszę się od razu na takie rozwiązanie.
Pierwsza część Silent Hill to moim zdaniem najlepiej zrealizowany horror w historii. Przez te wszystkie lata nie otrzymaliśmy gry, którą można by postawić na tym samym, najwyższym stopniu doskonałości w gatunku. Wizja Konami jeszcze chyba długo pozostanie najlepszym horrorem w historii gier. Pojawił się jednak w końcu jeden tytuł, który można śmiało porównywać z grą, która ukazała się na PSone...
Czytelnicy, którzy śledzą moje blogowe wypociny, na pewno pamiętają gawędę o Vivian Maier. To całkiem romantyczna historia: pewna niania z Nowego Jorku całe życie skrywała się ze swoją wielką, fotograficzną miłością, robiąc zdjęcia na ulicach amerykańskich metropolii. Przez kilkadziesiąt lat kobieta wykonała prawie 100 tysięcy zdjęć w stylu streetphotography - większość z nich w ogóle nie została wywołana. Ludzie, u których pracowała Maier wiedzieli o jej hobby, któremu oddawała się po pracy, ale nigdy nie dostrzegli w jej pracach czegoś wyjątkowego. Dopiero po śmierci Maier okazało się, że jej fotografie mają artystyczną wartość.
Obiecywałem Wam 2 tygodnie temu na blogu, że przeprowadzę wywiad z Lutherem, polskim muzykiem, który tworzy covery utworów z gier wideo. Przed Wami krótki zapis rozmowy z naszym uzdolnionym rodakiem, a także dawka wybranych utworów skomponowanych przez Adriana!
Pisałem kilka miesięcy temu, że musi chyba stać się cud, żeby w naszych kinowych multipleksach zawitało "Drzewo Życia" Terrence'a Malicka. Nawet obecność takich gwiazd jak Brad Pitt czy Sean Peann nie gwarantowała odpowiedniej atencji ze strony polskich dystrybutorów. W końcu to nie kolejny megakasowy hicior w stylu 15 części "Harry'ego" czy "Piratów". Cud się jednak wydarzył - dzieło Malicka zebrało najwyższe pochwały na festiwalu w Cannes i pojawiło się po wielkich trudach na srebrnych ekranach w Polsce...
TEMATY
O CZYM NAJCZĘŚCIEJ PISZEMY NA PPE
EKIPA PPE
AUTORZY TWORZĄCY ZAWARTOŚĆ PPE

redaktor naczelny

pocket, hardware

newsman

bloger, newsman

wielkie oko

newsman

bijatyki

człowiek-demolka

j-pierdółki

newsman

Japonia
